Przejdź do głównej zawartości

Za komuny to dopiero był minimalizm

Pod jednym z niedawnych wpisów Czytelniczka i blogerka My Slow Nice Life napisała w komentarzu, że „swoją drogą, jak sobie przypomnę moje życie z rodzicami za komuny, to widzę, jak bardzo minimalistyczne i jak bardzo slow było. Wszystko poukładane. W głowie i w życiu.” Uśmiechnęłam się do siebie, czytając te słowa, bo często o tym myślę, zresztą w książce też będzie o tym mowa. 

Jak najdalsza jestem od gloryfikowania tego, jak żyło się za Polski Ludowej. Pamiętam to dobrze, w chwili przemian ustrojowych byłam dorastającą panienką, nie jest mi trudno przywołać wspomnienia tamtych czasów, zresztą rozmawiamy o nich nieraz z rodziną i znajomymi, myślę, że większość z nas ma dość wyważony stosunek do okresu PRL-u. Nikt z nas nie wzdycha z tęsknotą, nie twierdzi, że za komuny żyło się lepiej. Pewnie, że nie. Trzeba mieć coś nie tak z pamięcią, żeby tak twierdzić. 

Jednak faktem jest, że tamte siermiężne realia wymuszały proste życie, bardzo slow. Warto o tym porozmawiać.
Niedawno jedna z moich krewnych powiedziała, że to było wtedy, gdy ludzie jeszcze mieli czas się spotykać. Tak, mieliśmy czas się spotykać. I nikt nie widział problemu w tym, że na stole podczas tych spotkań lądowały kanapki z pastą z sera topionego, a nie sushi czy wędliny z rozmaitych galicyjskich kredensów arcyksięcia i deska serów pleśniowych. Ważne było samo spotkanie, obecność, bliskość.

Plakat zaprojektowany przez Dawida Ryskiego, dostępny w Pan tu nie stał

Był to też czas wymuszonej oszczędności i zaradności. Przerabiania wszystkiego, wykorzystywania każdej resztki, każdego drobiazgu, przechowywania najmniejszego nawet opakowania, bo mogło się przydać. Nic się nie marnowało, nie miało prawa. 

Czas pomagania sobie nawzajem. Bezinteresownego dzielenia się. Spontanicznej serdeczności. Gościnności. Cudzoziemcy, którzy mieli okazję odwiedzić wtedy Polskę, wspominają do dzisiaj, z jak serdecznym przyjęciem się wtedy spotykali, nawet przez zupełnie przypadkowych ludzi. 

Za żadne skarby świata nie chciałabym powrotu tego systemu, tamtej władzy. Braku wolności. Inwigilacji. Tej okropnej szarości, siermiężności, toporności. Ograniczeń, odcięcia od świata. Kurczę, jakie to było chore, że właściwie nie można było podróżować (gdy weszliśmy do strefy Schengen, popłakałam się ze wzruszenia, serio!). Jednak myślę, że byłoby fantastycznie, gdybyśmy potrafili w dzisiejszych warunkach, z tymi możliwościami, które mamy, wykorzystywać doświadczenia i umiejętności zdobyte w minionej epoce. Tę zaradność i oszczędność. Niemarnowanie. Poukładanie. Umiejętność życia skromnie, powoli i po prostu.

Może Was to zdziwi, jeszcze w poprzednim wpisie pisałam o pozbywaniu się co dzień jednej rzeczy, a teraz wzdycham do czasów, gdy nawet kubeczek po maśle roślinnym przechowywało się jak najcenniejszy skarb. Teraz nie ma takiej potrzeby. Gdybyśmy tak robili teraz, łatwo byłoby zginąć pod śmieciami. Nie o to przecież mi chodzi, chociaż oczywiście - jeśli jakieś zużyte opakowanie można wykorzystać do innych celów - jak najbardziej namawiam do tego.

Rzecz w tym, że nikogo wtedy nie trzeba było przekonywać do stosowania zasady 3R (reduce, reuse, recycle), bo była czymś naturalnym na co dzień. Logicznym, bo wymuszonym przez fakt powszechnej złej sytuacji materialnej społeczeństwa. Teraz jest uważana za hipsterskie wymysły. Bo wielu ludzi czuje się za bogatych na oszczędzanie i recykling. 

Moglibyśmy lepiej wykorzystywać posiadane zasoby, mniej kupować, mniej zużywać. Potrafimy, robiliśmy tak jeszcze nie tak znowu dawno temu. Wtedy z przymusu, teraz możemy z wyboru. Za to mieć więcej czasu dla siebie nawzajem. Dla bliskich, dla rodziny, dla znajomych. Spotykać się dla samej radości bycia razem. Chociażby po to, by napić się razem herbaty.

Nie wdychajmy do PRL-u, ale zastanówmy się, jak tamte doświadczenia moglibyśmy przekuć na lepsze życie teraz. Rozleniwione społeczeństwa tak zwanego Zachodu czy młode pokolenia, które urodziły się już w nowej rzeczywistości, nie mają tej wiedzy. Nie mają porównania. My, którzy pamiętamy, wiemy, co było dobre wtedy, co jest świetne teraz, ale wiemy też, czego obecnie nam brakuje, a było oczywiste i powszechne jeszcze dwadzieścia parę lat temu. 

