Przejdź do głównej zawartości

Potęga prostoty

Miałam pisać o strategiach, ale strategia nie zając, nie ucieknie. Pomyślałam, że lepiej napiszę o tym, dlaczego minimalizm zaczyna niektóre osoby denerwować. 

Joanna Glogaza, autorka bloga Style Digger, zamieściła u siebie bardzo ciekawą i mocno krytyczną recenzję Sztuki prostoty. Joanna jest bardzo rozsądną i mądrą dziewczyną, podoba mi się jej zdrowe spojrzenie i to, że nie podąża za ogólnymi ochami i achami. Dostrzega pozytywne przesłanie, ale wytyka książce Dominique Loreau te wszystkie cechy, które denerwują także i mnie, i nie tylko mnie, bo wielokrotnie spotykałam się na różnych blogach z podobnymi opiniami na jej temat. Przeczenie sobie, pretensjonalność, autorytarny ton, narzucanie nieraz dziwnych i wyssanych z palca pomysłów (jak smarowanie się oliwą dla... zwiększenia elastyczności kości, to moja ulubiona rewelacja). Nie raz śmialiśmy się przecież z tych słynnych białych majtek, nakazu używania białej pościeli, osobliwych poglądów dietetycznych i innych podobnych kwiatków. 
Joanna słusznie nawołuje, by nie traktować tej pozycji jako świętej księgi, nie przyjmować jej bezkrytycznie i ma całkowitą rację. Ale nikt z nas - ani ja, ani Wy, moi Czytelnicy, nie mamy chyba z tym kłopotu, nikt z nas nie przyjmuje niczyich wypowiedzi bez refleksji jako gotowej ideologii.

Jednak w wypowiedzi Joanny pojawia się ton, który często spotykam w opiniach na temat minimalistów - przekonanie, że minimalizm to „dorabianie ideologii do zwykłego zdrowego rozsądku”. Oczywiście ma Ona pełne prawo do takiej opinii. I nie mam zamiaru nikogo, kto ma takie podejście, przekabacać, próbować przekonać, że nie ma racji. Bo po pierwsze przecież, jak nieraz już stwierdzaliśmy (my - w sensie Wy i ja), to żadna ideologia ani jedyna słuszna droga. Niektórym odpowiada, innym zaś nie. Zastanawiam się raczej nad tym, skąd takie opinie się biorą.

Wspominając jednocześnie niedawną burzę tutaj, na Prostym blogu, w związku z dyskusją o emocjach i rzeczach, i mając na uwadze także często pojawiające się tu i ówdzie stwierdzenia różnych osób, że określenie minimalizm je denerwuje, myślę, że czas wreszcie coś wyjaśnić. 

Myślę, że sporo się nagromadziło nieporozumień i mitów związanych z tym słowem/pojęciem stosowanym w odniesieniu do podejścia do życia. Częściowo wynika to z niektórych publikacji prasowych, pisanych często przez osoby bez wątpienia bardzo inteligentne, jednak nie zawsze przygotowane do tematu, nieumiejące się w niego odpowiednio zgłębić, spłycające i sprowadzające go do liczenia przedmiotów i obsesji nieposiadania. Mało kto potrafił tak dobrze przedstawić zjawisko minimalizmu, jak pani Beata Chomątowska, z którą współpracę wspominam najlepiej. 

Sama też czuję się trochę winna. Ten blog jest zapisem mojej drogi - a na tej drodze przechodziłam różne przemiany i etapy, jeśli ktoś trafił na kilka wpisów z danego momentu, na którym akurat byłam „zafiksowana” na określonym właśnie analizowanym aspekcie, mógł pomyśleć, że mam jakąś obsesję na takim czy innym punkcie. 

Nie ma co szukać jednak winnych tego, że minimalizm wydaje się być dorabianiem ideologii do zdrowego rozsądku. Może zresztą po części nim jest? 

