Przejdź do głównej zawartości

Wywiad z autorką Sztuki prostoty

Wywiad z Dominique Loreau znalazłam już dość dawno, dzięki blogowi minimalistyczna drogaChciałam się nim podzielić także z Wami, potrzebna była tylko wolna chwila na jego przetłumaczenie. Zapraszam do lektury, w ten deszczowy weekend, ciekawe, jak Wam się spodoba?

Wersję francuskojęzyczną znajdziecie tutaj, jeśli wolicie czytać w oryginale.


Dominique Loreau

Sztuka prostoty

Bobby Lœwenstein (tłumaczenie Anna Mularczyk-Meyer)

Tak wiele moglibyśmy zyskać, żyjąc skromniej. Jednak posprzątanie w domu, szafach, terminarzu, a nawet w notesie z adresami to za mało. Trzeba także oczyścić swój umysł. Dominique Loreau, Francuzka zakochana w Japonii, opowiada nam o swojej metamorfozie pod wpływem estetyki zen.

Oczyść swój dom! Opróżnij szafy! Zrezygnuj z kompulsywnych zakupów! Jedz skromniej! Pozbądź się ton zbędnych przedmiotów, które przeszkadzają ci żyć! Polecenia Dominique Loreau brzmią niemal jak rozkazy. Jednak nie wynika to z apodyktycznego usposobienia, lecz z faktu, że z chwilą, gdy odważyła się zrobić generalne porządki, poczuła się tak szczęśliwa, iż mamy ogromną chęć pójść za jej przykładem. Uwaga: „generalne porządki” dotyczą absolutnie wszystkich aspektów życia: zarówno garderoby, jak i biblioteki, spiżarni tak samo jak notesu z adresami! Zdaniem tej miłośniczki podróży, która w końcu uległa urokowi Japonii „zen”, gdzie mieszka od dwudziestu pięciu lat, nasze życie jest przepełnione na wszystkie możliwe sposoby: zbyt wiele przedmiotów i za dużo jedzenia, ale też zbyt wiele aktywności, zbyt wiele związków, zbyt wiele gadania, zbyt wiele myśli... Niezależnie od dziedziny nasza czasoprzestrzeń jest przepełniona jak jakaś graciarnia, gdzie niemożliwy jest rozwój. Tymczasem to, co nas przytłacza, niemal nigdy nie jest nam niezbędne do życia. Cała siła umysłu zen polega na pokazaniu, że estetyka bierze się z samej życiowej użyteczności. W swojej książce „Sztuka prostoty” Dominique Loreau trenowała nas w skromności (zaskakująco zmysłowej): od (prawie) pustego domu do (prawie) ascetycznego ciała, i dalej — do (w pełni) ożywionego umysłu. Po jej przeczytaniu nas również ogarnęło ogromne pragnienie upraszczania. Zapragnęliśmy poznać tę subtelną prowokatorkę.

Nouvelles Clés: Gdy czyta się Pani książki, budzi się ochota, by pójść za Pani przykładem i opróżnić szafy, salony, terminarze, a nawet głowy! Skąd wzięło się u Pani to upodobanie do skromności? Czy był to jakiś moment przełomowy, czy zawsze Pani taka była?

Dominique Loreau: Zawsze kochałam porządek, podróże i piękne przedmioty. Ich połączenie zmusza do zachowania prostoty. Gdy dwadzieścia pięć lat temu przyjechałam do Japonii, chciałam zostać sprzedawcą antyków, bo tak bardzo podobały mi się ich meble. Lecz w końcu zorientowałam się, że przeszkadzały mi one bardziej niż cokolwiek innego. Zaczęłam się ich pozbywać. Tak czy owak, oprócz kilku bardzo pięknych przedmiotów, nigdy nie znosiłam obecności zbędnych rzeczy w domu, wokół siebie... Myślę więc, że to leży w mojej naturze. Aby czuć się „u siebie” nie potrzebuję żadnych przedmiotów, tylko spokoju, ciszy, ciepła w zimie i chłodu w lecie oraz możliwości wzięcia porządnej kąpieli.

