Przejdź do głównej zawartości

Obłęd w oczach

Ostatni wpis był krótki - bo chciałam ćwiczyć zwięzłe pisanie. Poległam na całej linii, jak się okazało. Najwyraźniej za krótki był, bo parę osób wyczytało w nim idee, których w moim zamierzeniu wcale tam nie było (albo nie całkiem), a niektórzy zaczęli się jakoś niezdrowo podniecać wręcz. Ja tam nie wiem, czym się tak bardzo ekscytować, jakbym się miała tak męczyć przy czytaniu cudzych wypocin, to bym sobie dawno darowała, a już na pewno nie chciałoby mi się komentować u kogoś, kogo uważam za „prawie zwierzę” albo histeryczkę. Z tym zwierzęciem komentująca osoba jakoś zupełnie nie trafiła, kocham zwierzęta i podobnie jak Tofalaria uważam, że wiele można od nich się nauczyć, a na pewno nie wolno nimi pogardzać. 

Skoro jednak tak kiepsko u mnie z precyzyjnym wyrażaniem myśli w krótkich słowach, pozostaje mi jedynie przyjąć tę lekcję z pokorą i napisać tym razem już bez skrótów, o co mi chodziło (jednak nie daje mi spokoju fakt, że sporo osób załapało bez problemów sedno mojego wpisu, a inni wyczytali w nim, co im się podobało przeczytać). I wyjaśnić także, czego nie miałam na myśli.

Pisałam o „żądzy posiadania”, „przedmiotach pożądania”, „ciężkim chorowaniu” na przedmioty, o „przemożnym pragnieniu” - czyli użyłam dość ciężkich gatunkowo określeń związanych z pragnieniem posiadania rzeczy. O tym, jak czasem rzeczy wzbudzają tak intensywne emocje, że niemal wyłącza się rozsądek. Pisałam też, że gdy obserwuję u siebie (ale także u innych ludzi) takie silne pragnienie posiadania czegokolwiek, śmieszy mnie to. Uważam, że to jest komiczne. Napisałam również, że dążę do tego, by traktować rzeczy w kategoriach racjonalnych, nie emocjonalnych. Oraz o tym, że należy być świadomym swoich potrzeb i celów, bo wtedy łatwiej nad tymi emocjami zapanować i ze spokojem ocenić, czy w naszym życiu jest rzeczywiście miejsce na daną rzecz, już posiadaną lub taką, nad której zakupem dopiero się zastanawiamy. 

Napisałam także, że moim zdaniem rzeczy na takie emocje nie zasługują (dosłownie wciąż jeszcze zdarza mi się wiązać z rzeczami emocje, na które one moim zdaniem wcale nie zasługują”). Tu chyba jest pies pogrzebany - zabrakło podkreślenia, o jaką rangę i rodzaj emocji mi chodzi. Wydawało mi się to jasne, ale chyba tylko wydawało. Błąd. 

Niektórych komentujących bardzo moje słowa zabolały, ton wydał się za ostry, nieprzyjemny. Cóż, piszę i mówię, co myślę, nikogo nie obrażam, nie widzę więc powodu, dla którego nie miałabym być szczera na własnym blogu. 

Ale po kolei - wyłóżmy kawę na ławę, zastanówmy się, co „autor miał na myśli”, jak za dawnych niedobrych szkolnych czasów. Część czytelników bowiem uznała, że rezygnuję z piękna, że śmieszy mnie przechowywanie pamiątek, że kieruję się tylko względami praktycznymi, utylitarnymi. I przekroczyłam jakąś straszną granicę minimalizmu, za którą będą już tylko puste ściany, materac na podłodze i chleb z wegetariańskim smalcem. Jedna para brzydkich, acz wygodnych butów. Woda, szare mydło, szata z worka znalezionego na śmietniku. Ciekawe, co zrobię z obrazami Dziadka i Sister, zapewne będę nimi opalać w kominku (nie ma kominka, co za niefart, może więc rozpalę ognisko na środku pokoju dziennego). 

Z rzeczami jakieś emocje zawsze się wiążą. Przywiązujemy się do nich, podobają się nam (albo nie), sprawiają przyjemność, przywołują wspomnienia. Również w chwili zakupu czujemy radość, niecierpliwość (kiedy już wreszcie będę mogła włożyć tę kieckę), podekscytowanie. Im rzecz ładniejsza, bardziej wyczekiwana, wymarzona, tym emocje silniejsze. Ludzka sprawa. 
Podobnie gdy ich na co dzień używamy, dotykamy, patrzymy na nie - też mamy różne odczucia. Na przykład za każdym razem, gdy używam japońskiego ręcznie robionego noża, który dostałam od Męża, czuję radość, zachwyt, że ktoś tam gdzieś na drugim końcu świata włożył tyle wysiłku, mądrości i doświadczenia w to, by mi lepiej kroiło się warzywa, a na dodatek bym mogła przy tym cieszyć oko linią narzędzia, urodą ostrza i ideogramów na nim umieszczonych. Są emocje? Są. 