A może raczej w wyniku panującej na niego mody zaczęto używać tego określenia w odniesieniu do spraw nic niemających z nim wspólnego? Jakiś czas temu Czytelniczka skrytykowała mnie, że piszę felietony o minimalizmie dla Tołpy i one ukazują się na stronie firmy, a powinny tutaj, na blogu, gdzie jest ich miejsce. A tymczasem w felietonach dla Tołpy pisałam o sprzątaniu w torebce, o spowalnianiu, o porządkowaniu otoczenia, dostrzeganiu nadmiaru. Czy to minimalizm? Oczywiście, że nie. 

Etykietę minimalizmu przykleja się wszystkiemu, co można by nazwać właśnie zdrowym rozsądkiem w porównaniu z wszechpanującym konsumpcyjnym rozpasaniem i kultem obfitości: pozbywanie się nadmiaru, sprzątanie, zarządzanie sobą w czasie, oszczędność, ekologia, umiar, ruch, umiłowanie porządku, organizacja czasu i przestrzeni, spowalnianie tempa życia, bycie tu i teraz, uważność, rozsądne zakupy, zrównoważona konsumpcja, serdeczne relacje z bliskimi, świadome budowanie garderoby i wizerunku. Wszystkie te tematy znajdziecie i u mnie, i u innych, jak to określiła Joanna, „tak zwanych minimalistów”. Nie oznacza to jednak przecież, że minimalizm do tego wszystkiego się sprowadza i ogranicza. Jeśli tak się dzieje, to może to niektórych irytować. Mówienie o sobie, że jest się minimalistką, bo posprzątało się w szafie... hmm. No, właśnie.

Za to też czuję się współodpowiedzialna: przez długi czas pisałam głównie na takie tematy, chyba głównie dlatego, że sama do końca nie potrafiłam sedna minimalizmu dostrzec i zrozumieć (wspominałam o tym we wpisie Minimalizm jest wielki). Wydawało mi się, że sprowadza się on, zgodnie z definicją zaproponowaną przez Lea Babautę, do wyeliminowania nadmiaru. Wiecie, zdecyduj, co dla Ciebie naprawdę ważne i wyeliminuj całą resztę. Tak, ale to przecież jeszcze nie wszystko. 

Do pewnego momentu uważałam, że przeciwieństwem minimalisty jest tzw. chomik, czyli osoba, która nadmiernie gromadzi przedmioty, z różnych powodów (np. z lęku przed przyszłością, z obawy przed marnotrawstwem). Jednak w końcu doszłam do wniosku, że to właśnie moi Rodzice przekazali mi światopogląd, dzięki któremu fascynuje mnie minimalizm i zachwyca prostota, chociaż są oni właśnie takimi zdeklarowanymi chomikami. Możecie więcej przeczytać o tym we wpisie Minimalistów znajduje się w kapuścieOczywiście po części dlatego sama porzuciłam chomikowanie, że naturalnym zachowaniem jest stawianie się w opozycji do postaw i przyzwyczajeń wyniesionych z domu. Zrozumiałam jednocześnie, że przeciwieństwem postawy minimalistycznej nie jest chomikowanie, lecz materializm. Dlatego pomimo tego, że nie gromadzę rzeczy ponad potrzebę, a moi Rodzicie owszem, nadal dogadujemy się świetnie, bo łączy nas ten sam światopogląd. Stosunek do kwestii materialnych. A to jeden z fundamentów minimalizmu.

Podsumowując powyższe przydługawe wywody: stosowanie minimalizmu jako narzędzia do upraszczania życia może zaowocować na różne sposoby, wśród których znajdzie się wiele z wcześniej wymienionych (pozbywanie się nadmiaru, spowalnianie, zrównoważona konsumpcja itd.). Dla wielu osób może zakończyć się na tym etapie: wprowadzenia porządku, zrównoważenia zachowań konsumpcyjnych, uświadomienia sobie swoich życiowych priorytetów. I to już wystarczy. W Waszych komentarzach i mailach często znajduję takie historie, piszecie, że minimalistami się nie czujecie, ale czerpiecie z minimalizmu inspirację i dużo Wam to daje. Bardzo się z tego cieszę. Przecież przez długi czas ze mną też tak było. Każdy zatrzymuje się na etapie, który mu odpowiada. Dochodzi tam, gdzie czuje się na siłach. Nie należy na siłę zmuszać się, by stać się kimś, kim się nie jest ani nie chce być. 

