Przejdź do głównej zawartości

Twardym trzeba być

Minimalizm nie jest dla każdego. Mógłby być, ale nie jest. Nie musi być. Nie jest jedyną słuszną drogą, uniwersalną receptą na szczęście. Powtarzałam to nie raz i będę powtarzać do znudzenia, aż sztuczna szczęka mi wypadnie od gadania po próżnicy. Nikt nikogo nie zmusza do pozbywania się rzeczy i do wprowadzania rozmaitych zmian w życiu pod hasłem upraszczania i uwalniania się od tego, co zbędne. 



To wybór. Dobrowolnie i świadomie wybierana ścieżka. Zakładam, że osoba próbująca stosować to narzędzie jest pełnoletnia i wie, na co się decyduje. Chce zmienić swoje życie na lepsze i ma świadomość, że czasami oznacza to podążanie pod prąd. Dokładnie w odwrotnym kierunku niż większość.

Pamiętam pewną wycieczkę, na którą wybraliśmy się z Mężem na Krecie. Wcześniej kilka razy przeszliśmy przez wąwóz Samaria w klasyczny sposób, z góry na dół, z płaskowyżu Omalos do wioski Agia Roumeli. Aż pewnego dnia postanowiliśmy, że przejdziemy go w odwrotnym kierunku, z Agia Roumeli pod górę i dojdziemy tak daleko, na ile pozwoli nam czas. Dla odmiany, ale także po to, by zobaczyć to samo miejsce od innej strony. I poszliśmy.

Co chwilę ktoś nas zatrzymywał, stroskany, myśląc, że, biedacy, w taki upał pomyliliśmy drogę. Pewna Amerykanka była wręcz przerażona - szliśmy przecież pod prąd. Cierpliwie i z uśmiechem odpowiadaliśmy, że dziękujemy za troskę, ale wiemy, co robimy. Jedynie jeden ze strażników parku narodowego patrzył na nas czujnie, lecz z uśmiechem, ale nie komentował naszego zachowania. Interweniowałby dopiero wtedy, gdybyśmy zrobili coś głupiego. 

Gdy czytam różne wypowiedzi na minimalistycznych blogach czy na fejsbukowej stronie grupy minimalistów widzę, że wielu osobom brakuje tej stanowczości, przekonania, że idą we właściwym kierunku. Pytają, co mają robić z niechcianymi prezentami, niepotrzebnymi pamiątkami, książkami, jakby oczekiwali, że ktoś pogłaszcze ich po główce i powie: ależ zostaw sobie cały ten chłam, nie musisz niczego się pozbywać. No, już dobrze, nie trzeba się martwić. Nie pozbędziesz się przecież tego wazonika, bo jego ofiarodawczyni, ciocia Klocia, z którą widujesz się raz na dziesięć lat, na pewno poczuje się urażona i skróci to jej życie o co najmniej trzy miesiące.

I mam ochotę tupnąć nogą i zakrzyknąć: do licha, jak długo jeszcze będzie się tak ze sobą cackać?! Ze sobą i z przedmiotami, których, jak sami piszecie/mówicie, wcale nie potrzebujecie. 

Sednem minimalizmu jest zmiana stosunku do rzeczy materialnych, aby poświęcić się innym, ważniejszym, ciekawszym, zabawniejszym. Nie oznacza rezygnacji z rzeczy, lecz nauczenie się, że są tylko narzędziami. I nad tą zmianą podejścia trzeba pracować każdego dnia, na każdym kroku. Nie da się tego procesu sztucznie przyspieszyć, ale można niepotrzebnie go zwolnić. Albo zatrzymać się w miejscu i kręcić się w kółko. I na tym etapie wiele osób utyka, z lęku przed krytyką lub przed zostaniem uznanym za wariata albo nieprzystosowanego do życia w społeczeństwie. Bądź niewdzięcznika, co nie umie poznać się na cudzej hojności.  

Jeśli nie zaczniecie rozmawiać ze swoimi znajomymi, rodziną, przyjaciółmi, o tym, czym dla Was jest ta zmiana, wciąż będziecie musieli się zastanawiać, co robić z kolejnymi niepotrzebnymi przedmiotami, wspaniałomyślnie upychanymi Wam w postaci szczodrych darów przy każdej możliwej okazji i bez okazji. Będą Was traktować jak tych wariatów, którzy na pewno nie wiedzą, że idą w złym kierunku. Będą Was namawiać do kupowania sobie niepotrzebnych a modnych gadżetów, zmiany prawie nowych sprzętów na jeszcze nowsze, oczekiwać, że będziecie podążać za trendami, tak jak oni to czynią. Będą się dziwić, czemu nie przenosicie się do większego mieszkania, pomimo tego, że byłoby Was stać. Nie zmieniacie samochodu na droższy, tylko po to, by zaimponować sąsiadom. 