[Na wszelki wypadek napiszę jednak jeszcze raz, bo wolałabym, żeby panowała w tej kwestii pełna jasność - nigdy w życiu nie powiem, że za komuny było lepiej. Bo NIE BYŁO.]

Komentarze

  1. W samo sedno trafione! Podpisałabym się pod każdym słowem! Z przyjemnością przeczytam Twoją książkę. Kiedy będzie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W przyszłym roku, nie wiem jeszcze dokładnie kiedy, to zależy od Wydawnictwa.

      Usuń
  2. Ostatnio przeczytałam książkę "Nasz mały PRL" i tam jest uwaga właśnie zwrócona na tę sprawę. Nic się nie może zmarnować, wszystko można zrecyklingować i użyć ponownie, a rzeczy można mieć bardzo mało, bo po co więcej. Ja nie miałam okazji poznać PRLu na własnej skórze, bo urodziłam się już w latach 90., ale mnie strasznie fascynuje ten okres ludzkiej zaradności, znania się na wszystkim (przecież nie można było kupić nowej pralki, trzeba było naprawić), oszczędności i tego, że każdy potrafił zrobić coś z niczego, bez względu na to czy chodziło o obiad, ciuchy czy zabawki dla dzieci.
    lu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To był bardzo trudny okres, ale faktycznie tamta zaradność i konieczność znania się na wszystkim są fascynujące.

      Usuń
  3. W pewnym sensie cieszę się, że należę do pokolenia, które pamięta jeszcze życie w PRL. Choć nie było ono łatwe, było cennym doświadczeniem - doświadczeniem, które - jak piszesz - można wykorzystać częściowo obecnie. Zresztą różne umiejętności wracają do łask (może z kryzysem? z nostalgią za PRL?), od robienia dżemu do szycia. Dawniej normalność, dziś lekka ekstrawagancja. Co ciekawe, wydaje mi się, że pokolenie naszych rodziców, teraz w czasach konsumpcji dość chętnie rezygnuje z tych własnych produkcji na rzecz gotowych, kupnych przedmiotów.
    Marzy mi się tyle czasu spędzanego z przyjaciółmi, co w czasach liceum. Bez zobowiązań, bez pieniędzy. Jak to się stało, że umawialiśmy się, spotykaliśmy, byliśmy słowni i punktualni nie mając komórek ani internetu - tylko telefon stacjonarny, który odbierali inni domownicy? Dziś spotkanie można odwołać w dowolnej chwili i mam wrażenie, że przez to ludzie czasem nie traktują innych poważnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale jaki telefon stacjonarny?:) U mnie w bloku był jeden na 100 mieszkań, bo taki był chyba przepis, żeby można było wezwać jakieś służby ratunkowe. Miała go sąsiadka z naprzeciwka (mieliśmy szczęście), gdyż pracowała w spółdzielni mieszkaniowej jako kierowniczka, więc sobie to załatwiła. I wszystko działało, jak piszesz. Ale może to dlatego, że nie można było za bardzo takiego umówionego spotkania odwołać, więc się robiło wszystko, aby nie zawieść kumpli. A teraz bez problemu przez komórkę albo nawet zostawiając info na "ścianie" czy innym tam murze - bez fatygowania się do konkretnego adresata. A w pudełkach po maśle roślinnym lub serkach homogenizowanych sadziło się sadzonki pomidorów na parapecie, aby je potem przenieść na działkę. Będę o tym pisać niedługo, bo chodzi mi po głowie od dawna, jak to moi rodzice kiedyś kultywowali Slow Food i Slow Life, nawet o tym nie wiedząc.

      Usuń
    2. Tofalario, My Slow Nice Life mnie ubiegła, miałam napisać, że telefon też był rzadkością. Z jednym z chłopaków umawiałam się za pośrednictwem mojej Mamy, on dzwonił do Niej do biura, żeby przekazać, gdzie i o której mamy się spotkać. Kosmos kompletny.

      Moi Rodzice wracają do robienia wielu rzeczy samodzielnie, rozczarowani jakością "gotowców", ale oni są niezbyt typowi na tle pokolenia.

      Usuń
    3. Przepraszam, Ajko, postaram się powściągnąć wrodzoną gadatliwość. O, tu by mi się przydało minimalistyczne podejście na pewno :)

      Usuń
    4. No co Ty :)! Nie o to chodziło... Po prostu byłaś szybsza, a kwestia niedostępności telefonów była jak widać bardzo powszechna i bolesna :)

      Usuń
    5. Tak, u nas długo nie było telefonu, do Babć dzwoniło się od sąsiadki (obie Babcie mieszkały w starym budownictwie, gdzie - o dziwo - telefony były... do dziś pamiętam sygnał "rozmowa kontrolowana"). U nas w bloku z końca lat 70. założono telefon w latach 90, w połowie mojego liceum. Biegało się też do budki pod blokiem z żetonami, potem z kartami magnetycznymi - ktoś to pamięta? Nie wszyscy koledzy mieli telefony. Później wprowadzono numery własne dla budek telefonicznych i można było o określonej godzinie umówić się na rozmowę przez taką budkę (zadzwonić do kogoś do budki). To dopiero był kosmos, bo czasem odbierał przypadkowy przechodzień. :)

      A pomidory w kubeczkach po kefirze też pamiętam - całe parapety!