Niektórzy pójdą dalej. Zaczną zadawać sobie głębsze pytania, pracować nad swoim stosunkiem do rzeczy, nad emocjami, narzucać sobie pewną dyscyplinę. Szukać granic komfortu. Podnosić poprzeczkę. Badać korzyści, jakie mogą im przynieść pewne samoograniczenia. Nie oznacza to podążania do ascezy ani pogrążenia się w obsesji nieposiadania. Jest zadawaniem sobie pytania: ile jeszcze mogę odjąć, z czego zrezygnować? Może efekt będzie jeszcze lepszy? Gdzie jest granica, za którą nie będzie można odjąć już niczego, bo efekt zamiast lepszy będzie gorszy? Które elementy są decydujące, a które tylko niepotrzebnie pochłaniają energię i czas?

Nie każdego zachwyca prostota i nie każdy będzie chciał szukać jej różnych przejawów i zastosowań. Nie każdy ma też ochotę pracować nad swoim stosunkiem do kwestii materialnych - co nie oznacza od razu, że jest materialistą. Może ma inne sprawy na głowie, inne cele. 

Gdy przeminie moda na minimalizm, będąca głównie wynikiem reakcji na przesyt i rozczarowanie konsumpcją, nadal będą istnieć ludzie, dla których będzie on ważny. Zawsze istnieli. Zapewne nie będzie ich wielu, bo nigdy wielu ich nie było. Cała reszta szybko o nim zapomni, zajmie się kolejną modą, aktualnie obowiązującym trendem. 

Dla mnie cała ta historia zaczęła się od zmęczenia nadmiarem, bałaganem i chaosem. A okazała się być osobistym życiowym odkryciem. Klamrą doskonale spinającą całość. Oczywiście chciałabym, żeby cały świat podzielał mój zachwyt, ale wiem, że to niemożliwe. Jedyne, co mogę robić, to na każdym kroku opowiadać o tym, jak wspaniała jest prostota i jak nie przestaje mnie zaskakiwać. Jeśli ktoś inny też się zachwyci, będzie jeszcze fajniej niż jest. 


Komentarze

  1. Przyznaję, że często zamiast szukać w (anglojęzycznym) internecie minimalizmu, raczej wpisuję w wyszukiwarkę "simple living". To "proste życie" jest mi bliższe, wydaje się być bardziej życiowe (np. w przypadku osób, które mają dzieci), czerpiące z minimalizmu wybrane pomysły, używające go właśnie jako narzędzia, do kształtowania swojej codziennej rzeczywistości.

    OdpowiedzUsuń
  2. Fantastyczny tekst! Zachwycony prostotą - Daniel

    OdpowiedzUsuń
  3. To kolejny wpis który bardzo do mnie przemówił. Co prawda ja od niedawna dopiero zaczęłam swoją przygodę z minimalizmem w życiu, a stało się to z prostego powodu, nadmiar rzeczy tak mnie przytłoczył że zaczęłam się ich po prostu pozbywać. Nie wyrzucać ani niszczyć, ale oddawać bądź w przypadku książek sprzedawać je po przeczytaniu (zostawiłam tylko te które są dla mnie ważne w pewien sposób). Uważam że im się ma mniej tym bardziej się wszytko docenia. Dzięki temu ze zaczynam mieć mniej tego wszystkiego czuje się lepiej i to mi się podoba. Pozdrawiam Cię Małgosia

