Przejdź do głównej zawartości

Twardym trzeba być

Minimalizm nie jest dla każdego. Mógłby być, ale nie jest. Nie musi być. Nie jest jedyną słuszną drogą, uniwersalną receptą na szczęście. Powtarzałam to nie raz i będę powtarzać do znudzenia, aż sztuczna szczęka mi wypadnie od gadania po próżnicy. Nikt nikogo nie zmusza do pozbywania się rzeczy i do wprowadzania rozmaitych zmian w życiu pod hasłem upraszczania i uwalniania się od tego, co zbędne. 



To wybór. Dobrowolnie i świadomie wybierana ścieżka. Zakładam, że osoba próbująca stosować to narzędzie jest pełnoletnia i wie, na co się decyduje. Chce zmienić swoje życie na lepsze i ma świadomość, że czasami oznacza to podążanie pod prąd. Dokładnie w odwrotnym kierunku niż większość.

Pamiętam pewną wycieczkę, na którą wybraliśmy się z Mężem na Krecie. Wcześniej kilka razy przeszliśmy przez wąwóz Samaria w klasyczny sposób, z góry na dół, z płaskowyżu Omalos do wioski Agia Roumeli. Aż pewnego dnia postanowiliśmy, że przejdziemy go w odwrotnym kierunku, z Agia Roumeli pod górę i dojdziemy tak daleko, na ile pozwoli nam czas. Dla odmiany, ale także po to, by zobaczyć to samo miejsce od innej strony. I poszliśmy.

Co chwilę ktoś nas zatrzymywał, stroskany, myśląc, że, biedacy, w taki upał pomyliliśmy drogę. Pewna Amerykanka była wręcz przerażona - szliśmy przecież pod prąd. Cierpliwie i z uśmiechem odpowiadaliśmy, że dziękujemy za troskę, ale wiemy, co robimy. Jedynie jeden ze strażników parku narodowego patrzył na nas czujnie, lecz z uśmiechem, ale nie komentował naszego zachowania. Interweniowałby dopiero wtedy, gdybyśmy zrobili coś głupiego. 

Gdy czytam różne wypowiedzi na minimalistycznych blogach czy na fejsbukowej stronie grupy minimalistów widzę, że wielu osobom brakuje tej stanowczości, przekonania, że idą we właściwym kierunku. Pytają, co mają robić z niechcianymi prezentami, niepotrzebnymi pamiątkami, książkami, jakby oczekiwali, że ktoś pogłaszcze ich po główce i powie: ależ zostaw sobie cały ten chłam, nie musisz niczego się pozbywać. No, już dobrze, nie trzeba się martwić. Nie pozbędziesz się przecież tego wazonika, bo jego ofiarodawczyni, ciocia Klocia, z którą widujesz się raz na dziesięć lat, na pewno poczuje się urażona i skróci to jej życie o co najmniej trzy miesiące.

I mam ochotę tupnąć nogą i zakrzyknąć: do licha, jak długo jeszcze będzie się tak ze sobą cackać?! Ze sobą i z przedmiotami, których, jak sami piszecie/mówicie, wcale nie potrzebujecie. 

Sednem minimalizmu jest zmiana stosunku do rzeczy materialnych, aby poświęcić się innym, ważniejszym, ciekawszym, zabawniejszym. Nie oznacza rezygnacji z rzeczy, lecz nauczenie się, że są tylko narzędziami. I nad tą zmianą podejścia trzeba pracować każdego dnia, na każdym kroku. Nie da się tego procesu sztucznie przyspieszyć, ale można niepotrzebnie go zwolnić. Albo zatrzymać się w miejscu i kręcić się w kółko. I na tym etapie wiele osób utyka, z lęku przed krytyką lub przed zostaniem uznanym za wariata albo nieprzystosowanego do życia w społeczeństwie. Bądź niewdzięcznika, co nie umie poznać się na cudzej hojności.  

Jeśli nie zaczniecie rozmawiać ze swoimi znajomymi, rodziną, przyjaciółmi, o tym, czym dla Was jest ta zmiana, wciąż będziecie musieli się zastanawiać, co robić z kolejnymi niepotrzebnymi przedmiotami, wspaniałomyślnie upychanymi Wam w postaci szczodrych darów przy każdej możliwej okazji i bez okazji. Będą Was traktować jak tych wariatów, którzy na pewno nie wiedzą, że idą w złym kierunku. Będą Was namawiać do kupowania sobie niepotrzebnych a modnych gadżetów, zmiany prawie nowych sprzętów na jeszcze nowsze, oczekiwać, że będziecie podążać za trendami, tak jak oni to czynią. Będą się dziwić, czemu nie przenosicie się do większego mieszkania, pomimo tego, że byłoby Was stać. Nie zmieniacie samochodu na droższy, tylko po to, by zaimponować sąsiadom. 

Nie można wciąż oglądać się na innych i pozwalać im na narzucanie ich zasad, według których my sami żyć nie chcemy. Nauczcie się mówić NIE. Róbcie swoje i przestańcie się asekurować na każdym kroku. Jeśli chcecie zajść trochę dalej tą drogą, a nie tylko w nieskończoność bawić się z rzeczami, musicie działać z większą stanowczością. Pozbywanie się rzeczy to minimalistyczne przedszkole, nie chcecie chyba spędzić całego życia w przedszkolu? 