W naszej sypialni na przeciwko łóżka cała ściana jest zawieszona obrazami (te osoby, które czytały artykuł w „Twoim Stylu”, znają tę ścianę - posłużyła za tło zdjęcia). Rano jest jednym z pierwszych widoków przed moimi oczami. Znów mamy emocje, czasem wzruszenie, czasem rozmarzenie, czasem smutek, że Dziadek malarz już nie żyje i nic więcej nie namaluje tak wspaniałego, radość, że jednak tyle zdążył stworzyć, że mam szczęście być Jego wnuczką, że moja Siostra odziedziczyła zdolności i może kiedyś też dojdzie do tego poziomu mistrzostwa... Pełen wachlarz emocji. 

Jednak wszystkie te odczucia są raczej umiarkowanego rodzaju. Nie mają nic wspólnego z dziką żądzą posiadania, przemożnym pragnieniem, chorowaniem na posiadanie etc. Nie tłumią oceny sytuacji. Wymienione przedmioty odpowiadają moim/naszym potrzebom - także potrzebie piękna. 

Zastanawiałam się, skąd wzięło się to oburzenie - zapewne z traktowania przez komentujących tej potrzeby jako nieracjonalnej. Skoro tyle było we wpisie o rozsądku, uznaliście, że namawiam do rezygnacji z niej. Czy gdziekolwiek we wspomnianym wpisie napisałam o tym, że śmieszy mnie potrzeba piękna albo uważam ją za zbędną - nie napisałam tego, nieprawdaż? Estetyka i wrażliwość na piękno już dawno nie są uważane za jakąś wielkopańską fanaberię, nie wiem, skąd wzięło się takie podejście.
To, że piękno nie jest „użyteczne”, nie oznacza, że nie jest potrzebne. Jednak wrażliwość na nie też nie powinna wpływać na racjonalne podejmowanie decyzji.

Gdzie kończy się rozsądek? Tam, gdzie pojawiają się zbyt silne emocje. Skoro o obrazach była mowa: „zachorowałam” kiedyś, parę lat temu, na pewien obraz olejny. Stary, wyjątkowy i poruszający. Niestety wściekle drogi, jak na moje możliwości. Nie mogłam spać po nocach, tak bardzo go pragnęłam. Nie miałam pieniędzy na jego kupno, ale sporo czasu poświęciłam na zastanawianie się, skąd je wytrzasnąć. Pożyczyć? A z czego potem spłacę? Tyle tysięcy złotych, mnóstwo kasy. Ale przecież nie miałabym nawet gdzie go powiesić. Dobrze, że nie miałam wtedy do dyspozycji tych środków, nie stałabym się szczęśliwszą osobą, gdyby teraz wisiał na jednej ze ścian naszego mieszkania. Tylko stresowałabym się, że ktoś go ukradnie...

Inny przykład - tym razem uległam pokusie i pragnieniu posiadania. Tofalaria wspomniała w swoim komentarzu, że na emocjach bazuje większość reklam. O tak. Emocje są podstawą marketingu. Doświadczyłam tego zupełnie niedawno na własnej (dosłownie) skórze. Pisałam w tym poprzednim wpisie, że nie tracę już głowy w sklepach - zapomniałam o tym wypadku, gdy straciłam co najmniej jej część. 

Wakacje, słoneczne i leniwe popołudnie, czyli nastrój fantastyczny, relaks. Trafiliśmy do sklepiku z kosmetykami. Marka niedostępna w Polsce, czytałam o niej, słyszałam pozytywne opinie. Naturalne składniki, krótkie terminy ważności, ręczna produkcja i takie tam marketingowe blablabla. Zobaczyłam... i oszalałam. Poczułam się jak dzieciak w cukierni. Każdy ma jakiś słaby punkt - moim są kosmetyki, które wyglądają i pachną tak, jakby dało się je zjeść. Zresztą czasem nakładam na siebie różne jadalne produkty w celach kosmetycznych. Mąż robił dokumentację fotograficzną, gdy ja maczałam palce w słodko pachnących miksturach, załączam więc zdjęcia (marchewki nie są jadalne, chyba służą do kąpieli):



Nie zamieszczę jednak foto, na którym udokumentował obłęd w moich oczach - dystans do siebie dobra rzecz, ale nie będę wystawiać się na publiczne pośmiewisko. Zdawałam sobie wtedy sprawę, że zachowuję się jak podekscytowana pięciolatka i zresztą przez cały czas pobytu w sklepie śmiałam się z tego, ale dopiero na zdjęciu zobaczyłam, jak bardzo było to komiczne. Na widok mydła i paru mazideł!!! Kobieto, ogarnij się. 