      Usuń
    6. No tak, nie ma to jak młodość powspominać... Tofalaria, dokładnie to samo pamiętam. Po prostu takie nam zafundowano "przeżycia pokoleniowe" :)

      Usuń
  4. bardzo ciekawie i zwięźle napisane.
    zmusza do myślenia i przewartościowania swego konsumpcyjnego życia na coś..głębszego.

    pozdr.

    m.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moniko, staram się pisać zwięźle, chociaż nie zawsze się udaje. Pozdrawiam również.

      Usuń
  5. Gdy byłem dzieckiem, mama z babcią kupowały dla mnie ubrania. Pamiętam, jak nastał czas, gdy w końcu mogłem sam decydować o ich źródle i ilości. Skończyłem z dwoma dużymi szafami wypełnionymi ciuchami, bo po prostu mogłem.

    Teraz już wiem, że wówczas się zachłysnąłem. Na szczęście tu akurat się ocknąłem (a gdzie mi się nie udało, to sam chciałbym wiedzieć ;) ), ale samo zjawisko dobrze zapamiętałem.

    Urodziłem się już po przemianach. Przypuszczam jednak, że podobne zjawisko zachłyśnięcia się możliwościami nabywczymi jest przyczyną, dla której ludzie zatracili posiadane kiedyś zdolności cieszenia się z dóbr, których reklam nie zobaczymy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łukaszu, masz rację, to właśnie zachłyśnięcie, jak to nazwałeś. Niestety większości jednak nie mija, owocując rosnącym materializmem.

      Usuń
  6. Urodziłam się we wczesnych latach 60-tych, także komuna dała mi popalić. W 1986 wyjechałam na Zachód, z którego wróciłam dopiero 2.5 roku temu. Zatem czuję się upoważniona do stwierdzenia: Polacy są teraz bardziej materialistyczni niż nasi zachodni sąsiedzi. Wiem, wiem – nie mieliśmy długo zatem teraz nadrabiamy zaległości. Ale cieszę się, ze są już głosy przeciwstawiające się konsumpcji. Sama wyleczyłam się z niej w sposób naturalny (przebywanie w przytłaczającym świecie rozpasanych dóbr materialnychjuż wtedy, kiedy moi znajomi/rodzice dopiero zaczynali kupować przemycane z Niemiec czekolady – w okresie „handlu łóżkowego, itp itd...). Po prostu byłam wcześniej „rozbestwiona”. Wcześniej też zaczęłam się zastanawiać nad celowością kupowania nowego modelu telewizora, etc. Kiedy przyjeżdżałam do Polski moi znajomi mieli więcej (i lepszych) gadżetów niż ja. Byłam trochę ubogą kuzynką z Zachodu, w używanych ubraniach i nieświadomą nowych trendów w elektronice i modzie. Jako dziecko komuny umiem robić na drutach, szyć, farbować tkaniny. Jak widzę te umiejętności są już trochę na wymarciu. Niemniej trochę mnie teraz wciągnęły nasze lumpexy i zdaję sobie sprawę, że mam za dużo szmatek, ale i tak jestem Kopciuszkiem w porównaniu z koleżanką z pracy, która ma ok 100 par butów. Moja przyrodnia siostra patrzy na mnie ze źle skrywaną pogardą ;) ... Ona jest „z górnej półki” (nie zdaje sobie sprawy biedaczka jak bardzo jest prowincjonalna w swoim szaliku Burberry). Nie dam rady jej przekonać, że (jak mawiał Gombrowicz) „Kobieta prawdziwie dystyngowana jest zawsze ubrana źle”. A propos, Ajka – ile masz par butów? (jeśli to pytanie nie jest zbyt osobiste :)) Mini-Mo.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mini-Mo, dziękuję za komentarz, bardzo cenny, biorąc pod uwagę Twoje doświadczenia. Napawa jednak optymizmem, bo może i nas to czeka(to "wyleczenie") za jakiś czas, gdy konsumeryzm przeje się większej grupie społeczeństwa?

      Pytanie o buty jak najbardziej w porządku, nie mam w tej kwestii nic do ukrycia. Butów mam całkiem sporo, jak mi się wydaje, ale dzięki temu nie mam problemu z dobraniem obuwia do jakiejkolwiek okazji i pogody. Po jednej parze: baleriny, sandały sportowe, sandały na koturnie, sandałki na wysokim obcasie, klapki na koturnie, szpilki, czółenka, półbuty, kalosze, kozaki, śniegowce, buty trekkingowe zimowe, trekkingowe letnie, buty do fitnessu, wsuwane buty typu "loafers". I pantofle domowe. W sumie szesnaście par, razem z kapciami. Ze dwóch par zapewne niedługo się pozbędę (klapek na koturnie na pewno, nie chodzę w nich). Na pewno można mieć mniej, ale to oznaczałoby niewygody... Więcej - nie widzę potrzeby.