N. C.: Może tę sztukę życia wpojono Pani przez wychowanie?

D. L.: Nie za bardzo. Mam pięćdziesiąt lat, co oznacza, że moje dzieciństwo przypadło na czasy, gdy posiadało się o wiele mniej przedmiotów niż obecnie. W domu moich rodziców nie było tak wiele rzeczy. Nie martwiliśmy się tym. Nigdy nie czułam potrzeby posiadania wielu rzeczy. Gdy miałam 20 lat, w moim pokoju znajdowało się tylko łóżko, obraz na ścianie i fotel. Ale nie zwracałam na to szczególnej uwagi. Miłość dla wielkiej prostoty poczułam w Japonii, gdy zobaczyłam wnętrza zen... i kontrast, jaki stanowią one w porównaniu ze współczesnymi japońskimi mieszkaniami, zawalonymi najróżniejszymi przedmiotami. A potem ciągłe podróże pomogły mi pozbyć się wielu rzeczy. Podsumowując, wszystko to przyczyniło się do faktu, że zachowałam bardzo mało rzeczy.
N. C.: Współcześni Japończycy oddalili się od estetyki zen?
D. L.: To zależy... Na pierwszy rzut oka — tak. Chyba nigdy nie widziałam tak zagraconych mieszkań jak japońskie! Nieprawdopodobne zbiory. Przedmioty są wszędzie, na szafach, w pudłach poustawianych aż po sufit! Nawet w bogatych domach. Im więcej mają miejsca, tym więcej tam chowają. To przerażające.
N. C.: Bulimię można tłumaczyć jako odruch wygłodzonego, który boi się braku, jak wiewiórki, nerwowe i obawiające się o przyszłość. Lecz Japończycy są bogaci...
D. L.: Jeszcze do niedawna byli bardzo biedni. Po drugiej wojnie światowej stracili wszystko i ich mentalność uległa całkowitej zmianie. Zaczęli pracować, pracować, pracować, aby zdobywać dobra materialne, niekoniecznie wartościowe przedmioty. W bogatych krajach społeczeństwo konsumpcyjne pozornie hojnie, lecz w istocie perwersyjnie, umożliwia ubogim gromadzenie pewnej ilości przedmiotów niskiej jakości, Dzieje się tak nawet we Francji. Nawet te osoby, które mają najmniej pieniędzy, wydają wszystko, by gromadzić mnóstwo niepotrzebnych rzeczy. Większość ludzi nie zdaje sobie sprawy, że mogliby zyskać, bardziej się ograniczając.
Niemniej jednak nawet najskromniej żyjący Japończycy wydają mi się nieskończenie bardziej zdolni do docenienia prostego piękna niż ludzie Zachodu, nawet bogaci. Bierzmy przykład z tego aspektu ich kultury. Chociażby ich upodobanie do herbaty! Muszę się przyznać, że uzależniłam się od herbaty, a właściwe od chińskiej herbaty, którą cenią Japończycy. Na przykład herbatę ulung, która ma tysiące rodzajów – niektóre z nich są droższe niż najlepsze bordoskie wina. Jest ona lekko fermentowana... Zielonej herbaty nie poddaje się fermentacji. Angielska herbata, tzw. herbata czerwona lub czarna, jest tak sfermentowana jak skórka zepsutego banana. Herbata ulung jest sfermentowana tylko w 30%, na zewnątrz. Zależy to również od pory roku, jest herbata letnia, jesienna, wiosenna... Herbatą można mocno się odurzyć. Odkryłam to po wielkim zawodzie miłosnym. Udało mi się przetrwać tę próbę tylko dzięki temu lekarstwu!
Dzisiaj do uspokojenia wystarczają mi same zmysłowe doznania związane z piciem herbaty! Ten napój świetnie pasuje do tego, czego nauczyłam się w Japonii pod względem zmysłowych przyjemności. Dla mnie ważniejszy jest zmysł dotyku niż węchu. Oczywiście również wzrok... I słuch! Piszę właśnie książkę o deszczu. Moją ulubioną muzyką jest szum deszczu uderzającego o drzewa, o dachy.
N. C.: Temat wody doprowadził nas do kąpieli, którą uważa Pani za część swojego minimum życiowego. Nie chodzi o mycie...

