Przejdź do głównej zawartości

Tsundoku, nienasycenie i inne bolesne przypadłości

Znałam samo zjawisko, ale nie wiedziałam, że w języku japońskim istnieje na nie specjalne określenie. „Tsundoku” czyli kupowanie książek i pozostawianie ich nieprzeczytanych, zazwyczaj poprzez ułożenie ich na półkach lub na podłodze wraz z innymi nieprzeczytanymi książkami. 

Zdjęcie stąd

Wydaje się, że to dość powszechny zwyczaj. Jeszcze parę lat temu był również moją zmorą. Książki - jedyne dobra, które kupowałam zupełnie bez wyrzutów sumienia. Obietnica nowych światów, przygód, wypraw na nieznane lądy i odległe planety, znajomości z niezwykłymi ludźmi, przeżywania historii, które w rzeczywistości nigdy nie mogłyby się wydarzyć. Jak można sobie tego odmawiać? Czy naprawdę istnieją ludzie, którym nigdy nie zdarzyło się nie przespać nocy z powodu tak wciągającej książki, że po prostu nie da się jej odłożyć?!

Pełne regały. Frustrująco przepełnione. Miały dawać poczucie bezpieczeństwa, pewność, że nigdy nie zabraknie lektury. Oprócz kupowania znosiłam też do domu naręcza tomów wypożyczonych z bibliotek, tylko po to, by po paru tygodniach - nieprzeczytane - odnosić z powrotem. W księgarni czułam się jak dzieciak w fabryce czekolady - chcę to wszystko! Dużo tego wszystkiego!

Niestety z przeczytanych książek niewiele zapamiętywałam, nawet z tych, które w chwili czytania wydawały mi się niezwykle cudowne i fascynujące. Przepływały przeze mnie, jakby nie pozostawiając śladu. Pozostawało uczucie niedosytu, pragnienie pochłaniania kolejnych. Głód słowa, głód wrażeń. Ten sam, który pchał do kolejnych podróży, zawierania kolejnych znajomości, pragnienie, by mieć i przeżywać więcej, mocniej, dalej, bardziej kolorowo. 

Nie zapamiętywałam książek, podobnie jak niewiele pamiętałam z obejrzanych filmów, odbytych podróży, usłyszanych historii. Zostawało ogólne wrażenie, świadomość, że było całkiem miło i fajnie. Ale szczegółów jakoś brakowało. 

Nienasycenie, które pcha do gromadzenia wciąż i wciąż. Czytanie, przeżywanie, podróżowanie, poznawanie nie przynoszą ulgi, nie dają ukojenia. Poczucie wewnętrznej pustki nie znika, a wręcz przeciwnie, narasta, pogłębia się. 

Pisałam już kiedyś o nienasyceniu i o tym, jak ono ustaje. O przyswajaniu, dostosowanym do możliwości poznawczych, o dobieraniu doznań do potrzeb, o przyzwoleniu na zmianę, jaką niesie ze sobą świadome przeżywanie lektury, podróży czy spotkania. Doświadczanie go całym sobą. Jednak to nie wszystko. 

Jest jeszcze dyscyplina. Ćwiczenie woli, tak bardzo współcześnie nielubiane. Starożytny wymysł. Po co się ograniczać, skoro można mieć wszystko i jeszcze dwa razy więcej? 

Gdyby nie narzucanie sobie dyscypliny, samoograniczanie, ćwiczenie woli, pewnie stosy książek do przeczytania, teraz już głównie w wersji elektronicznej (ale przecież elektroniczne tsundoku też istnieje), nadal rosłyby bez końca. Co gorsza, na czytniku książek można zmieścić kilka tysięcy tomów, więc nie ma nawet tych ograniczeń, które narzucają fizyczne możliwości przechowywania - pojemność półek, regałów, podłogi...