      Usuń
    2. W ostatnich latach przeorganizowałam swoją szafę, czego efektem jest garderoba stonowana kolorystycznie i dobra gatunkowo. Do tego mnóstwo pięknych apaszek w klasyczne desenie, np. groszki. To działa. Natomiast przyznam się, że moja rewolucja butowa wymknęła mi się spod kontroli. Spakowałam wszystkie moje mniej lub bardziej nieprzemyślane zakupy i oddałam do lokalnego charity. Zainwestowałam w wygodne i ponadczasowe modele dobrej jakości, które nigdy nie wyjdą z mody (typu: loefers, mokasyny, proste balerinki, broguesy - trzewiki, monksy z klamerka na boku, Mary Janes z lat 20tych (z paseczkiem, maly obcas), klasyczne czółenka z lat 80tych na średnim obcasie, itp). Ponieważ w UK można kupić naprawdę bardzo przyzwoite buty (w Polsce wciąż z tym problem), moja kolekcja nagle się rozrosła:(( Tak więc postawiłam sobie "szlaban" na kolejne zakupy butowe;) Jeszcze tylko muszę kupić jedną parę (płaskie całe-ze-skóry sandały z Israela) i koniec. Nie pozbędę się tych które już zakupiłam ponieważ mogę je nosić nawet za 20 lat, nigdy nie wyjdą z klasycznej mody. Do tego niektóreupolowałam tanio. Do pracy potrzebuję eleganckich i wygodnych butów, więc używam ich rotacyjnie, a fleki i zelówki wymieniam w Polsce, gdyż usługi są znacznie tańsze. Moja kolekcja jest starannie zapakowana w pudełka, czasem po dwie pary w jednym dla oszczędności miejsca, a na każdym pudełku nakleiłam małe zdjecie tego co znajduje się w środku (podpatrzyłam w sieci, zajęło mi to godzinke). Dzieki takiej organizacji, nawet przy sporej kolekcji butów, znalezienie właściwej pary zajmuje mi kilka sekund. Na swoją obronę powiem, ze piękne skórzane buty plus pasek, piekna torebka (mam tylko dwie piekne, ale wcale nie markowe) sprawiają, ze nawet jeansy i t-shirt wydają się eleganckim zestawem. Chyba jestem fetyszystką butową i tu daleko mi do minimalizmu, ale za komuny kupno pięknych butów było prawie niemożliwe, chociaz z drugiej strony nawet tamte buty nie były jednorazówkami jak obecnie te z sieciowek, które nie dość że się rozpadają po jednym sezonie, do tego z założenia mają być niemodne już w następnym... Co zmusza do ponownych zakupów...

      Usuń
    3. ŚWIĘTA PRAWDA! Polskie buty są do bani. Od przyjazdu kupiłam trzy pary z Syreny i już mi się z lekka rozlatują. Kupiłam, bo niedrogie. To tzw. „false economy”.
      A teraz z innej (choć wciąż butowej) beczki. Wczoraj obserwowałam Panią w autobusie. Miała sukienkę w paski (jednym z kolorów był żółty). Do tego żółtą torebkę i żółte pantofle. Założę się, ze ma bardzo wiele par – na różne pory roku -- i to we wszystkich kolorach tęczy. No bo przecież trzeba wszystko dopasować! Właśnie z tym dopasowywaniem i kompletowaniem jest problem. Wtedy wszystko nam się zaczyna mnożyć w nieskończoność. Zatem – widzę tylko dwa rozwiązania: Albo mieć wszystko szaro-bure (albo beżowo-brązowe/ albo niebiesko-białe, etc ...a zatem dopasowane), albo przestać sobie zawracać głowę kolorami i odważnie mieszać wszystko ze wszystkim. Styl „na daltonistę”. Mini-Mo.

      Usuń
    4. Mini-Mo, ja mam teraz szaro-buro w szafie, fajne tło dla jedwabnych apaszek oraz skórzanych butów. Policzyłam je dla porządku i nie jest aż tak źle jak myślałam:) Razem z butami do biegania oraz klapkami będzie około 40 par. Skoro minimaliści mają połowę tego to nie mam się chyba czym martwić, poza tym w porę się opamiętałam:) Kolory moich butów to czarne, brązowe, szare oraz beżowe, czerwone klapki. Więc bez szaleństw. Minimalizm jest za to w stylu ubierania, bo wcześniej byłam ekstrawagancką hipiską. Od czasu zmian mogę sie ubrać w pieć minut na KAŻDĄ okazję, bo make-up także zredukowałam do minimum. Wyżej się nie podpisałam. Pozdrawiam. Dorota