D. L.: Ależ skąd! Umyć trzeba się wcześniej! Dopiero gdy jest się porządnie umytym, wchodzi się do kąpieli, bardzo gorącej, by oddać się medytacji lub marzeniom. Balia może być wykonana z cedrowego drzewa, którego zapach wydobywa się dzięki gorącu... Francuzi nie wiedzą, jaką przyjemnością jest kąpiel. Pobyt w japońskich źródłach termalnych, tryskających spośród skał, to szczyt szczęścia. Proszę sobie wyobrazić: zima, zanurza się pani w gorącej wodzie aż po szyję, wokół krajobraz pokryty śniegiem, a przed panią mała tacka z lekkiego drewna, na której ustawiono szklaneczkę sake... Gdy robi się pani za gorąco, robi pani kilka kroków po śniegu, a potem szybko z powrotem zanurza. Nic nie daje mi większego zadowolenia. Nawet zapach siarki wydaje się tam cudowny.

Kolejną wielką zmysłową przyjemnością dostępną w Japonii jest kontakt z drewnem, przede wszystkim w świątyniach i w gospodach. Dźwięk stąpania bosych stóp po drewnianych matach tatami uspokaja i poprawia humor. Japończycy zachowali sztukę doboru kawałków drewna, które pod stopami brzmią jak ćwierkanie świerszczy. To takie proste!

N. C.: Nawołując do prostoty, zaleca pani oczywiście opróżnianie szaf i domów, ale także notesu z adresami, terminarza, a nawet głowy! Uprawia pani medytację zen?


D. L.: Tak, od dawna, zaczęłam jeszcze zanim przyjechałam do Japonii, gdy mieszkałam w USA. Teraz to ma największe znaczenie. Opróżnianiem garderoby lub domu zajmowałam się dwadzieścia lat temu. Dla mnie to już zupełna przeszłość — a moja książka stanowi podsumowanie notatek, które spisałam w tamtym czasie. Obecnie opróżniam przede wszystkim swój terminarz.

Staram się mieć jak najwięcej wolnego, dostępnego czasu. Często przebywam w domu, w ciszy. I zgłębiam to, co naprawdę interesuje mnie w życiu. Mam już dość byle jakich, powierzchownych znajomości. Starannie dobieram ludzi, z którymi się spotykam, dania, które jem, programy, które oglądam w telewizji. Zasmuca mnie, gdy widzę, jak bardzo współcześni pogrążają się w fałszywych problemach. Komplikują sobie życie. Po co płacić za uprawianie sportu w odległej i drogiej siłowni, gdy można ćwiczyć w każdej chwili, na przykład spacerując, albo robiąc porządki?

N. C.: Jednak odciążanie notesu z adresami wydaje się trudniejsze. Skreśla pani nazwiska najmniej interesujących osób? Hinduski mędrzec Osho powiedział: „Szczęśliwy ten, kto ma wielu przyjaciół”. Rzecz jasna chodziło mu o prawdziwych przyjaciół...

D. L.: A jednak dobrze pani wie, że prawdziwi przyjaciele to rzadkość. Poza tym w życiu wszyscy się zmieniają. Uważam, że w pewnym momencie trzeba odpuścić niektóre relacje. Podtrzymywanie ich dla uświęconej zasady, że zna się kogoś od dawna, nie ma sensu. Jeśli nie ma się już z kimś wiele wspólnego, lepiej się już z tą osobą nie kontaktować. Zerwałam znajomość z osobami, do których wysyłałam kartki z życzeniami od dwudziestu czy trzydziestu lat, chociaż nie mieliśmy sobie już nic do powiedzenia. Czemu to służyło? Pewnego dnia postanowiłam z tym skończyć.

N. C.: Aby zrobić miejsce na inne sprawy...

D. L.: Oczywiście. Przede wszystkim, aby uwolnić się od fałszywego poczucia przymusu. Po co utrzymywać fałszywe relacje? Z moralnego obowiązku? Z obawy przed samotnością? Prawdziwych przyjaciół chce się widzieć, dzwonić do nich, często się z nimi kontaktować! Potrzebujemy ich. Żyje się o wiele spokojniej, jeżeli otacza się niewielu osobami, ale takimi, które naprawdę się liczą! O wiele łatwiej znaleźć dla nich czas... Tak właśnie funkcjonuję. Wiem, że szokuję wiele osób (śmiech).