Nie muszę chyba dodawać, że dałam się złapać w marketingowe sidła jak amatorka - i wyszłam ze sklepu z pokaźną torbą kolorowych i wonnych kostek, past i smarowideł. Pewnie, że to nie koniec świata, nic złego nie zrobiłam, wydatek był pod kontrolą, mieścił się w budżecie przewidzianym na małe wakacyjne szaleństwo. Przyjemność była, pożytek z zakupu jakiś też. I nadal jest przyjemnie, bo kosmetyki zużywam, może szału nie ma, ale spełniają swoje funkcje. Nie ma powodu, by się biczować, że uległo się małej słabości, ale... Nadal uważam, że to jest śmieszne. 

I nieważne, czy taki obłęd w oczach pojawia się na widok mydła, szpilek, kosiarki do trawy, samochodu, komputera, tabletu czy miliona innych możliwych rzeczy, jest po prostu komiczny. 

Jeśli emocji pojawia się zbyt wiele, trudniej jest ocenić sytuację, realnie ocenić, czy dany zakup/przechowywanie przedmiotu ma sens, czy zbytnio nie obciąża (materialnie lub niematerialnie), czy przypadkiem nas nie blokuje albo nie ogranicza. Sam fakt, że rzecz się podoba, jest ładna, wspaniale zaprojektowana, funkcjonalna itd., nie oznacza przecież, że trzeba ją mieć. Jeśli za to jest nam potrzebna, a spełnia te wszystkie kryteria, to można się tylko cieszyć, że się tak fajnie składa. 

Zbyt często moim zdaniem zapomina się o tym, że na świecie jest nieskończona ilość innych spraw i zjawisk zasługujących na to, by wiązać z nimi swoje emocje, a za często szuka się ich w przedmiotach. Oczywiście, dopóki potrafi się zachować wyważone proporcje, nie ma czym się ekscytować. 

Niezależnie jednak od tego, czy się komuś to podoba, czy nie, zamierzam nadal pracować nad tym, by radosny obłęd pojawiał się w moich oczach tylko na widok Małżonka (i, ewentualnie, lodów waniliowych z pieprzem), a do przedmiotów wolę mieć dystans jak największy i ćwiczyć go wytrwale. Osobisty wybór, do naśladownictwa nikogo nie namawiam. Żyjemy w wolnym kraju.

No i tasiemiec powstał. Chyba nigdy nie nauczę się pisać haiku (odeszła w dal, pochlipując...). 

[Natomiast do „przekroczenia granicy” faktycznie doszło, ale o tym napiszę innym razem]. 

Komentarze

  1. Przeczytałam Twój poprzedni wpis i długo zastanawiałam się nad dodaniem komentarza. Koniec końców zrezygnowałam.
    Nie wiem co w nim było, ale w pewnym sensie też poczułam się nim dotknięta (w sensie pozytywnym i negatywnym). Z jednej strony przyznawałam Ci rację (bo to zaiste śmieszne pożądać dziko jakiegoś przedmiotu), z drugiej chciałam się zbuntować przeciwko takiemu postawieniu sprawy i bronić tego pożądania oraz wymyślać przykłady, gdzie jest całkowicie uzasadnione.
    Myślę, że udało Ci się po prostu trącić czułą strunę w wielu czytelnikach. Ale to dobrze, bo też każdy z nas mógł sobie postawić pytanie, gdzie dla niego jest granica minimalizmu, czy prostoty.

    OdpowiedzUsuń
  2. Obrazy są bezpieczne więc wszystko o.k.

    Ja choruję tylko na przedmioty związane z pracą ..
    Dzięki twoim tekstom pozbyłam się z domu mnóstwa niepotrzebnych gratów, (zdziwiłam się jak wielki procent moich rzeczy był zbędny) i teraz mam więcej powietrza wokół siebie, także dzięki :)

    Anna

    OdpowiedzUsuń
  3. Poprzedni wpis był z perspektywy osoby "wyzwolonej" i wydawał się godzić paluchem w cechy, jakie charakteryzują większość z nas. Coś w stylu osoby po diecie wytykającej palcami grubasów. Niemniej jednak zupełnie nie widziałam powodu, aby go brać do siebie, dla mnie to był bardziej taki 'eureka moment' autorki. Sama miałam kilka podobnych momentów, więc zrozumiałam pasję, która tłumaczy formę wypowiedzi. Pasującym komentarzem byłyby gratulacje. Każde zwycięstwo nad sobą, swoimi nawykami, czy dążenie do lepszego 'JA' zasługują na gratulacje, a jeśli ktoś to bierze to siebie, to ma nadwrażliwe ego. Np. jeśli ktoś przeszedł na wegetarianizm i o tym entuzjastycznie pisze, nie obrażę się na tę osobę dlatego, że moim wyborem jest jedzenie mięsa (chyba, że się poczuję przez to gorsza, a to jest problem z poczuciem własnej wartości). Tak więc gratuluję Ajko kolejnego kroku w stronę większej wolności emocjonalnej (Twój portfel Ci z pewnością podziękuje).