Nie odwiedzam księgarni, jeśli nie mam w planach konkretnego zakupu. Nie zaglądam bez powodu na strony sklepów z e-bookami. Nie wertuję katalogów nowości. A nawet jeśli widzę, że pojawiła się na rynku jakaś interesująca mnie pozycja, nie kupuję jej, dopóki mam co czytać. Mogę ją obejrzeć, przewertować i odłożyć na półkę w księgarni. Lub opuścić stronę sklepu, nie klikając przycisku „do koszyka” lub „kupuj teraz”.

Owszem, zawsze czeka kilka książek w kolejce, na mojej „prawdziwej” lub elektronicznej półce, ale jeśli z jakiś nieokreślonych bliżej przyczyn na którąś z nich nie mam ochoty przez dłuższy czas, oddaję ją w lepsze, bardziej zainteresowane ręce (lub usuwam z czytnika). Co więcej, zdarza mi się zacząć lekturę, stwierdzić, że nie warto jej kończyć, a następnie pozbyć się książki. Coraz bardziej szkoda mi czasu i uwagi. W takim wypadku wolę wrócić do jednej z ulubionych książek, zamiast czytać coś, co mnie nie interesuje, nie porywa, niczego nie wnosi. 

Nie przeczytam wszystkich książek świata. 

Zresztą, zdarzyło mi się spotkać mądrych i szczęśliwych ludzi, którzy nigdy nie przeczytali ani jednej książki, oraz takich, co przeczytali ich tysiące, a nadal pozostają nieszczęśliwi, smutni, zagubieni, a nawet źli

Prawdziwa mądrość nie płynie z książek, filmów ani podróży. Trzeba szukać jej w sobie, a to, co znajdujemy na zewnątrz, ma tylko pomóc ją odnaleźć.

Komentarze

  1. Mądry wpis Ajko, już stara tradycja chrześcijańskich mnichów mówi o mądrze przeżywanej ascezie, czyli o tym, że przyjemności należy umieć sobie dawkować, aby nasze życie wciąż miało smak. Myślę także, że bogactwo człowieka jest też proporcjonalne do liczby rzeczy, z których potrafi zrezygnować. Pozdrawiam ciepło, a kolejne wpisy czytam z przyjemnością :)

    OdpowiedzUsuń
  2. o. Krzysztof: gdzie można znaleźć informacje na temat tych mnichów?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Filokalia", hezychastyczna tradycja bizantyjska lub apoftegmaty Ojców Pustyni opisane w Księdze Starców. Ciekawie też o tym wpisze współczesny nam benedyktyn Anzelm Grun.

      Usuń
    2. dziękuję :0

      Usuń
  3. W sensie zachcianek, książki mają tę przewagę nad ubraniami, że nawet jeśli sezon na nie minie, to one zawsze (lub prawie zawsze) będą dostępne w jakiejś księgarni. Jestem molem książkowym i własnego domu nie wyobrażam sobie bez osobnego pokoju na książki, zwyczajnie lubię się nimi otaczać. W te wakacje nadrabiam wszystkie zakupy, które leżą nieużywane. Mam listę książkowych zachcianek, które od teraz są moim priorytetem i nie mam zamiaru kupować innych niż te. No i od miesiąca w tym trwam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Książki mają tę przewagę nad ubraniami, że nawet jeśli sezon na nie minie, to one zawsze (lub prawie zawsze) będą dostępne w jakiejś księgarni"
      W tym problem, że nie zawsze. Ubranie zawsze można uszyć w dowolnym stylu ( np. gdyby nagle zamarzyły nam się "dzwony" lub "bananowa "spódnica). A niektórych tytułów nie znajdziemy czasem nawet na Allegro lub antykwariacie.

      Marta

      Usuń
  4. Och, tu mnie masz. Dużo mi się udaje ograniczać, ale nie książki. A też czuję, że powinnam, bo czytam zbyt zachłannie, za szybko, za dużo. I w rezultacie w głowie zostaje mi tak niewiele...