N. C.: Na koniec zachęca nas pani do opróżnienia naszych głów, przepełnionych zbędnymi myślami...


D. L.: Jeśli nasze zmysły są pobudzone, nie trzeba tyle myśleć. Zapomina się o wszystkim i dochodzi do umysłowego punktu zero, do satori, którego osiągnięcie zajmuje mnichom zen tyle godzin medytacji! (śmiech) Nie krytykuję. Gdy przebywałam w klasztorze zen, lubiłam patrzeć, jak wstaje dzień, po medytacji, i brać udział w sprzątaniu, aby doprowadzić świątynię do nieskazitelnego stanu spokoju i czystości. Zupełnie nie rozumiałam modlitw, ale nie miało to żadnego znaczenia. Dźwięk gongu, głosy śpiewających kobiet, głucha wibracja głosów mężczyzn. Przechodziliśmy na inny poziom. I docierało do mnie, że to właśnie jest życie! Każdy mógłby poznać to szczęście, gdyby wziął na siebie odpowiedzialność za swoje otoczenie. Wystarczy miotła i łopatka. I poczucie moralności. W mieście, w którym wszyscy mieliby poczucie moralności, na ulicach nie byłoby potrzeba nawet czerwonych świateł, ludzie uważaliby na siebie. Jednak nie trzeba posuwać się aż tak daleko. W naszym życiu mogłoby być o wiele więcej prostoty, estetyki, serdeczności, gdyby każdy zajął się sobą. A polityka i religie stałyby się fałszywymi problemami.

Japończycy są trochę tacy. O wiele bardziej otwarci niż się uważa. Nawet na inne religie: mam japońskie koleżanki, które jednocześnie wyznają shintoizm (na okoliczność narodzin lub pogrzebów), katolicyzm (na okoliczność ślubu), protestantyzm (dla kazań), buddyzm (dla medytacji)... Ta mieszanka im nie przeszkadza. Liczy się wiara. Zazwyczaj są na tyle skromne, by przyznać, że istnieje coś, co je przerasta.
To, czego naprawdę się trzymają, to kultura ciała. Na przykład ich zdaniem jedzenia doświadcza się dopiero na pewnym poziomie duchowym. Warzywo pokrojone w skupieniu i z szacunkiem — istnieje wiele pięknych haiku na temat zwykłej rzepki, różowo-białej, ułożonej na talerzu z czarnej laki, pokrojonej i przygotowanej na tysiąc sposobów. Albo zwykła miska zupy, którą bierze się w dłonie: to uświęcony gest. Delikatnie podnosi się przykrywkę, wącha parę, kontempluje widok grzyba, orzecha, algi. Bądź też można wyobrazić sobie filety z ryby, ułożone na lodzie, na małej, wypolerowanej na wysoki połysk ladzie z cennego drewna w skromnej restauracji, za którą stoi kucharz w białej kurtce, oczekujący aprobaty jak bożego sądu... Cóż to za wspólne doświadczenie! I rozumieją to nawet najskromniej żyjący Japończycy.
Przygotowuję notatki na wszystkie te tematy do przyszłej książki. W „Sztuce prostoty” wiele osób dostrzegło tylko pierwszą część, która dotyczy pozbywania się rzeczy materialnych. Ale dla mnie to wyłącznie warunek przejścia do pozbywania się pod względem mentalnym. Teraz skupiam się na tej kwestii. Im dalej, tym bardziej mam ochotę odwrócić sentencję Kartezjusza: nie „myślę, więc jestem” lecz „jestem, więc myślę”. Powinniśmy przywiązywać o wiele więcej uwagi do zmysłów niż do myśli. W ten sposób dostrzega się o wiele więcej. Istnieje olbrzymia ilość rzeczy, których nie sposób określić słowami, więc wyjaśnianie ich niczemu nie służy.
Całkiem niedawno doznałam małego olśnienia. Mieszkam w Japonii już od dwudziestu sześciu lat... Japończycy nie cierpią żadnych dyskusji o charakterze filozoficznym, metafizycznym itp. O takich sprawach nigdy się nie rozmawia. Nawet o religii. A jednocześnie są bardzo uduchowieni. Dla nich ważną sprawą jest na przykład dobre jedzenie, wyrafinowane, wyjazd do źródeł termalnych itp. Stwierdziłam, że w rzeczy samej zrozumieli, że próbowanie wyjaśnienia kim jesteśmy, po co żyjemy, dokąd zmierzamy — to wszystko nie ma sensu. Dzięki kulturze zen zrozumieli, że zasadniczą sprawą jest, aby żyć dobrze i korzystać ze zmysłów tyle, ile to możliwe. U nas, ludzi Zachodu, przyjemność zawsze wywołuje pewne poczucie winy. Dla nas to nie jest świętość...