Nie można wciąż oglądać się na innych i pozwalać im na narzucanie ich zasad, według których my sami żyć nie chcemy. Nauczcie się mówić NIE. Róbcie swoje i przestańcie się asekurować na każdym kroku. Jeśli chcecie zajść trochę dalej tą drogą, a nie tylko w nieskończoność bawić się z rzeczami, musicie działać z większą stanowczością. Pozbywanie się rzeczy to minimalistyczne przedszkole, nie chcecie chyba spędzić całego życia w przedszkolu? 

Mówcie więc, czego nie chcecie, czego nie potrzebujecie, na co się nie zgadzacie. Głośno i wyraźnie, uprzejmie i stanowczo. Macie prawo, jesteście dorośli. Nie oczekujcie zrozumienia, bo nie doczekacie się go w większości przypadków. Ale jeśli ktoś próbuje Was uszczęśliwiać na siłę, nauczcie się odmawiać, z wdziękiem, acz zdecydowanie. Nie, dziękuję. Nie potrzebuję tego. Jeśli chcesz mnie obdarować, wolę, byśmy umówili się na herbatę/bilard/wino/wspólne oglądanie seriali, spędźmy razem trochę czasu, ale nie dawaj mi kolejnej niepotrzebnej rzeczy.

Gdy Was nie słuchają, nie wahajcie się pozbywać rzeczy darowanych Wam wbrew Waszej woli, gustowi i potrzebom. Macie do tego prawo. Jeśli ktoś się obrazi z tego powodu, że przekazaliście w bardziej potrzebujące ręce jego prezent, który akurat Wam do niczego nie był potrzebny, trudno. Obrażać się z powodu rzeczy? Dorośli ludzie nie obrażają się z byle powodu, porcelanowy serwis na pewno nie zasługuje na to, by być przyczyną obrazy. 

Z perspektywy tych kilku lat życia pod znakiem upraszczania, wiem, że nie warto wpuszczać do swojego świata przedmiotów, których nie chcemy, nie potrzebujemy, nie lubimy od pierwszego wejrzenia. Z czasem nie stają się bardziej potrzebne, ładniejsze, sympatyczniejsze. Są coraz większym ciężarem. A życie za krótkie jest, by ciągle zajmować się bzdurami. Przekładać balast z miejsca na miejsce, zastanawiać się, co z nim począć, komu go przekazać. Dlatego coraz łatwiej przychodzi mi mówienie: nie, dziękuję, nie potrzebuję tego.

Gdy decydujesz się iść w przeciwną stronę niż większość tłumu, na pewno nie jest wygodnie. Co chwilę trzeba tłumaczyć, że to świadomy wybór. Nie, nie zabłądziłam. Wiem, że wszyscy wolą iść w tę drugą stronę. To miło, że się martwisz, ale niepotrzebnie. Tak, zwariowałam, ale dobrze mi z tym. Może pójdziesz ze mną?

Komentarze

  1. Dlatego właśnie nie jestem minimalistką. Co prawda nie przywiązuję zbyt dużej wagi do przedmiotów, ale lubię się nimi otaczać, np. książkami, "pamiątkami" etc. I brakuje mi, chyba jeszcze zdecydowania, pewności, że droga, którą idę jest tą odpowiednią... ale nigdy nie szłam z nurtem, zawsze pod prąd i może stąd to moje zagubienie ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Roześmiałam sie przy fragmencie o Amerykance - oni faktycznie mają fioła na punkcie ZASAD. Chyba bardziej niż Niemcy ;)

    Przypomina mi się moje korzystanie ze schodów, gdy mieszkałam na na dziesiątym piętrze bloku z windą. Ileż to się musiałam natłumaczyć, że tak, wiem, że winda działa; wiem, że jest za darmo (w sumie to nie jest, ale tego już nie chcialo mi sie tłumaczyć); wiem, że jestem szczupła; nie, wcale nie próbuję schudnąć jeszcze bardziej...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moich dwóch różnych kolegów pojechało w różnym czasie do USA i miało takie oto przygody. Jeden siedział w parku, wdychał świeże powietrze, słuchał ptaków, kontemplował przyrodę, odpoczywał, myślał itp. Zaczepiła go policja, czy dobrze się czuje. :-) Drugi kolega szedł z żoną do domu, z zakupami, piechotą. Co chwilę ktoś jadący samochodem się zatrzymywał i pytał, czy ktoś może zrobił im krzywdę. :-)