    OdpowiedzUsuń
  4. Ha, fajnie, że rozwinęłaś temat. Co do pożądania piękna. Śmieszy nas pożądanie konsumpcyjne - pożądanie przedmiotów apetycznie wystawionych na sprzedaż. Ale przecież piękno kryje się nie tylko w przedmiotach. Piękno to też krajobrazy, chmury, ludzkie twarze z emocjami, muzyka itd. Nie trzeba rezygnować z piękna, a jednocześnie można go doświadczać za darmo, codziennie. Zresztą myślę, że nie ma też nic złego w tym, że korzysta się w domu z pięknych przedmiotów. Czasem to przecież rzeczy odziedziczone, wywołujące dodatkowo miłe wspomnienia. Co do kolekcjonerów ulotnego piękna - zawsze podziwiam kolegów fotografów, którzy w wolny dzień potrafią o świcie, w amoku znaleźć się na zalanych mgłą łąkach, żeby porobić zdjęcia albo po prostu tam pobyć. Czy to też pożądanie? Pewnie tak. ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. ja nie jestem niewolnikiem rzeczy, dawno temu- na drodze własnych doświadczeń ograniczyłam swój stan posiadania.
    i nigdy nie miałam "parcia" żeby zmieścić się w 100 posiadanych rzeczy.

    lubię przede wszystkim - kierować się rozsądkiem i tym słynnym arystotelesowskim złotym środkiem.
    zdarza mi się chcieć i chorować na coś.
    lubię oglądać ładne rzeczy ( nawet sukienki ;-)))- i zwyczajnie- na tym oglądaniu kończyć.

    tak jak wspomniałam wczesniej- od dłuższego czasu nie przywozimy żadnych standardowych pamiątek z podróży.
    jeśli już- się zdarzy- to wybieram coś funkcjonalnego, co mi będzie jakiś czas służyć.
    i tak- z mojej ukochanej pragi- przyjechały kubki do kawy.
    i TAK- wtedy jak te z pragi przyjechały- były w domu jeszcze jakieś inne kubki- ale te- mają swój urok i klimat.
    i zawsze jak po nie sięgam- od razu przypominają mi się różne praskie zakątki.

    i mimo rezygnacji z wielu rzeczy- ostatnio kupiłam sobie wspomniane wcześniej akwarelowe kredki.
    ot taki zakup pod wpływem chwili i impulsu, bez jakichś głębokich analiz.
    po prostu: takie rachu ciachu, i wizyta w kasie.
    a już nie mogę się doczekać - ozdabiania moleskine'a i innych zabaw i zajęć z tymi kredkami.

    i tak, nadal uważam, że minimalizm jest w moim życiu rzeczą ważną, jedną z ulubionych manif.

    OdpowiedzUsuń
  6. Droga Ajko,
    wpadam na Twojego bloga od jakiegoś czasu i z przykrością stwierdzam, że nie przyjmujesz żadnej krytyki. Podobnie było z wpisem o mieszkaniu - kilka osób wyraziło swoje powątpiewanie takim postawieniem sprawy, a Ty troszkę się zdenerwowałaś- najpierw w komentarzach, a potem we wpisie dedykowanym osobom, które 'nie rozumieją'. Może to jest piękne, że kazdy z nas mysli po swojemu i na swój sposób widzi minimalizm? To jest Twoje spojrzenie na sprawę, inni mają inne, które wyrażają w komentarzach, na które wyraziłaś zgodę. Nie zauważyłam także obrażania Twojej osoby, więc poczucie skrzywdzenia i nieprzyjmowanie do wiadomości, że ktoś inny myśli inaczej- wygląda dziwnie...

    Paula

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Paulo, dziękuję za zwrócenie mi uwagi, dobrze wiedzieć, nad czym powinno się pracować. Możesz mi napisać, który wpis o mieszkaniu masz na myśli? Nie wiem, o który może Ci chodzić. Pozdrawiam.

      Usuń
    2. Do Pauli - wydaje mi się naturalne, że Ajka, która poczuła się przez część odbiorców niezrozumiana, spróbowała wytłumaczyć, o co jej chodzi. Komentarze, o których wspomina, mijały się z tym, o czym pisała Autorka. To nie były komentarze w stylu "rozumiem twój punkt widzenia, ale uważam inaczej". Próba wyjaśnienia, to nie odrzucanie krytyki. Przypomina mi się częsta postawa dorosłych wobec dzieci - dzieciak został o coś niewinnie oskarżony, próbuje się bronic i słyszy "już się nie tłumacz".