    OdpowiedzUsuń
  5. "Nie odwiedzam księgarni, jeśli nie mam w planach konkretnego zakupu. Nie zaglądam bez powodu na strony sklepów z e-bookami. Nie wertuję katalogów nowości."
    - też tego nie robię (od jakiegoś czasu), ale jak trafię na książkę, której opis wydaje mi się ciekawy, to jednak zaraz jej szukam w internecie i jeśli jest "za darmo", to zasila mój folder "do przeczytania"... W tej chwili mieści on 30-40 plików, co niby dałoby się przeczytać w rok (zakładając książkę na tydzień) czyli tragedii nie ma, ale dziwnym trafem jakoś od kilku lat ta liczba w tym folderze wciąż jest taka sama :D Czyli nad tym muszę jakoś popracować, bo już nie pamiętam jak to było udać się do biblioteki z zamiarem znalezienia czegoś, bo nie mam co czytać - a to też miało swój urok.

    OdpowiedzUsuń
  6. Oj, znam to bardzo dobrze! W przeciągu ubiegłego roku, na fali ograniczania przedmiotów w mojej przestrzeni pozbyłam się połowy książek - prawie wszystkie trafiły do różnego rodzaju bibliotek. Mam też kilka na liście "na półce do przeczytania" i zasada jest taka, że nie wolno mi kupić kolejnej, dopóki tych nie przeczytam. Idzie mi mozolnie, ale idzie! Kiedyś każda wizyta w księgarni kończyła się dwoma-trzema nowymi książkami, które lądowały na stosie, teraz wchodzę (bo ciągle lubię chodzić po księgarniach czy czytać recenzje nowości) i potrafię się oprzeć pokusie!

    OdpowiedzUsuń
  7. Już od kilku miesięcy czytam Twój blog i ciągle nie mogłam się zebrać do napisania komentarza. Teraz jestem świeżo po pierwszej selekcji ubrań ale przede wszystkim książek. Od kilku lat mieszkam za granicą. Dużą część rzeczy zostawiliśmy w Polsce na strychu u moich rodziców, w większości pudeł z książkami. I tak przez 8 lat te pudła sobie stały na strychu więc skoro przez tyle lat do nich nie zaglądałam to raczej mogę bez nich żyć. W wakacje przesiedziałam tam dobrych kilka godzin i w rezultacie z 20 pudeł zrobiło się 8, zostawiłam lektury, które mogą się przydać moim dzieciom, nagrody ze szkoły, książki z autografami, encyklopedie i albumy. Natomiast pozbyłam się większości czytadeł tzw jednorazowych. Na szczęście biblioteka w moim rodzinnym mieście przyjmuje książki no i mam kilka koleżanek, które czytają. I tu jeszcze nawiążę do innego wątku tj pomocy bliskich przy próbie uporządkowania swojego otoczenia. Moja mam gdy zobaczyła ile ja wynoszę ton książek załamała ręce ile to pieniędzy! Niestety wiem ile to pieniędzy i pewnie mogłabym się pobawić np na allegro i posprzedawać za 1 zł tylko na to trzeba mieć czas a trzymać nawet moja mam nie miałaby gdzie. I wiecie, że poczułam ulgę i radość że ktoś jeszcze z tych książek skorzysta i przecież ja też jeśli będę chciała wrócić do którejś będę przecież mogła ją pożyczyć. Ale taka zmiana nastąpiła we mnie przez ostatnie kilka miesięcy i po wielu przemyśleniach, głownie dzięki Prostemu Blogowi! Strasznie odbiegłam od tematu postu a chciałam napisać też że przez to że mieszkam w Holandii poniekąd uprawiam tsundoku ale wynika to z tego, że książki kupuję tylko te 2 razy do roku i od razu hurtem ale czytam, tylko czasem niektóre książki spędzają w kolejce długie miesiące. Wybawieniem dla mnie okazał się czytnik do e-booków! I wreszcie mogę wszelkie nowości moich ukochanych autorów mieć od razu i sporo taniej niż wersja papierowa, a miejsce którego nie zajmą bezcenne! A kiedyś wydawało mi się, że ja nigdy nie kupię czytnika bo książka to ma być książka! Ale przecież to nie jest ważne w jakiej postaci my tę książkę czytamy tylko to co jest w niej w środku i co potem w nas zostaje. Przy okazji e-booków, mam koleżankę, która również w tym samym czasie co ja kupiła czytnik i ma już sporą bibliotekę wirtualną z dziwnymi pozycjami zupełnie nic nie mówiących autorów i to tylko dlatego, że była promocja na stronie i za 9,99 można było coś kupić. Zdradliwe jak każda promocja. Ja postanowiłam nie kupować następnego e-booka dopóki nie przeczytam poprzedniego. To mogę zrobić w każdej chwili. Tak więc jak najbardziej tsundoku w wersji wirtualnej będzie coraz powszechniejsze.