N. C.: Od kilkudziesięciu lat próbujemy to zmienić. Lecz nie tak łatwo pozbyć się starych wyrzutów sumienia.



D. L.: I wciąż próbujemy wszystko wyjaśnić za pomocą umysłu i pozbyć się poczucia winy, uzasadniając przyjemność względami zdrowia. Powinniśmy pozbyć się obciążeń umysłowych zaszczepionych nam przez naszą kulturę, poprzez religię, filozofię... Spróbujmy żyć lepiej, nie szukając na siłę wyjaśnienia wszystkiego! Poddajmy się lenistwu. Dużo mówi się o odpuszczaniu, ale ono nie powinno być reakcją na stres: raczej stanem ducha, naturalną euforią, ale pozbawioną ostentacji, pieczołowicie chronioną wewnątrz nas.

Komentarze

  1. "Żyje się o wiele spokojniej, jeżeli otacza się niewielu osobami, ale takimi, które naprawdę się liczą! O wiele łatwiej znaleźć dla nich czas... Tak właśnie funkcjonuję. Wiem, że szokuję wiele osób (śmiech)."
    A mnie wcale nie szokuje. W końcu trzeba zdać sobie sprawę z tego, że nie każdy zasługuje na nasze towarzystwo, nasz czas. Obecnie czujemy presję - żeby być "kul" muszę mieć mnóstwo świetnych znajomych-przyjaciół, z którymi można konie kraść. Niestety życie jest inne i jeśli posiadasz super partnera, wsparcie w najbliższej rodzinie i jednego przyjaciela, to masz więcej niż niejeden mógłby sobie wymarzyć. Dlatego puste znajomości lepiej wykreślić ze skorowidza, a zdamy sobie sprawę, że to, co zostało nie jest pustką, a wolną przestrzenią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozwolę się odnieść do tego komentarza - boli mnie właśnie coś takiego. Sama mam przyjaciółkę, która całe dnie zajęte ma na spotkania ze znajomymi, a czasem nawet poświęca czas ludziom, których nie lubi, ale "może się na coś przyda" albo akurat coś od danej osoby potrzebuje. Takie podejście jest co najmniej dziwne, ale tak jest, nawet na jednym z blogów o minimalizmie czytałam o takim zjawisku. Kolekcjonowanie znajomych nie jest dobre, na pewno, ale jednak boli, gdy ktoś krytykuje Twój brak obycia z odpowiednią ilością osób, jakby to, ile osób znam świadczyło o mnie.

      Usuń
  2. Ajko Dziękuje Bardzo za przetłumaczenie tego tekstu, wiem że zajmuje to sporo czasu.
    Tekst wyśmienity, Dominique poruszyła ten temat, który w ostatnim czasie bardzo do mnie przemawia. Tak jak powiedziała w wywiadzie ograniczanie rzeczy dla niej to już przeszłość, to był pewien wycinek w jej życiu, nie skupia się na tym samym. Pokazuje także swoje podejście do życia w Japonii, nie bierze wszystkiego jako dogmat, nie rozumiała modlitw, lecz wybrała to co jej tak naprawdę odpowiada. Tak powinien być odbierany minimalizm, proste życie, każdy powinien wybrać to co dla niego wydaje się najlepsze. Nie musimy się trzymać kurczowo choćby stu rzeczy.