      Do Ajki - myślę, że część osób poczuła się obrażona, bo piszesz o śmianiu się z siebie, a to nie taka czesta umiejętność. Mam się śmiać z siebie? Czyli że jestem śmieszny? O wypraszam to sobie.
      Ja się ostatnio pośmiałam z siebie podczas wizyty w drogerii samoobsługowej. Obiecałam sobie, że nic absolutnie nic nie kupie, poza tym co mam na kartce. No i łaziłam jak dusza potępiona w kółko przez pół godziny, próbując wymyślić usprawiedliwienia, dlaczego powinnam kupić to, i to, i jeszcze to. No a to dla dziecka, co - dziecku nie kupię? W końcu wyszłam tylko z rękawicami i fartuszkiem kuchennym, bo były zielone, a ja chciałam zielone do mojej nowej kuchni - są zielone, są, drogie nie są, trzeba brać, bo potem nie będzie. No i teraz jestem zła, bo poza zielonością nie są wygodne, w ogóle nie są takie, jakie chciałam mieć, ale przecież w tamtej chwili MUSIAŁAM mieć. Tylko się śmiać przecież.

      Usuń
  7. John Yancy z opowiadania Philipa K. Dicka miał tak nijakie poglądy, że pasowały one wszystkim. Miał zdanie na każdy temat, jednak jakikolwiek wyraz miały opinie co najwyżej o tym, czy lepsze są koty, czy może psy.

    Przy pięknie przedmiotów warto rozgraniczyć je na przedmioty użytkowe oraz "czystą" sztukę. :) Wiele przedmiotów użytkowych jest naprawdę pięknych! Czy to znaczy od razu, że powinniśmy je mieć? Nie wydaje mi się. No ale swój długopis to niemalże kocham - taki świetny jest! :) Używam go codziennie i choć ma kilka wad (może czas zaprojektować i wyprodukować lepszy? ;) ), to i tak wręcz nie wyobrażam sobie życia bez niego. ;) Oczywiście nie płakałbym z rozpaczy, gdybym go stracił, bo przecież mogę kupić identyczny. Jeśli z jakiegoś powodu nie mógłbym go kupić... na pewno znalazłbym równie dobre rozwiązanie. Bo to tylko długopis! Bardzo dobrej jakości, pięknie zaprojektowany, no ale długopis! :D Choć codziennie z nim spaceruję, to wolę jednak spacerować z niektórymi ludźmi. ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Dziękuję Wam serdecznie za wszystkie komentarze - macie rację, że najwyraźniej ten temat jest "czułą struną", dlatego wzbudził pewne emocje.

    OdpowiedzUsuń
  9. czasami mam wrażenie, że po prostu na co dzień niektórzy zapominają o rozwadze.
    (Ajko, to nie jest przytyk w twoją stronę, tylko ogólna obserwacja).

    niektórym nie wiedzieć czemu minimalizm kojarzy się z chodzeniem w worku pokutnym, i zawoływaniem: marność, wszystko marność.

    a w moim przekonaniu- chodzi o równowagę, nie tylko o równowagę w stanie posiadania, w tym, co chcemy.
    ale także o równowagę w ograniczaniu siebie.

    przyznaję, że kiedyś zdarzało mi się mylić pewne pojęcia- i widząc ładne rzeczy, pragnęłam je posiadać.
    obecnie wiem- że to, że mogę coś mieć, nie jest równoznaczne z tym, że tego potrzebuję.

    ale ważne jest to, żeby nie ograniczać sobie - dostępu do różnego rodzaju przyjemności, o ile to wszystko jest w granicach rozsądku.

    mnie zachwyca np. fellisimo.
    ale wiem, że zakup całego kompletu byłby nierozsądny i nierozważny.
    i tak naprawdę: nawet go nie chcę, wystarczy mi patrzenie.
    i do szczęścia, dla przyjemności- jak najbardziej wystarcza mi kupiony ostatnio mały komplet, 12 derwenta.

    a co istotne: uważam, że jak najbardziej mamy prawo do przyjemności, czasem do takich drobiazgów.
    bo jeśli nie chcemy teraz żyć pogodnie i radośnie, to kiedy?