      Usuń
  3. Eh... Moja rodzina i tak ma mnie za wariatkę. Dziś zmusiłam mamę do tego, żeby wyrzuciła trochę niepotrzebnych rzeczy z kanapy. Były tam m.in. srebrne sztućce, które rodzice dostali w prezencie ślubnym i do dziś nigdy nie użyli. Zaproponowałam, żeby się ich pozbyć. Tato jak to usłyszał to powiedział: "ty chyba masz coś z deklem, a jak będą potrzebne"? Szkoda tylko, że odkąd je ma, nigdy ich nawet z walizeczki nie wyjął. Moja babcia ciągle usiłuje mnie zmusić do nabycia nowych ubrań. Nawet wciska mi pieniądze, bo jestem taka biedna i chodzę ciągle w tym samym. Szczególnie jak się dowiedziała, ile mam ubrań. :D W rodzinie nie można liczyć na zrozumienie i akceptację więc...

    OdpowiedzUsuń
  4. Hehe sama prawda:)Sama dopiero od niedawna wprowadzam minimalizm w swoje życie. Powoli lecz konsekwentnie. Ostatnio w rozmowie ze znajomymi mówiłam, że wcale nie potrzebuję większego mieszkania, super samochodu czy najnowszej komórki ( nie mam aparatu dotykowego, tylko starszy model nokii "z przyciskami" ), a wygrana w totolotka tak naprawdę wprawiłaby mnie w zakłopotanie, bo lubię mieszkać w bloku i mieć mało rzeczy. Znajomi patrzyli na mnie z przymrużeniem oka, stwierdzili, że gadam tak pewnie dlatego, że nie chcę pokazać mojej zazdrości w stosunku do ludzi, którzy mają o wiele więcej niż ja. No ale cóż. Taka wygrana w totolotka to faktycznie byłby większy kłopot niż szczęście, chyba że osoba, która wygra postanowiłaby przekazać część pieniędzy osobom potrzebującym, no i można jeszcze wydać na podróże;)Ale od razu kupować luksusową willę, najdroższe samochody? Po co. Także faktycznie ciężko czasem w luźnej rozmowie przekonać ludzi do swoich poglądów , albo przynajmniej im je wytłumaczyć, no ale widocznie tego też muszę się jeszcze nauczyć.
    PS: Kreta jest piękna:) byłam pierwszy raz w tym roku, na pewno wrócę jeszcze nie raz:) Ci ludzie, ten klimat, ten luz... Achhh;)

    Pozdrawiam, Madzialena

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wygrana w toto-lotka! A jakiż to kłopot. Dłuższy przerwa w pracy, parę wyjazdów na Kretę lub w inne miejsca i po kłopocie :).
      Marta

      Usuń
  5. Nie za bardzo wierzę w te tupanie i krzyki w Twoim wykonaniu Ajko. Wykazywane przez Ciebie przemyślenia w prezentowanych tekstach świadczą między innymi o dużej tolerancji i wyrozumiałości dla innych. Ciągłe przebywanie na etapie „eliminacji” niepotrzebnych, niechcianych przedmiotów nie można nazwać ewolucją. Są jednak osoby, które muszą sobie same uświadomić, że dany etap już zakończyły aby mogły pójść skutecznie dalej. Innym trzeba to wyraźnie powiedzieć. Są jednak i tacy, którzy nie Czekaja na żadne potwierdzenie i wyprzedzają szereg. Ci mniej stanowczy będą potrzebowali (będą oczekiwali) dokładnego przepisu na ciasto zwane „minimalizm”. Wszystko wyważone, skrupulatnie zliczone, tylko czy aby na pewno zadowoli je osiągnięty rezultat (smak). Dążenie do świadomego posiadania, uodpornienie na reklamy konsumpcjonizmu to tylko początkowy etap i to ten najłatwiejszy (jak się ktoś rozmyśli to może dokupić). Cała zabawa zaczyna się później. Te wszystkie na nowo przeczytane książki, kontynuowane lub nagle przerwane spotkania z osobami, które znamy (albo tak się nam wydawało, że znamy), odkrywanie własnych słabości (nie potrafię pozbyć się swoich wszystkich przeczytanych książek) pozwalają spojrzeć na otoczenie z zupełnie nowej perspektywy. Do bycia w świadomym posiadaniu doszedłem od wegetarianizmu. To zmiany żywieniowe sprowokowały kolejne zmiany. Dużą pomocą okazały się teksty zawarte w blogach: frugal, prosty blog, droga do prostego życia, jak oszczędzać pieniądze, ale największe wrażenie zrobiła na mnie lektura H. D Thoreau „Walden”.
    Pozdrawiam - Sasza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, we mnie ta książka budzi jakieś obawy. Jest w jakiś sposób straszna po prostu.