    "Staram się mieć jak najwięcej wolnego, dostępnego czasu. Często przebywam w domu, w ciszy. I zgłębiam to, co naprawdę interesuje mnie w życiu. Mam już dość byle jakich, powierzchownych znajomości. Starannie dobieram ludzi, z którymi się spotykam, dania, które jem, programy, które oglądam w telewizji. Zasmuca mnie, gdy widzę, jak bardzo współcześni pogrążają się w fałszywych problemach."
    Słowa cudowne, jestem wręcz zachwycony tym zdaniem, tak wiele mamy fałszywych problemów a nie potrafimy się kupić na tym co jest najważniejsze, nasz umysł, spokój, my sami. Ja sam jeszcze potrzebuję troszkę czasu i pracy nad sobą, chciałbym kiedyś dojść do takiego etapu jak Ty Ajko i Dominique, by móc tak funkcjonować. Jestem zapewne już bliżej niż dalej.

    Na sam koniec chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden temat odnośnie ostatniego Twojego wpisu dotyczącego Leo. Można zauważyć sporą różnicę pomiędzy Leo a Dominique. Leo skupia się typowo na rzeczach a Dominique na zmysłach.
    Mi osobiście więcej dał przetłumaczony wywiad z Dominique niż przeczytanie całej książki Leo. Mniej znaczy więcej prawda:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bartoszu Twoja wypowiedź doskonale odzwierciedla to co w pierwszej kolejności przyszło mi na myśl po przeczytaniu tego wywiadu. Podobnie jak Ty ostatnio bardzo żywo interesuję się tą tematyką i jako minimalista dopiero póki co raczkuję, ale z dnia na dzień moja świadomość czego chce, a czego potrzebuję stale rośnie.

      Co do różnicy między Dominique, a Leo to również odnoszę wrażenie, że Leo bardziej skupia się na prostocie "na codzień", a Dominique raczej jako filozofii życia i aspekcie całościowym.

      Ajko dziękuję za cenny czas poświęcony na przetłumaczenie wywiadu, jest on dla mnie wielką inspiracją.

      Usuń
  3. Bardzo ciekawy wywiad. Przemawia do mnie idea wybierania i otaczania się tym, co najlepsze w każdym aspekcie życia, ale mam wrażenie, że za dużo w tym wszystkim egocentryzmu i nacisku na przyjemności. Zapewne autorka ma wspaniałych przyjaciół, do których może zadzwonić o 4.00 nad ranem, ale jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że ona sama o takiej godzinie odbiera od nich telefon. Może się mylę, ale takie mam wrażenie po przeczytaniu wywiadu i dwóch książek. A może za bardzo przesiąkłam myślą chrześcijańską, a za mało zen-em:P

    OdpowiedzUsuń
  4. Co prawda D. Loreau nie jest moją ulubioną minimalistyczną autorką (o ile można tak to ująć) chociażby z tego względu, że jej nazwijmy to "luksusowy minimalizm" nie jest często dostępny i osiągalny dla zwykłych śmiertelników. Jednak w tym przypadku muszę przyznać, że w stu procentach zgadzam się z Nią w kwestii posiadania wielkiego gremium quasi przyjaciół. Sama co prawda nie należę do najbardziej towarzyskim osób i nie jestem lwem salonowym a czasem się śmieję, że balansuję wręcz na granicy mizantropii. Zawsze bawiła mnie chęć posiadania przez ludzi jak największej ilości znajomych na fb czy innym serwisie społecznościowym. Tak jak by przez to zbudowanie pseudorzeczywistiości i wykreowanie swojego wizerunku w sieci człowiek stawał się lepszy, bardziej wartościowy. Trochę to smutne niestety...
    Pozdrawiam,
    Kinga :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo ciekawy wywiad. Przemawia do mnie idea wybierania i otaczania się tym, co najlepsze w każdym aspekcie życia, ale mam wrażenie, że za dużo w tym wszystkim egocentryzmu i nacisku na przyjemności. Zapewne autorka ma wspaniałych przyjaciół, do których może zadzwonić o 4.00 nad ranem, ale jakoś trudno mi sobie wyobrazić, że ona o takiej godzinie odbiera telefon od nich. Może się mylę, ale takie mam wrażenie po przeczytaniu wywiadu i dwóch książek. A może za dużo we mnie myśli chrześcijańskiej, a za mało zen:P