    OdpowiedzUsuń
  10. Hej! Ja również po przeczytaniu poprzedniego wpisu chciałam skomentować, ale nie zdążyłam. Piszę więc teraz, a to dlatego, że poczułam a Tobą, Ajko, pewną bliskość w tamtym momencie. Całkiem niedawno przeżywałam coś podobnego. "Zachorowałam" na pewną rzecz i, chociaż wiedziałam, że nie jest mi potrzebna i na poziomie rozumowym wytłumaczyłam sobie, że szkoda mojego czasu i pieniędzy, żeby ją mieć, bo osiągnę tylko tyle, że będę z siebie niezadowolona, to i tak temat wracał i drążył moje emocje. Denerwowało mnie to, bo okazało się, że nie mogę sobie tak po prostu powiedzieć: nie, że to nie działa. Patrząc z boku na siebie, pomyślałam, że to jest faktycznie śmieszne, że jakaś głupia rzecz zajmuje mnie do tego stopnia, że poświęcam jej aż tyle czasu. Znacznie bardziej jednak wydało mi się to po prostu podejrzane. Widzę, to jako niestety kolejny dowód na to, że jestem ofiarą marketingu i mimo mojej usilnej pracy nad sobą ciągle muszę mocno uważać, żeby nie wpaść w sidła. Już dawno przestałam się oszukiwać w tej kwestii, ale czasem zaskakuje mnie to, jak ciężko przed tym działaniem marketingu uciec.
    Rzeczy ostatecznie nie kupiłam, czyli moje "nie chcę" tym razem wygrało z moim "chcę", a po przeczytaniu poprzedniego wpisu poczułam się tym większym zwycięzcą. Dziękuję!
    Ela

    OdpowiedzUsuń
  11. Chodziło mi o notkę o mieszkaniu z gumy. Ajka pisała o tym, że nie warto się przenosić na większe powierzchnie, bo to znaczy, że nie potrafimy dysponować tym, co mamy. Kilka osób wspomniało o zakładaniu rodziny, o komforcie i przestrzeni, o który tak dbają minimaliści, a czasem nie jest możliwy na 20 m2. I kilka dni później pojawił się nowy wpis, że to wcale nie o to chodziło, że nie zrozumieliśmy.
    Myślę, że naturalnym odruchem jest potrzeba doprecyzowania swoich myśli, ale czy musi się to dziać i w komentarzach, i w nowym wpisie, okraszony złośliwym komentarzem "sporo osób załapało bez problemów sedno mojego wpisu, a inni wyczytali w nim, co im się podobało przeczytać"?
    Czasem w życiu ludzie się nie rozumieją w stu procentach. Wyjaśnienia, chęć nawiązania porozumienia to coś, co cenię w tobie, Ajko. Ale nie można przy tym patrzeć z góry.
    Paula

    OdpowiedzUsuń
  12. Każdy czytając dany tekst, przepuszcza go przez swój "filtr" - niektórzy po prostu chcą dopiec, wywołać "awanturę" (z różnych przyczyn), czepiając się słówek. Dużo też zależy od dystansu, jaki kto ma wobec samego siebie i czy sam przed sobą jest w stanie się przyznać do swoich błędów czy też słabości. Myślę, że podobnie jak z tematem poruszonym przez Ciebie ma się sprawa z egoizmem - większość ludzi obruszyłaby się, gdyby ktoś ich tak nazwał, a tak naprawdę każdy nim w różnym stopniu jest.
    Czasem też się czuję jak dziecko w sklepie ze słodyczami - czułam się tak. np. w manufakturze w Bolesławcu. Najchętniej wyniosłabym po całym serwisie obiadowym i kawowym z każdego wzoru, co z przyczyn finansowych i logistycznych jest niemożliwe. Doceniam sztukę, której mogę używać na co dzień. Zakupiłam trzy talerze, bo tyle zmieściło się w budżecie przewidzianym na ten cel i uwielbiam ich używać. Zamierzam tam wrócić i kupić jakieś kolejne gadżety. Mój prywatny minimalizm (chociaż to słowo coraz bardziej mniej drażni) polega na tym, że chciałabym posiadać to, co potrzebuję. "Potrzebować" znaczy dla mnie używać - jeżeli coś jest magazynowane w szafce, znaczy to, że jest niepotrzebne.

    Kończąc - minimaliści i "minimaliści" nie pozbywają się ze swojego życia przyjemności - a jej chyba, tak jak napisałaś, niektórzy chcieliby minimalistów i "minimalistów" pozbawić.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ajko, niektórzy czytelnicy poprzedniego wpisu zapewne nie zrozumieli ironii, jaką podszyty był przekaz ogólny notki, czyli graniczące z obsesją pożądanie przedmiotu, okupione męką przetrząsania portfela w poszukiwaniu zaskórniaków i głowienie się nad tym, w jaki sposób zdobyć nowe fundusze na zakup tego właśnie przedmiotu, który przemówił do potencjalnego nabywcy słowami "Mamo/Tato, weź mnie!". Bardzo przypadła mi do gustu Twoja krytyka zachowań konsumpcyjnych w nawiązaniu do psychologii marketingu. Pozdrawiam serdecznie! :)))