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękny tekst! Dziękuję ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Wpis Twój przepiękny, nic dodać, nic ująć.
    Ja podzielam Twój zachwyt Ajko. Dla mnie to, jak wpłynął, wpływa na mnie minimalizm, prostsze, lżejsze życie to lekarstwo ma trudny dnia codziennego.
    Moda na minimalizm przeminie, a pozostaną Ci, dla których to ma wartość, dla których ten pogląd na świat ma jakieś znaczenie. Reszta znajdzie swoją drogę, tak jak ja szukałem. Większość życia to poszukiwanie właściwej drogi, dla mnie tą drogą jest minimalizm, biorę go z całym inwentarzem i wiem, że pojawią się ludzie, którzy go skrytykują lub też wyśmieją. Do tej pory spotykam się z brakiem zrozumienia, dziwnymi uśmieszkami pod nosem. W tym czasie trudno rozmawiać i argumentować, gdy ktoś inny zamyka się na świat inny niż jego.
    Recenzja książki to każdego subiektywne indywidualne podejście, dla jednych jak to widać w komentarzach pod tą recenzją, książka miała duże znaczenie dla innych to kolejny pretekst do krytyki. Ale czy należy powiedzieć, że wszyscy minimaliści są tacy. Czy jeden nauczyciel, który popełnia błąd jest świadectwem mówiącym, iż wszyscy są tacy sami. Nie i niejednokrotnie się o tym przekonaliśmy. Dla mnie idea minimalizmu to mój sposób patrzenia na dzisiejszy świat, to moja droga, to mój wybór. Nikogo do tego nie zmuszam, pokazuję tylko swoim postępowaniem, że warto spróbować. Pragnę pokazać, że jak spróbujesz to może Ci się spodobać. Nic nie stracisz. Wiem, że nieraz jestem krytykowany, za moje podejście, za mój światopogląd, za to jak pewne sprawy odbieram. Jednak właśnie minimalizm pomaga mi się z tym uporać, z życiem codziennym i to nie tylko w wymiarze materialnym, ale także i psychicznym.

    Pozdrawiam Bartosz

    OdpowiedzUsuń
  6. Po pierwsze, niesamowicie mi miło, że zaglądasz na mojego bloga! Po drugie, cieszę się że mój post był inspiracją dla takiego wpisu, przeczytałam z ogromną przyjemnością. Z książkami Loreau i podobnymi jest taki właśnie problem - z jednej strony promują proste podejście w dość szerokim gronie, wśród osób które inaczej być może by na temat nie trafiły, z drugiej - spłycają sprawę i przy okazji mogą odstraszać pełnym nieścisłości powierzchownym sekciarstwem, pozbawionym głębszej refleksji, spojrzenia z różnych stron itp. Dlatego z przyjemnością przeczytałam o Twojej wizycie w klasztorze, wydaje mi się że każda religia wnosi naprawdę dużo do dyskusji i ciekawa jestem Twoich refleksji. Czekam z niecierpliwością na książkę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Joanno, zaglądam do Ciebie z wielką przyjemnością, fajnie obserwować, jak się zmieniasz.
      Książki Loreau są dość kontrowersyjne, ale jeśli odcedzi się te jej różne dziwactwa i maniery, można sporo skorzystać - pod warunkiem krytycznego podejścia.
      Wizyta w klasztorze była świetnym doświadczeniem, bardzo wzbogaciła moje spojrzenie na prostotę.