    Anna

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie trzymam w ogóle książek. Na własność mam tylko podręczniki, z których potrzebuję korzystać na zajęciach. Inne książki, które miałem, sprzedałem na allegro lub oddałem znajomym. W notesie trzymam listę pozycji, których opisy mnie zainteresowały. Co jakiś czas sprawdzam katalogi bibliotek w ich poszukiwaniu i jeśli któraś z nich jest aktualnie dostępna, to ją wypożyczam. Czasami niedostępność jakiejś książki bywa uciążliwa, jednak na szczęście zazwyczaj inna ze wspomnianej listy jest akurat do wzięcia. Nie przeciągam też samego czytania. Nie wszystko mam ochotę przeczytać jednego dnia od deski do deski, ale jeśli czuję, że nie mam w sobie wystarczająco zapału, by dobrnąć do końca przed upływem bibliotecznego terminu, to dla mnie jasny znak, że owa lektura nie jest zbyt porywająca. ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Jeśli chodzi o pozbywanie się książek to mam (w miarę) lekką rączkę. Niemniej – też z lekka cierpię na tsundoku, co właśnie odkryłam... Moim ideałem jest znajoma anarchistka z Berlina, która do niedawna mieszkała w „ wozie Drzymały” Miała jedną książkę – jakiś album fotograficzny. Dobrze wiem, bo spędziłam w wozie kilka dni urlopu. W wozie była „koza”, bieżąca woda, podwójne, wygodne łoże i szafka na ubrania (chyba z 10 sztuk wszystkiego), stół i komputer. I tyle. Nie nazywała siebie minimalistką, bo była już anarchistką, a minimalizm jest już wpisany w anarchizm. Zresztą dużo nie czytała, bo była oddana SPRAWIE i nie miała czasu na takie burżuazyjne rozrywki. Właściwie jest moim idolem, ale co by na takie odszczepieństwo od wszystkiego powiedziała rodzina? Żarty żartami ale sami wiecie, że Społeczeństwo i różne Ciotki i Koledzy z Pracy cały czas czujnie obserwują działania Innych. Dzisiaj rzuciłam tym przedostatnim hasło „tsundoku” ... ale tylko wzruszyli ramionami, bo większość nie czyta, tylko kupuje różne fajne gadżety. A w ten weekend rozprawię się z moimi stosami lektur! Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  10. Idealnie trafiłaś z tym postem :) Właśnie przeprowadzam się - spakowanie i przemieszczenie tej masy książek to istny horror :( Część odłożyłem dla biblioteki, ale cała reszta przytłoczyła mnie ( dosłownie ) do ziemi. Mam dokładnie takie same odczucia jak ty, większość książek nie pozostawia żadnego śladu w moim umyśle, po kilku miesiącach nie potrafię nawet powiedzieć o czym była książka, czasami nawet nie pamiętam że ją przeczytałem ! Żadnych księgarni, katalogów i blogów książkowych przez przynajmniej pół roku !