    OdpowiedzUsuń
  14. Każdy tekst napisany i opublikowany przestaje być własnością autora, a staje się własnością czytelnika, który robi z nim, co chce. To mój aż nader prosty ekwiwalent bardzo naukowej teorii wielości i wielopoziomowości instancji nadawczych i odpowiadających im instancji odbiorczych, tj. kategorii wewnątrz i zewnątrztekstowych, którą to teorię wykłada profesor Aleksandra Okopień-Sławińska. Nie wiem, na ile Ajka tworzy swoje wpisy jako pisarka (na zewnątrz tekstu) i w związku z tym kreuje swojego wewnątrztekstowego narratora, a na ile należy je traktować jako osobiste, pamiętnikarskie refleksje. Zresztą w każdym wypadku czytelnik idealny (założony przez narratora) będzie tu zawsze kategorią wewnątrztekstową, czyli mówiąc krótko, takowy w rzeczywistości nie ma szans zaistnieć, bo został stworzony w głowie autora, który wykreował narratora-nadawcę i ten do tego wyimaginowanego idealnego (idealnie rozumiejącego, "co poeta miał na myśli") odbiorcy "nadaje". A w komentarzach pod poprzednim wpisem, wydaje mi się, że zaszło pomieszanie tych kategorii z poziomu wewnątrztekstowego i zewnątrztekstowego. Ajki nadawca wewnętrzny zderzył się z zewnętrznym odbiorcą tekstu, czyli z prostymi czytelnikami prostego bloga:) No i oni komunikatu tego nadawcy nie odkodowali właściwie z tego powodu, że go nie stworzyli i nie są tym odbiorcą wpisującym się w założenia tekstu. Dlatego nie należy obrażać się, a może nawet dyskutować z takim odbiorcą.
    Po ludzku: widział kto pisarza wyjaśniającego czytelnikom, co miał na myśli? Raczej każdy się cieszy, że odbiór jest, że dzieło porusza, że jest interpretowane, niechby nawet i na sto sprzecznych sposobów!
    Wielu blogerów życzyłoby sobie takiego fermentu w komentarzach:)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  15. Nie ma nic złego w "pragnieniu" posiadania jakiś rzeczy, w "zachorowaniu" na jakiś przedmiot (o ile oczywiście nie zmieni się to w jakąś chorobliwą obsesję). Jeżeli wyzbędziemy się wszelkich pragnień, będziemy odporni na wszelkie pokusy i żaden przedmiot nie będzie nam sprawiać przyjemności to co znasz zostanie , czyżby jakieś bezduszne cyborgi? Pamiątki? Niepotrzebne śmiecie, Zdjęcia, po co? Wystarczą mgliste wspomnienia. Przyjemność patrzenia na ładny przedmiot ( obraz, filiżankę, cokolwiek zresztą)? Po co, wystarczą nagie ściany, w których będziemy tylko kontemplować własny ( okryty prostą, zgrzebną szatą) pępek. Życie bez pragnień, pokus, chęci posiadania czegokolwiek, tak jak potrawa bez pieprzu i soli, może zdrowsze ale czy smaczniejsze?

    Marta

    OdpowiedzUsuń
  16. A może wszyscy tak są mocno poruszeni tym, co pisze Ajka, bo godzi to w nich samych? BO tacy właśnie zazwyczaj jesteśmy, jak wpadamy w sidła zakupów. Zastanawiam się, kto jest w stanie właśnie pośmiać się z siebie- z dystansem- ze swoich oragnień i żądz. Chyba tylko ten, kto wie, co jest ważne a co nie. JA, choć sama mam ogromny problem z kupowaniem zbędnych rzeczy, uważam,że reakcja autorki bloga opisana w dwóch ostatnich postach jest najzupełniej normalna, dojrzała i sama też kiedyś chciałabym się zaśmiać ze swoich chorych muszetomieć. Do tego potzreba dystansu a z tym u nas cięzko, prawda?