      Usuń
    5. Dorota, a ja właśnie po latach nieokreślności mam ochotę (kryzys wieku średniego – szukanie nowych recept na życie – stąd zainteresowanie minimalizmem) ... się określić. Stąd pomysł na minimalistycznego starego hipisa. (To chyba da się pogodzić?). Ciekawa jestem jak wyglądała Twoja garderoba w okresie hipisującym. Jeśli masz ochotę napisz do: marta.lisia@op.pl, bo tutaj jest blog minimalistyczny, a nie modowy! Mini-Mo

      Usuń
  7. Ajka – dzięki za szczegółowy opis butów! Nie spodziewałam się az takich detali... :) Z kronikarskiego obowiązku wczoraj policzyłam swoje (26 par – łącznie z kapciami) Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie to, ze w Polsce trzeba butów na różne warunki atmosferyczne. Przyjechałam tu z 18 parami butów. A tu nagle mrozy i upały, których nie było w Wielkiej Brytanii, więc kolekcja się rozrosła. No ale czas powyrywać chwasty! Pozdrawiam, Mini-Mo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mini-Mo, to bardzo dobrze mi zrobiło, czasem warto przeliczyć stan posiadania, a na obuwiu do tej pory jakoś szczególnie się nie skupiałam. Wczorajsza kontrola pokazała mi, że coś można by zredukować ;-)

      Usuń
  8. Zaskakujące! Pomyśleć, że ja mam problem kupić jedną parę dobrych butów (i nie tylko), o czym napisałem przed chwilą u siebie na blogu. Można by domniemywać, że oczekuję zbyt dużej uniwersalności bądź wytrzymałości, ale skoro kiedyś mogłem nabyć produkt w zupełności spełniający moje oczekiwania, to dlaczego nie mogę zrobić tego ponownie? Za dużo sprzedaje się marki, a za mało produktów.

    OdpowiedzUsuń
  9. Moim zdaniem właśnie PRL był w pewnym sensie antyminimalistyczny. No bo z jednej strony rzeczywiście miało się mniej rzeczy niż teraz ale z drugiej ludzie nie wyrzucali niczego bo "wszystko może się przydać", kupowali rzeczy na zasadzie wziąłem bo dawali, bo jak będzie coś naprawdę potrzebne to akurat nie będzie tego w sklepach( np mój wujek kupił aparat telefoniczny w nadzieji że załatwi sobie podłączenie, tata kupował wszystkie mapy turystyczne jakie wpadły mu w rękę- do dziś w domu są mapy miejsc do których nikt nie pojechał). Nie dało się zaplanować rozsądnie zakupów, zastanowić się czy coś naprawdę jest potrzebne i wrócić do sklepu za kilka dni bo już danej rzeczy by nie było.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, znam ludzi, którzy do dziś mają w szafach zapasy z tamtych lat... ;) I to chyba jest najbardziej chore.

      Usuń
  10. "Minimalizm" z konieczności, znika w miarę poprawy okoliczności ;)
    I tak zniknął razem z PRL, choć w zasadzie - przerodził się w skrajny konsumeryzm, umiejętnie podsycany neuromarketingiem. Zręcznie zostały przez media, ręka w rękę z korporacjami, wykorzystane niemożliwe do zaspokojenia pragnienia i żądze posiadania, które najzwyklejsi ludzie "za komuny" przecież mieli. Przecież chcieli mieć ciuchy z Niemiec, telefon, samochód, daczę nad jeziorem, wczasy w Bułgarii czy Jugosławii... można by wyliczać bez końca. Tymczasowo musieli się jedynie zadowolić zamiast tego np. workiem cukru czy ziemniaków w piwnicy. To nie był minimalizm Ajko, tylko zwykłe ubóstwo.
    Z perspektywy współczesnej P(R)L, komuna okazała się mechanizmem "naciągania sprężyny" konsumpcyjnej. Natomiast za obecną możliwość realizacji konsumpcji, Polacy są skłonni zapłacić wyjątkowo drogo.

    OdpowiedzUsuń
  11. W kilka godzin ( z kawą + przerwą na siku) przeczytałam tego bloga od deski do deski + część komentarzy. Bomba! Osobiście nie jestem typem zbieracza... jako dziecko nie miałam wiele zabawek bo takie były czasy. Później chodziłam do 'umundurowanej' szkoły więc na 3 lata liceum udało mi się kupić tylko 3 pary spodni i kilka spódnic ( później na studiach nie miałam się w co ubrać i nie wiedziałam jak to zrobić :P). Nie mam własnego kąta, wciąż kończę studia i przeprowadzam się z miejsca na miejsce, mój dobytek mieści się w plecaku i walizce, zestaw podróżny(podróże to moja pasja) w kolejnym małym plecaku. Kupuję tylko książki w których się zakocham, z kosmetyków używam głównie oleju kokosowego(szerokie spektrum zastosowania) i dobrze mi w takimi małym minimalizmie. Inaczej żyje moja Babcia i Mama...totalne zbieractwo... ale dzisiaj po mojej lekturze prostegobloga zapakowałam kilkanaście (sic!) reklamówek z ciuchami dla PCK, kilka roczników newsweeka,polityki, twojego stylu etc ... i sprzątam przestrzeń. Mama się wkurza... dlaczego to wszystko wyrzucam, a moim argumentem jest " czy kiedy przyjeżdżam do domu, robimy w ogóle coś innego poza sprzątaniem?" bo tak faktycznie jest... bo rzeczy stały się tym OBCYM, który zjada nam czas. Dziękuję za bloga i za piękną polszczyznę, którą jest napisany ;) będę odwiedzać, a póki co walka o CZAS trwa!
    Pozdrawiam serdecznie,
    BS