      Usuń
    2. Mnie bardziej bolało to, że tak mało zrozumiałem z przekazu Thoreau po pierwszym przeczytaniu. Dopiero kolejne pozwoliło mi wczuć się w "klimat". Sposób narracji, dużo odniesień, gra słów, prawda nie zawsze powiedziana wprost. Zapewne w oryginale czyta się o wiele przyjemniej, niestety moja "nie-znajomość" angielskiego na odpowiednim poziomie uniemożliwia mi to. Wprowadzenie do lektury Pani Haliny Cieplińskiej (dotyczy obu pozycji) jest równie interesujące. Skutkowało to zakupem i lekturą kolejnej pozycji: "Życie bez zasad". Nie przemawia do mnie za to Leo Babauta. Jego publikacje traktuje jako bardzo komercyjne.
      Pozdrawiam - Sasza

      Usuń
  6. Tak, ja właśnie jestem na etapie uświadamiania ludziom, że nie potrzebuję domu ani nawet większego mieszkania - nie jest to proste ;) (wszyscy na około starają się mi wmówić, że mało zarabiam, że na nic mnie nie stać... a mnie jakoś stać na wszystko co mi jest potrzebne i naprawdę nie narzekam).
    Ale nie do końca zgadzam się z "zmiany prawie nowych sprzętów na jeszcze nowsze". Hmm, dla swojego komfortu otaczam się rzeczami, którymi chcę się otaczać, a nie tymi które mam ;) tzn. że jeśli natrafiam w sklepie na segregator, który mi się podoba, to go kupuję, a stary np. komuś oddaję. Tym sposobem mam wciąż jeden segregator i to ten najładniejszy! ;) Oczywiście drobiazg jak segregator to tylko przykład (aczkolwiek z życia, sprzed kilku dni), może chodzi o komputer lub dowolną inną rzecz. Po prostu nie kojarzę minimalizmu z oszczędzaniem a raczej z zadowoleniem z życia w otoczeniu, które naprawdę lubimy i nam się podoba, w otoczeniu przedmiotów, które są nam potrzebne ale też się nam podobają (a nie tylko tyle, że są najtańsze).

    OdpowiedzUsuń
  7. Gdy nadchodzi weekend, Znajomi "z domku" biorą się za koszenie trawników, mycie dwudziestu okien, obcinanie gałęzi i murowanie nowego grilla. A moja rodzina w tym czasie opuszcza przytulne M3, bierze się za rower, za termos z kawą i jedzie w słoneczną dal... Pozdrawiam, Magda

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie każdy domek ma 2O okien. Są też małe domki z trawnikiem, który można prawie wykosić nożyczkami.Nie wszyscy lubią też jeździć na rowerze.Co kto lubi. Ważne jest aby się wzajemnie rozumieć i nie nawracać " na siłę". Maksymaliści minimalistów i odwrotnie.
      Pozdrawiam
      Marta

      Usuń
    2. Słusznie. Jak mawiał mój Dziadek, co kto lubi, od tego zdrów!

      Usuń
    3. A ja dopiero odżywam jak wyjadę do domu rodziców na wieś. Nienawidzę swojego wynajmowanego mieszkania w Krakowie. Na zamkniętym osiedlu, wokół beton, z prawej sąsiadka z córką drące się na siebie po nocach i wyzywające od najgorszych, z lewej sąsiad, który co 5 minut wychodzi na balkon na dymka (który to smród potem wlatuje mi do mieszkania). Co z tego, że mieszkanie nowe, minimalistycznie urządzone, w bielach, beżach itp., kiedy ja najlepiej się czuję w hamaku w ogrodzie albo kiedy dłubię coś w ogródku. No ale ja w domu mieszkałam przez 20 lat, dopiero na studiach byłam zmuszona zamieszkać w bloku. A teraz po studiach ciułam każdy grosz, żeby znowu kiedyś mieć dom.