    Marcin

    P.S.
    Blog rewelacyjny ( mój ulubiony ) :) Dzięki Tobie pozbyłem się zbędnego balastu ( odzież, płyty DVD, różne inne "przydasie" ) książki pozostały ostatnim bastionem ale chyba niedługo również ulegną :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Mimo wszystko nie zaliczyłabym ubrań, płyt i książek do kategorii "przydasie". Książka ( nawet nie przeczytana) to jednak nie to samo co jakieś pamiątkowe pudełko oklejone muszelkami znad morza lub inny "kurzołap".

    Marta

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja kiedyś co chudsze tomy "połykałam w całości" na jeden raz. Większości nie pamiętam ani tytułów ani o czym były. Teraz staram się czytać nie więcej jak 3 rozdziały i pozwalam sobie "strawić" wiadomości. Jeśli jakaś książka mnie nie wciągnie po pierwszym czy drugim rozdziale to jej nie czytam. Kiedyś czytałam, bo "jak już ją wypożyczyłam to przeczytam". Dziś mam w domu 18 książek z biblioteki i połowa wróci nieprzeczytana. Ciężko było przekonać samą siebie, że nie muszę czytać wszystkiego.

    A z książek moich własnych zostały mi dwie: "Sztuka prostoty", bo do niektórych fragmentów ciągle wracam, i "Bajbuza" Kraszewskiego. Resztę, z bólem serca, rozdałam. Ale musiałam, bo tsundoku weszło mi w krew. :P

    OdpowiedzUsuń
  13. Pracuję z książką na co dzień. Czytam, bo to niezbywalna część mojego zawodu. I prawdę mówiąc kocham to :) Ale książek wcale nie mam dużo, jak można by się spodziewać. Mam te, nad którymi muszę pomyśleć. Do których wiem, że wrócę albo wróci ktoś z mojej rodziny. Nie mam i nie będę miała jednej książki na półce, ale biorąc pod uwagę to, ile czytam, mam ich tyle, ile trzeba. Na miarę. Jeśli obracam którąś z nich w dłoniach i wiem, że już nam nie po drodze, że już się znamy dobrze i nie poznamy lepiej - oddaję, wypuszczam w świat.
    Ostatnio coraz bardziej doceniam te, które każą mi się zatrzymać w dosłownym znaczeniu tego słowa: przerwać lekturę, zanotować myśl; te, które każą o sobie myśleć, a nawet te, które są tak bliskie, że nie udaje mi się o nich napisać tekstu od kilku miesięcy :)
    Rzadko mówię, że znam jakąś książkę.

    OdpowiedzUsuń
  14. O wewnetrznej madrosci - siwetna opowiesc zamiescila niedawno na swoim blogu Ania Ingram (http://cudownediety.blogspot.com/2013/08/bajka-o-tym-ze-wszystkie-madrosci.html) - coz za zbieg okolicznosci

    OdpowiedzUsuń
  15. Ja wyznaczyłam na książki jedną półkę i tego pinuję. Gdy robi się na niej tłoczno, przeglądam mój mały zbiór i decyduję, z którą książką mogę się pożegnać. Jeśli mam wątpliwości to czytam daną książkę jeszcze raz. Tak, zdarzało mi się czytać tę samą książkę trzy razy. W końcu po co trzymać książki, jeśli nie zamierzamy do nich wracać.

    Książki rozdaję znajomym. Zastanawiam się komu mogłaby się podobać. Przekazuję je z informacją, że ta osoba może zrobić z książką co jej się podoba.

    Sama też wydawałam fortunę na książki. Teraz staram się pożyczać książki od innych. Bardzo dbam, aby nie zniszczyć i oddać w terminie. Kiedy czytam interesujący opis książki wpisuję tytuł i autora do notatnika, ewentualnie krótki opis czego dotyczy. Jeśli pozytywne opinie się powtórzą, wtedy dopiero decyduję się na zakup.