    emma

    OdpowiedzUsuń
  17. Według mnie wpis Ajki poruszył dlatego że dotknął bezpośrednio nasze ,,Wewnętrzne Dziecko''. Każdy z nas , bez wyjatku je w sobie nosi, pytanie kiedy i dlaczego ono się w nas budzi... To pragnienie posiadania tu i teraz czegoś co do końca tak naprawde nie potrzebujemy.
    Oto moja historia, uprawiam hobby które jest stosunkowo drogim sportem. Wybierając sprzęt do niego kierowałem się zasadą najwyższej jakości rzeczy, które na moim poziomie zaawansowania będą spełniać postawione przed nimi zadania. Pewnego popołudnia będąc w sklepie branżowym obudziło się moje ,, Wewnętrzne Dziecko'' i zaczęło krzyczeć ... zobaczyłem mojego św. Graala... To przedmiot wyprodukowany przez legendarną firmę nazwijmy ją X. To ostatni krzyk techniki w tym sporcie, obsypany nagrodami na całym świecie, poza tym wszystkim zwyczajnie po ludzku piękny w swojej formie! Firma X jest globalnym liderem , do niedawna nieosiągalna w Polsce. Najlepsi na świecie sportowcy uprawiający tą dyscypline są sponsorowani przez X. Czułem się jak pewnie może się czuć lis w kurniku który zobaczył największą kurę w swoim życiu a pies ( czyli rozum) jest daleko, przywiazany do budy łańcuchem ( tak, specjalnie użyłem metafory ze zwierzętami... ;) ). Relikwia na wyciągnięcie ręki choć powinienem napisać karty płatniczej i jak na obiekt kultu cena za niego kosmiczna ale to było nieważne, pieniądze nie były żadnym problemem. Nic się w tym momencie nie liczyło, chciałem tylko ZASPOKOIĆ swoje pragnienie. Sprzedawca nie musiał nic reklamować, stał tylko z boku i się uśmiechał ... Lis w kurniku śmiał się od ucha do ucha... i wtedy przyszedł pies/rozum. Zadałem sobie pytanie co jest takiego w Graalu z punktu widzenia czysto UŻYTKOWEGO czego niemają rzeczy które miałby On zastąpić? Odpowiedź: ABSOLUTNIE NIC. Pod względem formy ( tak jak pisałem Graal jest śliczny:) ) pozostawia wszystko inne daleko z tyłu ale czy to powód by go kupować? By POWIELAĆ przedmioty które już mam i co najważniejsze działaja prawie tak samo jak Graal?
    Wyszedłem ze sklepu bez mojej relikwi, im byłem dalej od Niego tym bardziej do mnie docierało jak irracjonalny byłby to zakup pod wpływem emocji które mnie wtedy opanowały. Tak naprawde niepotrzebuje Go! Ba, wręcz by mnie ograniczał, o takie obiekty z naszych marzeń chcemy się troszczyć by nie pojawiła się najmniejsza rysa, by były jak najdłużej nieskalane... Rzeczy użytkowe są do używania a nie wznoszenia nad nimi kapliczek. Sama myśl że mógłbym go np. poplamić... brrr! Okropność!
    Stałbym się odrobine niewolnikiem czegoś co sam zaprosiłem do swojego życia.
    Myśle że o takie uczucie nagłego, emocjonalnego, kupowania rzeczy chodziło Ajce.
    Nie chcę się w tym wpisie odnosić do chęci posiadania dzieł sztuki, malarstwa, rzeźby bo każdy z nas inaczej definiuje piękno, dla mnie płótno van Gogh'a może być tylko obrazem a dla kogoś innego Graal'em.

    Czasami chodze do tego sklepu gdzie jest Graal, by go zobaczyć, podotykać... by przypomnieć sobie tę chwile gdy ,, Dziecko" przejęło władze nad dorosłym facetem i... pośmiać się sam z siebie :) .

    Tao

    OdpowiedzUsuń
  18. Hej,

    gdy przeczytałem Twój wcześniejszy post, to nie mogłem uwierzyć, że pojawiło się tam tyle negatywnych komentarzy, tym bardziej, że nic kontrowersyjnego nie napisałaś. Wyciągam wniosek, że to ....kobiety. Jedna drugiej musi wypomnieć. Z tego co pamiętam, nie było tam negatywnego komentarza faceta, bo ten po prostu powiedziałby : "A kup sobie sukienkę, bylebyś portfela nie zrujnowała". Myślę, że kobiety odebrały Twój wpis jako zamach na ich świat ( dbanie o siebie, chęć dobrego wyglądu itp, itd.) i pomyślały : " O, nie! Ja się nie będę umartwiała i odmawiała sobie rzeczy, które mnie kręcą! W końcu o siebie trzeba zadbać! Nie jestem ascetką ani zakonnicą!".

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Lepiej

Przed urlopem pisałam o bezdzietności z wyboru. Mam jeszcze parę refleksji, które nie dotyczą istoty sprawy (mienia/niemienia dzieci), ale są z nią powiązane. 
Ludzie często lubią formułować różne złote rady czy ogólne stwierdzenia, które wydają się im słuszne i cenne: lepiej mieszkać na wsi. Lepiej mieszkać w mieście. Lepiej mieć samochód/jeździć na rowerze/poruszać się piechotą. Lepiej jeść mięso/być wegetarianinem/weganinem. Lepiej jeść gluten/nie jeść glutenu. Mieć mieć wiele dzieci/mieć dwoje dzieci/jedno dziecko/nie mieć dzieci. Lepiej biegać/ chodzić na siłownię/ćwiczyć jogę/gimnastykować się w domu. Być minimalistą/tarzać się w konsumpcji. Można by tak wymieniać w nieskończoność, wymieniłam tylko kilka dziedzin, które akurat wydają mi się częstym przedmiotem tego rodzaju sądów.
Zazwyczaj uważa się, że „lepiej” jest robić tak, jak się samemu wybrało. Często dlatego, że jest się ze swojego wyboru zadowolonym i wydaje się, że skoro nam jest z tym dobrze, to innym też pewnie będz…