    p.s- jest też coś w tym nienasyceniu i pędzie o którym pisałaś. Dużo i intensywnie podróżuję, chłonę a później dzielę się tym z bliskimi. Po jakimś czasie pamiętam tylko własne opowieści a nie to co wydarzyło się faktycznie. Myślę o założeniu bloga na którym przechowam takie wspomnienia, zdjęcia i relacje 'na gorąco', by mieć gdzieś pamięć..kiedy własna zawodzi. Dziękuję za inspirację i życzę powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja tych czasów nie pamiętam, ale w domu mojej babci wciąż można zobaczyć pozostałości tego, o czym pisałaś. Na szafie stoi puszka po mleku w proszku chyba z lat 60tych, w której przechowywane są jakieś zaplątane guziki. Prześcieradła i ręczniki też często mają kilkadziesiąt lat. Stylowa popielniczka używana obecnie jako pojemnik na klucze też pamięta o wiele więcej lat niż ja. Mam wielki sentyment do tego małego świata i nie wymieniłabym niczego na nowsze i bardziej dizajnerskie. A babcia wbiła mi do głowy niechęć do marnotrawienia.

    OdpowiedzUsuń
  13. A ja pamiętam :-) Ijeszcze jest parę rzeczy w kilku znanych mi domach, które rówzniez pamiętają te czasy ;-)

    OdpowiedzUsuń
  14. Ja tych czasów nie znam z autopsji, ale uwielbiam o nich słuchać, oglądać filmy czy to kręcone w tamtych czasach, czy to realizowane teraz, ale przedstawiające tamten świat. To samo z książkami, muzyką, sztuką. Bardzo mnie fascynuje, że ustrój był tak mało przyjazny, a ludzie tak bardzo serdeczni. Ciekawe, jaka bym była, gdybym wychowała się w tamtym czasie: czy teraz zachłysnęłabym się możliwościami i zachodnimi wpływami, jak niektórzy, czy może doświadczenie tamtego okresu zdominowałoby mój światopogląd. Hmmm:)
    Pozdrawiam,
    Olimpia

    PS. Nie mogę się doczekać Twojej książki!

    OdpowiedzUsuń
  15. Ale to po komunę mamy spuściznę w postaci syndromu "przyda się".
    Przez puste półki mamy teraz całe rzesze zakupoholików, łowców okazji. Widzę to po sobie.
    Ta epoka zastawia w nas trwałe ślady na pokolenia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie zgodzę się , może minimalnie w przypadku przydasi ale już jeśli ktoś ( znam osobiście) kupuje na wagę płyty i książki albo pirackie wydania po to by ustawić na półkach a jeszcze lepiej na szafkach pod sufitem ( bo widać że jest ale nie widać co) to już z PRLem nie ma nic wspólnego.

      Usuń
  16. Jakoś mi to pachnie takim "przyda się, zostawię" i pokutuje w obecnych zachowaniach wielu ludzi wychowanych w tamtych realiach, mimo że nie ma już takiej potrzeby.
    Ja jednak o czymś innym. Wydaje mi się, że najcenniejszym co mamy jest czas i to jak go wykorzystujemy. Stąd i minimalizm-więcej czasu do mądrego zagospodarowania. A poświęcenie go na rozwijanie kontaktów międzyludzkich, zwykłą życzliwość i rozmowę to chyba najmądrzejsze zagospodarowanie czasu o jakim można pomyśleć. :) I do tego dążę.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  17. Czasy PRL, to był bardzo trudny okres, i także jak Ty Ajko uważam, iż nie był to dobry czas. Wcale, ale to wcale nie było lepiej. Ja sam w czasach PRLu byłem małym chłopcem, dlatego też część wydarzeń z tamtego okresu pamiętam tylko z opowiadań. Moja Mama wiele razy wspominała jakiż to był trudny okres. Gdy niczego nie było, o wszystko się walczyło. Do tej pory pamiętam opowiadania jak to Mama brała mnie lub moja siostrę ze sobą i gdy stała w dużej kolejce sugerowała byśmy płakali. Płacz był na tyle dobrym argumentem, że prócz przepuszczenia w kolejce, jeszcze zdarzało się czasem otrzymanie jednego cukierka. Nie było to całe opakowanie cukierków, był to tylko jeden mały cukiereczek. Jak widać po wszystkich komentarzach w tamtym okresie nie było różowo, zachłysnęliśmy się faktycznie dobrobytem, dostępnością. Pozostało do teraz trzymanie rzeczy, bo się jeszcze może przydać. Dziś mamy wszystko od ręki od zaraz. Nie jest trudno cokolwiek kupić. Młodzież nie zna czasów, gdy nie było telefonu, internetu, fejsbuka. Spotkałem się nawet ze stwierdzeniem: to nie mogłeś sobie tego wygooglać? W tamtym okresie spotykaliśmy się pod blokiem, spędzaliśmy czas na zabawie, rozmowie a nie na graniu, czatowaniu itp.
    Dziś są inne czasy, może faktycznie dojdziemy do dnia, w którym zacznie przeszkadzać nam nadmiar i w drugim człowieku zobaczymy człowieka, a nie manekina na, którego spoglądamy przez pryzmat co ma ubrane, jakie ma gadżety itp.