    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  16. Wiem, wiem, to może niezdrowe, ale od dzieciństwa mam w sobie istne nabożeństwo do książek. Zaszczepione przez Rodziców, którzy z domu prawie niczego (lub bardzo malutko) z sobą zabrać nie mogli, a w książce widzieli drzwi do lepszej przyszłości. Lepszej może nie w sensie materialnym, ale do życia bardziej wartościowego, do jakiegoś "lepszego" wnętrza. Bo dobrze wiedzieli, co znaczy żyć wśród ludzi, którzy książką gardzą. I ja dziś mam taką pracę, która pozwala mi widzieć, jakie zbyt często bywa życie dzieci, których rodzice książką gardzą. I jak wiele kontakt z książką może uleczyć. Zdaję sobie sprawę, że przesada jest zła w każdym kierunku. Ale jednak wolę już mieć nadmiar książek, choć może to nabożeństwo wynika z kompleksów. A tak poza wszystkim, lubię sobie rzucić okiem na mój regał wypełniony - jeszcze nie po brzegi. A obok księgarni nie przejdę, żeby nie wejść:) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  17. Bardzo fajny blog. Trafiłam przypadkiem, ale widzę, że przeczytam resztę notek w najbliższym czasie również :)

    Podziwiam odwagę w pozbywaniu się książek :) Książki to moja słabość - mam ich w domu bardzo dużo, przeczytałam dotychczas może połowę... Jednak łatwiej mi regularnie czytać i ograniczać się z zakupami, od kiedy mam czytnik ebooków. Tak, "chomikowanie" występuje u mnie tylko w przypadku tradycyjnych, drukowanych książek - bo w moim przypadku nie liczy się tylko treść, ale i cała otoczka - dotykanie papieru, zapach druku, piękna oprawa i grafiki... Łatwiej mi sobie odmówić kolejnego ebooka niż "fizycznego" tomu. O problemie przez Ciebie omawianym pisałam też jakiś czas temu u siebie, po tym, jak przeczytałam jedną z książek o minimalizmie (w formie ebookowej zresztą) - http://kobiecefinanse.pl/czytniki-ebookow-wszystkie-ksiazki-w-jednym/

    Pozdrawiam serdecznie, dd.

    OdpowiedzUsuń
  18. Dobrze jest przeczytać czasem taki wpis i popaść w taką refleksję. Też chyba mam tsundoku, bo zdarza mi się gromadzić książki, nie czytać ich a wymieniać na kolejne i "lepsze". Za duży przepływ, zamiast ograniczyć się i jeżeli już trzeba czasem polować na perełki... Ludzka głupota.

    OdpowiedzUsuń
  19. Lubię czytać książki, przenoszą mnie w inny świat. Sam jednak nie gromadzę książek, mam ich kilka, takich które trzymam tylko po to bo lubię do nich wracać. Reszta została rozdana, nawet nie sprzedana. Przekazuję je dalej, gdyż nie lubię gdyby miały leżeć i czekać na lepsze czasy. Gdybym pracował z książką to co innego. Z chwilą gdy nastała era książek elektronicznych,pobieram tylko fragment udostępniony, jeżeli przez około trzy miesiące nawet nie przeczytam tego drobnego kawałka, znaczy to że nie warto wydawać pieniędzy na całość, nie wiem skąd to się bierze.
    W tej chwili czekam na jedną z najważniejszych dla mnie książek, na książkę, której nigdy nie sprzedam, nie oddam, nie przekażę. Na Twoją książkę Ajko.:)

    Dziękuję za ostatnie zdanie Twojego wpisu, jak zwykle bardzo inspirujące i dające do myślenia.

    Pozdrawiam Bartosz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przedostatnie zdanie Twojego wpisu - mój komentarz: Zakochał się, jak nic:)
      Ula

      Usuń
    2. Zdanie, które Cię tak zaintrygowało podyktowane jest tym, że tak naprawdę blog Ajki, jej wpisy, jej przemyślenia, miały ogromny wpływ na moje życie, na to kim teraz jestem i jak żyję. Ajka jest prekursorem mądrego zrównoważonego prostego życia. Od wielu lat czytam wpisy i mogę z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że w tej dziedzinie jest dla mnie autorytetem.To jak pisze Ajka jest dla mnie czymś wyjątkowym, jest bardzo dobrą pisarką. Oczekuję z niecierpliwością na jej książkę, lecz, czy to oznacza, że się zakochałem. Niestety, nie trafiłaś w moje upodobania...