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziękuję bardzo, Aniu, za przetłumaczenie i udostępnienie nam tego wywiadu. Myślę, że rzuca on nowe światło na autorkę, którą do tej pory utożsamialiśmy z treścią jej książek i stylem wypowiedzi. Dla mnie - bardzo pozytywne zaskoczenie!

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo dobry test, z przyjemnością przeczytałem, pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Cieszę się, że wywiad przypadł Wam do gustu. Dla mnie też był przyjemnym zaskoczeniem. Warto było poznać panią Loreau od innej, niż ta znana z książek, strony.

    OdpowiedzUsuń
  9. pierwszy blog na który wpadłam szukając czegoś o sprzątaniu szaf ;) dzięki Ci, o Autorko, bardzo za to ;)
    tak, jak ktoś już wspomniał- mam wrażenie, że autorka lubuje się w hedonizmie. a życie na tym nie polega, bo nie zawsze jest fajnie i są problemy i temu też trzeba stawić czoło.
    a tak poza tym...czuję przygnębienie. zawsze byłam uważana za dziwaczkę, bo: nie mam n-k, mam za to fb; mam kilkoro przyjaciół i 'luźnych' znajomych; trochę fajnych ubrań ( i tylko kilka par butów na cały rok ;) ), książek, drobiazgów, mebli... a teraz nagle wszyscy dookoła robią wielkie wow i pozbywają się znajomych, rzeczy , mebli... nagle odkryli nowe spojrzenie na świat mimo, że ja tak żyję odkąd pamiętam, prawie 20 lat. pytanie tylko- ile to potrwa, ta nowa moda ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie rozumiem, co Cię tak przygnębia, Anonimowy. (Zdaje się, że nie zauważyłaś mojej prośby u dołu strony, pod tym okienkiem formularza...)

      Nawet jeśli to dla niektórych moda, to odwrót od materializmu i poszukiwanie prostoty nie wydają mi się niczym zdrożnym. Niektórym przejdzie, innym zostanie. Potrwa ile potrwa, jakie to ma znaczenie.

      Dla mnie to nie moda, ani żadne łał, raczej fajna droga.

      Pozdrawiam.

      Usuń
  10. Bardzo inspirujący wywiad. Zachód powinien nauczyć się od Japonii przede wszystkim pokory oraz bycia uważnym.

    OdpowiedzUsuń
  11. Inspirujace, dziekuje i pozdrawiam serdecznie. jola

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Jeszcze prościej

To, że ostatnio rzadko poruszam na blogu temat minimalizmu, nie znaczy, że przestał być dla mnie ważny. Jest nadal istotny, ale w inny sposób niż wtedy, gdy wprowadzałam największe zmiany w swoim życiu i przestrzeni osobistej. Pisałam o tym we wpisie Procesy w tle
Po ośmiu latach mówienia i pisania o nim czuję przesyt. Nie mam już ochoty czytać książek ani blogów związanych z tym tematem. Nie twierdzę, że nie warto, bo wiele mądrych treści wciąż powstaje, jedynie ja nie mam już potrzeby dalej drążyć tych kwestii.

Nadal bardzo istotna jest dla mnie prostota, coraz ważniejsza. To raczej już nie ulegnie zmianie, bo zawsze ją lubiłam, a z czasem stała się dla mnie myślą przewodnią. W każdej dziedzinie życia. Prostota wypowiedzi, przekazu, formy i treści. W estetyce i ubiorze. W wystroju mieszkania. Na talerzu - bardzo istotna. Prostota i skuteczność rozwiązań - w pracy, nauce, komunikacji. Nie zajmują mnie natomiast zbytnio sprawy ilości rzeczy i zajęć, które na pewnym etapie były tak …

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.

Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 
Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, ż…