      Usuń
    4. Życzę Ci tego serdecznie! Trzymam kciuki! Myśmy na przykład zupełnie świadomie zdecydowali się na mały domek, wiedząc i akceptując, że przy ratach kredytu (tak dużego, jak na mieszkanie) nie będziemy w stanie odłożyć na żaden wakacyjny wyjazd. I teraz tak jest. Robimy tylko jednodniowe wypady bez noclegów i własną wałówką, ale jesteśmy bardzo szczęśliwi, bo mamy cudny widok i taki sam tarasik, gdzie pieczemy się z radością na słoneczku. Powodzenia!

      Usuń
    5. Dużo mawiał ten Twój dziadek ;-)

      Usuń
  8. Myślę, że problem z przedmiotami dotyczy przede wszystkim osób, które uprzednio pozwoliły się im przytłoczyć. Myślę też, że wszyscy piszący o minimalizmie doskonale wiedzą, iż ich czytelnicy, postępując w zaawansowaniu, wkrótce zaprzestaną czytania czegokolwiek na ten temat, co będzie jak najbardziej logiczną konsekwencją. I dlatego właśnie obracają się wciąż w kręgu tych samych zagadnień. To zrozumiałe. Mam też jeszcze kilka innych "światłych" myśli, lecz nie śmiem zabierać zbyt wiele miejsca na blogu Ajki, dlatego zostawię je pod własnym adresem :))

    OdpowiedzUsuń
  9. Tak, tak i jeszcze raz tak! I myślę sobie - nie tylko w kwestii minimalizmu. W każdej kwestii.

    I myślę sobie jeszcze o tym zdaniu: "Z perspektywy tych kilku lat życia pod znakiem upraszczania, wiem, że nie warto wpuszczać do swojego świata przedmiotów, których nie chcemy, nie potrzebujemy, nie lubimy od pierwszego wejrzenia. Z czasem nie stają się bardziej potrzebne, ładniejsze, sympatyczniejsze". Myślę, że nie dotyczy tylko przedmiotów - ale ludzi, emocji, sytuacji. Jeśli jesteśmy tym, czym się karmimy, musimy nauczyć się mówić "nie" temu, co nam szkodzi.

    I mówię to z perspektywy osoby, która wcale tego jeszcze nie umie, ale uczy się :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Oh jak ja znam to obrażanie się z powodu pozbycia się prezentu od cioci. Ileż razy w domu słyszałam, że nie mogę czegoś tak się pozbyć, bo dostałam od kogoś z jakiejś tak okazji. A było mi potrzebne jak kula u nogi. Ba! Znam nawet i takich, co to przy okazji wizyty, sprawdzali, czy ofiarowane kiedyś przedmioty są gdzieś w widocznym miejscu! O tyle, o ile w wypadku Babci mogę to zrozumieć, to w wypadku osób 20-30 lat już trudniej... W wypadku rzeczy tłukących się, zawsze można było twierdzić, że spadł (sam bądź z pomocą kota, albo nawet przez moją gapowatość przy myciu) i niestety się rozbił. Kiedy w rzeczywistości nadmiarowe kubki lądowały w rękach osób, w których gust lepiej trafiały, a akurat były przydatne (po przeprowadzce choćby, kiedy to po rozpoczęciu życia na własną rękę trzeba zorganizować sobie kuchenne przybory ;)). Choć bywały i takie, które nikomu by się nie przydały.
    Tak czy inaczej, dziś ludzie czasem chyba bardziej cenią przedmioty, niż ludzi...

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Lepiej

Przed urlopem pisałam o bezdzietności z wyboru. Mam jeszcze parę refleksji, które nie dotyczą istoty sprawy (mienia/niemienia dzieci), ale są z nią powiązane. 
Ludzie często lubią formułować różne złote rady czy ogólne stwierdzenia, które wydają się im słuszne i cenne: lepiej mieszkać na wsi. Lepiej mieszkać w mieście. Lepiej mieć samochód/jeździć na rowerze/poruszać się piechotą. Lepiej jeść mięso/być wegetarianinem/weganinem. Lepiej jeść gluten/nie jeść glutenu. Mieć mieć wiele dzieci/mieć dwoje dzieci/jedno dziecko/nie mieć dzieci. Lepiej biegać/ chodzić na siłownię/ćwiczyć jogę/gimnastykować się w domu. Być minimalistą/tarzać się w konsumpcji. Można by tak wymieniać w nieskończoność, wymieniłam tylko kilka dziedzin, które akurat wydają mi się częstym przedmiotem tego rodzaju sądów.
Zazwyczaj uważa się, że „lepiej” jest robić tak, jak się samemu wybrało. Często dlatego, że jest się ze swojego wyboru zadowolonym i wydaje się, że skoro nam jest z tym dobrze, to innym też pewnie będz…