      Pozdrawiam Bartosz

      Usuń
    3. Nie chciałam Cię urazić, to był żart. Wydawało mi się, że to widać w stylu chociażby. Pozdrawiam i przepraszam. Ale czy zakochanie to coś złego? Ula

      Usuń
    4. Nie uraziłaś mnie. Ja nie chciałem tylko złego odbioru mojej wypowiedzi. Zauważyłem uśmieszek na końcu zdania. Pewnie faktycznie za poważnie to odebrałem. Zbyt osobiście. Czasem tak bywa, że źle coś odczytamy, mamy mylne wyobrażenie, jak ja w tym zdaniu. Przepraszam za mój impulsywny komentarz. Wszystko jest ok. A co do zakochania się, to nic w tym złego, zakochać można się na wiele sposobów. Ja uwielbiam "pióro" Ajki. W takim przypadku w jej tekstach jestem zakochany, w minimalizmie, w prostocie życia, w tym wszystkim co pozwala nam lepiej żyć.
      Pozdrawiam Bartosz

      Usuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Bezdzietna z wyboru

Noszę ten temat w sobie już od dawna, a zabieram się do wpisu od dobrych paru miesięcy. Wprawdzie w głowie jest gotowy, ale trudno mi się przełamać, by go napisać. Sami zobaczycie dlaczego. 
W pierwszej chwili może wydać się Wam, że sprawy, o których będę pisać w tym i kolejnych wpisach, niezbyt są związane z ogólną tematyką bloga, ale tak jest, moim zdaniem, tylko pozornie. Wszak i tutaj, i w swoich książkach dużo mówię o odwadze życia po swojemu oraz o świadomym podejmowaniu decyzji w każdej dziedzinie. 
Po raz pierwszy poproszono mnie o wypowiedź na temat bycia bezdzietną z wyboru kilka lat temu, do jakiegoś materiału prasowego. Nie czułam się jednak na siłach. Wydawało mi się to sprawą zbyt intymną. Nie chciałam też wciągać w to mojego partnera życiowego. Ma prawo do prywatności i nie musi chcieć dzielić się swoimi osobistymi decyzjami z połową internetu, jedynie dlatego, że jego żona jest blogerką i jak na blogerkę przystało, czasem psychicznie oraz emocjonalnie obnaża się w sie…

Na rozstaju

Wróćmy do tematu niechcenia dzieci. Obiecałam wyjaśnić Wam, czym kierowałam się w procesie podejmowania ostatecznej decyzji w tej kwestii. Nie traktuję tego jako tłumaczenia się, nie widzę powodu, by się tłumaczyć. Uważam jednak, że za rzadko rozmawia się na ten temat, a Wasze pozytywne reakcje pod ostatnim wpisem potwierdzają, że jest taka potrzeba. Może gdybyśmy częściej mówili o tym, dlaczego jedne osoby pragną mieć dzieci, a inne nie, mniej emocji budziłby ten temat? Może łatwiej byłoby o tym mówić? 
Właściwie nie pamiętam, czy ktoś kiedyś pytał mnie CZY chcę mieć dzieci albo DLACZEGO nie chcę. Bywałam za to strofowana za to, że tak z tym zwlekam, nazywana egoistką, straszona starością w samotności (dzieci jako polisa na starość to mój ulubiony motyw). Pamiętam, jak kiedyś zbeształa mnie lekarka przy okazji badań okresowych, coś w tonie „najpierw czekają nie wiadomo na co, a potem mają pretensje, że nie mogą zajść w ciążę”. Dodam, że wypaliła z tym tekstem ni stąd, ni zowąd, niep…