    Pozdrawiam Bartosz

    OdpowiedzUsuń
  18. Śledząc takie blogi jak ten, dzień po dniu, kawałek po kawałku zbliżam się w stronę minimalizmu. Zaczęłam od porządkowania szafy i biżuterii, później przyszły książki. Małymi kroczkami do przodu. Kosmetyki zminimalizowane i zaraz mam więcej w portfelu i na skórze kondycja lepsza. Ja jestem zdruzgotana tym, że w dzisiejszych czasach, młodzież w wieku 14 lat, mam na myśli gł. dziewczyny - chodzi w pełnym makijażu. Wystarczy odwiedzić kanał youtube i wpisać: mój makijaż itp. Dziewczyny nakładają na siebie takie preparaty, że głowa mała. Sama czasem nie wiem, do czego służy dany kosmetyk. Przykładowo: do oczu jakiś krem na rozświetlenie i opuchliznę, później utrwalacz pod makijaż, później 3 rodzaje cieni, na to kreski do oka, eyelinery, baza pod tusz, tusz do rzęs najnowszej generacji - wszędzie o nim głośno i każdy reklamuje... i tak na poszczególną partię ciała. Przypominają mi się w takich chwilach słowa mojej mamy, która przez 50 lat swojego życia nie kupiła ani jednego pudru i podkładu, a używała wyłącznie kremu nivea, malowała oczy i usta. Do dzisiaj mimo swojego wieku wygląda bardzo młodo i korzystnie. Mówię to wszystko z perspektywy dziewczyny, która ma 22 lata. Większość moich koleżanek tonie w kosmetykach i kupują wszystko co jest reklamowane, niektóre w moim wieku używają już kosmetyków opóźniających starzenie się skóry...Głowa mała. Ja sama lubię kosmetyki, nie powiem, że nie. Ale moja kosmetyczka żyje i funkcjonuje z jednym kremem, pudrem, kredką do oczu, tuszem i pomadką. Okazjonalnie podmaluję się mocniej i tyle. Dzisiaj spotykam dziewczynę na ulicy i wygląda tak, jakby wybierała się na bal.