Mówcie więc, czego nie chcecie, czego nie potrzebujecie, na co się nie zgadzacie. Głośno i wyraźnie, uprzejmie i stanowczo. Macie prawo, jesteście dorośli. Nie oczekujcie zrozumienia, bo nie doczekacie się go w większości przypadków. Ale jeśli ktoś próbuje Was uszczęśliwiać na siłę, nauczcie się odmawiać, z wdziękiem, acz zdecydowanie. Nie, dziękuję. Nie potrzebuję tego. Jeśli chcesz mnie obdarować, wolę, byśmy umówili się na herbatę/bilard/wino/wspólne oglądanie seriali, spędźmy razem trochę czasu, ale nie dawaj mi kolejnej niepotrzebnej rzeczy.

Gdy Was nie słuchają, nie wahajcie się pozbywać rzeczy darowanych Wam wbrew Waszej woli, gustowi i potrzebom. Macie do tego prawo. Jeśli ktoś się obrazi z tego powodu, że przekazaliście w bardziej potrzebujące ręce jego prezent, który akurat Wam do niczego nie był potrzebny, trudno. Obrażać się z powodu rzeczy? Dorośli ludzie nie obrażają się z byle powodu, porcelanowy serwis na pewno nie zasługuje na to, by być przyczyną obrazy. 

Z perspektywy tych kilku lat życia pod znakiem upraszczania, wiem, że nie warto wpuszczać do swojego świata przedmiotów, których nie chcemy, nie potrzebujemy, nie lubimy od pierwszego wejrzenia. Z czasem nie stają się bardziej potrzebne, ładniejsze, sympatyczniejsze. Są coraz większym ciężarem. A życie za krótkie jest, by ciągle zajmować się bzdurami. Przekładać balast z miejsca na miejsce, zastanawiać się, co z nim począć, komu go przekazać. Dlatego coraz łatwiej przychodzi mi mówienie: nie, dziękuję, nie potrzebuję tego.

Gdy decydujesz się iść w przeciwną stronę niż większość tłumu, na pewno nie jest wygodnie. Co chwilę trzeba tłumaczyć, że to świadomy wybór. Nie, nie zabłądziłam. Wiem, że wszyscy wolą iść w tę drugą stronę. To miło, że się martwisz, ale niepotrzebnie. Tak, zwariowałam, ale dobrze mi z tym. Może pójdziesz ze mną?

Popularne posty z tego bloga

Minimalizm na Nowy Rok - postanowienia

Nie podejmuję noworocznych postanowień, mówiłam już o tym wielokrotnie. Wolę wprowadzać zmiany wtedy, gdy czuję się do nich gotowa, w dowolnym momencie roku. Nie czekam ze swoimi osobistymi zobowiązaniami do poniedziałku czy pierwszego dnia miesiąca. Od dawna uważam, że początek stycznia jest nienajlepszym momentem na takie działania, bo to czas zimowej ciemnicy, często depresyjnej aury i innych nieprzyjemnych okoliczności. Nie znaczy to jednak, że nie kibicuję osobom, które podejmują noworoczne próby zmiany nawyków. Zawsze warto pracować nad sobą i ulepszaniem swojej codzienności.  Oto więc kilka moich propozycji na plan zmian/postanowienia noworoczne. Oczywiście można je wykorzystać także w innym czasie, ale można też wdrożyć je, czyniąc użytek z energii, jaką daje ten symboliczny nowy początek, jakim jest pierwszy dzień roku.  Ważna uwaga na początek: moim zdaniem lepiej jest nie stawiać sobie zbyt ambitnych celów i wprowadzać jednocześnie ostrych restrykcji w wielu dziedz

Ajka Minimalistka - kolejny rozdział

Zgodnie z zapowiedzią rozpoczynam kolejny rozdział. Prosty blog - czyli to miejsce, niestety nie odpowiada już moim potrzebom. To znaczy nie odpowiada mi ta platforma, na której go piszę, blogspot. Jej niedostosowanie do moich obecnych wymagań nie tłumaczy oczywiście rzadkiej publikacji tekstów w ostatnich latach, ale prawdą jest, że na pewno nie pomagało w pisaniu. Nie ma co jednak szukać wymówek czy wytłumaczeń.  Prosty blog pozostaje tutaj, nie znika. Wiem, że są wśród Was osoby, które wciąż lubią wracać do starych wpisów. Jednak od teraz nowe treści będę publikować w nowym miejscu, do którego serdecznie Was zapraszam. Moje nowe blogowe gospodarstwo nazywa się Ajka Minimalistka i znajdziecie go pod tym adresem . Będą się tam pojawiać nie tylko wpisy, ale również w osobnej zakładce można znaleźć wszystkie odcinki podcastu, który nagrywam od kilku miesięcy.  Zapraszam, do poczytania, posłuchania i zobaczenia! 

Uniform minimalistki

Temat osobistego uniformu obracam w głowie już od kilku lat, co najmniej. Jednak jeszcze do niedawna nie czułam się gotowa na to, by ostatecznie zdefiniować go dla siebie. Owszem, wiedziałam, że ciągnie mnie w tym kierunku i że coraz bardziej zbliżam się do wprowadzenia go w życie na co dzień. Jednak jeśli obserwowaliście, być może, moje materiały o kolorowej szafie minimalistki na YouTube , w cyklu, w ramach którego zaprezentowałam całą swoją kapsułową garderobę na wszystkie pory roku, mogliście zauważyć, że wprawdzie mój styl i zestawy ubraniowe były już dość wyraziste i powtarzalne, trudno było by nazwać je uniformem.  Tak jednak się złożyło, że w międzyczasie zmieniłam tryb życia poprzez powrót do oprowadzania po Krakowie (już nie tylko po Wawelu, jak było parę lat temu), więc o wiele częściej wychodzę pracować poza dom. Oczywiście wymusiło to dostosowanie zawartości szafy i pewne jej uzupełnienia. A jednocześnie kilka ubrań z niej wywędrowało. Z powodu zużycia, ale też zmian