    OdpowiedzUsuń
  19. mam 50lat i czasy komuny pamętam doskonale,moje dzieciństwo i młodość,tata zatrudniony jako magazynier wykształcenie zawodowe,mama kosztorysantka w biurze wykształcenie średnie,zarobki obojga w granicach średniej krajowej{60%obywateli tyle wtedy zarabiało}mieeszkanie spółdzielcze w 1967r po trzech latach oczekiwania z wkładem 20%,wczasy 14 dniowe dla trzech osób,co roku,międzyzdroje,świnoujście,gdańsk,władysławowo,głodowo nad jeziorem, alchen w ddr,70% kwatery prywatne,reszta ośrodki wczasowe,z pełnym wyżywieniem,obecny koszt takich wczasów to około 5000zł,kolnie ,zimowiska co roku,czechy słowacja polska,kolonie 14 dni zimowiska7 dniłocznie z kieszonkowym na nasze czasy 2700zł,prywtnty wyjazd do rodziny sopot 7dni w wakacje 1500zł,średnio dzisiejsza rodzina musiała by odkładać nato 770zł miesięcznie,książeczki na fiata 126p,pierwszy od 1973r,pięć lat 0szczędzania,licząc na dzisiejszy przelicznik 500złna miesiąc,maluch otrzymany w 1978r i przedpłata na następny,otrzymany w 1982r,w tym czasie natym pierwszym 10000 km rocznie co przy obecnej cenie paliwa ,ubezpieczeniu ,przeglądu,wymianie oleju i drobnych naprawach,koszt miesięczny ok.500zł,co tygodniowe imprezy rodzinne ,alkochol sałatka bigos ciasto własnej roboty obecny koszt 100złrazy cztery =400zł wliczając w to imieniny i urodziny(kwiaty prezenty),kinno teleranki kinowe co tydzień,kino normalne 2 razy w miesiącu,dancing raz w miesiącu,kawiarnia 2 razy w miesiącu 280zł,gazety,pomorska ,kurier ,daiennnik i tygodniki 180zł,papierosy 30szt dziennie,razy 31dni 511zł,działka rekreacyjna,bez ceny zakupu i budowy domku 36m,miesięczne utrzymanie 50zł,miesięczne jakie otrzymywałem na dziś to około 50zł,podstawowe wyżywienie,śniadanie ,obiad kolacja ,dla 3 0sób,na dziś800zł(najtańsze produkty)utrzymanie mieszkania 36m z prądem gazem i telefonem 620zł,chemia,najtańsza 140zł,odzież 150zł na trzy osoby,edukacja 25zł(samo ubezpieczenie komitet rodzicielski i jedna wycieczka,książki i inne edukacyjne sprawy wliczam w koszt odpisu od podatku.zdrowie 80zł miesięcznie,kawa ,rodzice pilipo3 dziennie plus goście 21prazy 3,5zł=73zł,agd,remonty i meble po 100zł miesięcznie,inne taryfy 60złm,słodycze lody 20złm.syfon 10zł,mleko2,2 razy 31dni=68zł,święta 60zł,bilety kom miejejskiej 100zł,szklanki garnki ręczniki pościele świeczki czajniki itp20zł miś.(żarówki,baterie,chusteczki,pasta do butów,itd.) opłaty przelewowe 20zł,konto 10zł,0kazjonalneśluby w rodzinie,ślub własnego dziecka 10razy 300zł plus 10000na swoją pociechę w ciagu 30lat to jest36zł miesięcznie razem koszty utrzymania miesięcznie moich biednych nie wykształconych na byle jakich stanowiskach pracy wynosił ,na obecne czasy 5400zł netto ,czyli2700zł netto na jednego pracującego,pytam się więc ile procent ludzi w polsce obecnie tyle zarabia i jakie mają wykształcenie i stanowiska pracy,chciałbym jeszcze dodać że rodzice do dziś mają pieniądze na czarną godzinę i często od nich pożyczałem, adziś młodzi jaką mają perspektywę zamieszkania w własnym m żadnej chyba że kredyt na 30 lat i 1000 zł miesięcznie a jak stracą pracę to co dalej,bez porównania za komuny było znacznie lepiej,a jakby ktoś twierdził za tv że to wszystko było dzięki kredytom gierkowskim,to przypominam ile było zadłużenia za gierka 30mild i za te pieniądze powstały huty,duże zakłady pracy ,nowe mieszkania,póżniej ten cały majątek został sprzedany na poczet tego długu który został spłacony,a teraz co mamy długi znacznie większe icoraz mniej majątku narodowego i miejsc pracy,to pytam sie kidy było lepiej,ja uważam że zakomuny ,jak ktoś pracował i nie był związany z opozyca (oczywiście w latach 70,bo wcześniej było znacznie gorzej ) to żadne ub nie zakłucało mu normalnego życia nawet człowiek nie wiedzał że taka instytucja istnieje

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

Bezdzietna z wyboru

Noszę ten temat w sobie już od dawna, a zabieram się do wpisu od dobrych paru miesięcy. Wprawdzie w głowie jest gotowy, ale trudno mi się przełamać, by go napisać. Sami zobaczycie dlaczego. 
W pierwszej chwili może wydać się Wam, że sprawy, o których będę pisać w tym i kolejnych wpisach, niezbyt są związane z ogólną tematyką bloga, ale tak jest, moim zdaniem, tylko pozornie. Wszak i tutaj, i w swoich książkach dużo mówię o odwadze życia po swojemu oraz o świadomym podejmowaniu decyzji w każdej dziedzinie. 
Po raz pierwszy poproszono mnie o wypowiedź na temat bycia bezdzietną z wyboru kilka lat temu, do jakiegoś materiału prasowego. Nie czułam się jednak na siłach. Wydawało mi się to sprawą zbyt intymną. Nie chciałam też wciągać w to mojego partnera życiowego. Ma prawo do prywatności i nie musi chcieć dzielić się swoimi osobistymi decyzjami z połową internetu, jedynie dlatego, że jego żona jest blogerką i jak na blogerkę przystało, czasem psychicznie oraz emocjonalnie obnaża się w sie…

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Na rozstaju

Wróćmy do tematu niechcenia dzieci. Obiecałam wyjaśnić Wam, czym kierowałam się w procesie podejmowania ostatecznej decyzji w tej kwestii. Nie traktuję tego jako tłumaczenia się, nie widzę powodu, by się tłumaczyć. Uważam jednak, że za rzadko rozmawia się na ten temat, a Wasze pozytywne reakcje pod ostatnim wpisem potwierdzają, że jest taka potrzeba. Może gdybyśmy częściej mówili o tym, dlaczego jedne osoby pragną mieć dzieci, a inne nie, mniej emocji budziłby ten temat? Może łatwiej byłoby o tym mówić? 
Właściwie nie pamiętam, czy ktoś kiedyś pytał mnie CZY chcę mieć dzieci albo DLACZEGO nie chcę. Bywałam za to strofowana za to, że tak z tym zwlekam, nazywana egoistką, straszona starością w samotności (dzieci jako polisa na starość to mój ulubiony motyw). Pamiętam, jak kiedyś zbeształa mnie lekarka przy okazji badań okresowych, coś w tonie „najpierw czekają nie wiadomo na co, a potem mają pretensje, że nie mogą zajść w ciążę”. Dodam, że wypaliła z tym tekstem ni stąd, ni zowąd, niep…