      Usuń
  7. Hej,
    co jakiś czas zaglądam na Twojego bloga i zawsze znajdę tu coś dla siebie. Dzisiejszy wpis nawet zainspirował mnie do skomentowania ;)
    Wszystko, co napisałaś jest dla mnie bardzo wartościowe. Jeżeli chodzi o krytykę (którą też przeczytałam trochę z niechęcią na blogu styledigger), to trochę kojarzy mi się ona ze znanym powiedzeniem: "Gdy mędrzec wskazuje drogę, głupcy patrzą na palec" - i do tego dodałabym: "i oceniają czy ma czyste paznokieć" ;) Oczywiście, broń Boże, nikogo nie zamierzam mianować głupcem - chodzi mi raczej o sposób patrzenia taki typowo polski: "do czego by się tu przyczepić..." W "Sztuce prostoty" wiele jest niekoniecznie sensownych wypowiedzi, czasem styl wypowiedzi nie jest najlepszy - ale to przecież mankamenty, na których nie trzeba się skupiać i które zdarzają się każdemu z nas. Warto się skupić na dobrych, rzetelnych poradach, zauważyć wiele naprawdę istotnych i wartych uwagi wypowiedzi, wykorzystać je dla siebie i nie dzielić włosa na czworo ;) Tak przynajmniej wydaje mi się, że jest zdrowiej i bez zbędnego krytycyzmu.
    A jeśli chodzi o sam minimalizm, to zastanawianie się czy jestem "minimalistką" czy tylko "zdroworozsądkową osobą" jest też dla mnie trochę dzieleniem włosa na czworo ;) Jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, nie musimy mieć etykietki, a jeśli ktoś nam ją nadaje, to zwyczajnie spłyca. Ileż to razy słyszałam, gdy ktoś słysząc, że nie jem mięsa mówił pogardliwie: "wegetarianka!", podczas gdy ja nigdy nią nie byłam :) Ludzie widocznie lubią się bawić w etykietki, zawsze to będą robić, chociaż nie mają zielonego pojęcia o właściwych definicjach tychże etykietek. Zastanawianie się nad kolejnym pojęciem? I nad tym, co ludzie właściwie myślą na ten temat? Czy warto? W ramach minimalistycznego podejścia pozwolę sobie stwierdzić, że chyba lepiej ten czas spędzić z rodziną i bliskimi, zamiast analizować i krytykować ;)
    Pozdrawiam!
    Halina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Halino, czasem wyjaśnienie nazewnictwa i rozgraniczenie pojęć pomaga, nie przeszkadza. Nie chodzi o etykietki, nie obchodzi mnie to, czy ktoś mnie faktycznie uważa za minimalistkę, czy za wariatkę ;-) ale warto wiedzieć, rozumieć, co oznaczają takie określenia jak dobrowolna prostota, minimalizm, powolne życie. Same etykietki niczego nie zmieniają, ale pomagają czasem uchwycić istotę danego zjawiska. Nie widzę w tym nic szkodliwego, wręcz przeciwnie. Również ciepło pozdrawiam!

      Usuń
  8. Może ten "kwiatek" ze smarowaniem oliwą to nie wina autorki tylko tłumacz coś przekręcił. Czy ktoś czytał oryginał?

    Marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marto, znam obie wersje, mam w domu francuską, niestety sens oryginalnego tekstu jest taki sam: smarowanie się olejami, aby zapobiegać złamaniom kości... To nie wina tłumacza :)

      Usuń
  9. Dobry wpis Ajko, widać, że ciągle się rozwijasz w tej dziedzinie, zgłębiasz, zadajesz pytania, szukasz odpowiedzi.

    Dla mnie "Sztuka prostoty" była dobrym początkiem, jak i zresztą Twoje pierwsze wpisy. Można powiedzieć, że pomogła mi "się ogarnąć" i obrać dobry kierunek, szczególnie w momencie, gdy pojawiły się dzieci - jak nie dać się zwariować gdy nadchodzą Święta, zbliża się komunia dziecka itd.
    Bardzo pociąga mnie prostota w życiu, wciąż uczę się jak godzić zamiłowanie do fatałaszków, do książek z potrzebą przestrzeni, prostoty wokół siebie.
    Usłyszałam ostatnio fajne powiedzenie, które "trzyma mnie w ryzach":
    "Nie chodzi o to by wykorzystywać ludzi do zdobycia rzeczy, ale żeby rzeczy wykorzystywać do zdobywania ludzi (w sensie przyjaźni, koleżeństwa)."

    Zgodzę się z Tobą, że niektóre publikacje nt minimalizmu były tendencyjne;), a i prześciganie się ultra minimalistów (na różnych forach) kto ma mniej rzeczy, trochę mogło odstraszyć od tematu.

    Jestem cieka Twojej książki:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani la Mome, dziękuję za miłe słowa i fajny cytat, bardzo mądry.
      A obserwując Twoje zapiski, widzę, że dobrze Ci idzie z prostotą i bardzo Ci z nią do twarzy :)

      Usuń
  10. Nie lubię mentorskiego tonu ani dorabiana na siłę ideologii. Lubię natomiast, gdy ktoś opowiada o swoich doświadczeniach, opisując swoją drogę - uczę się wtedy. Czytam niewiele blogów o prostym czy minimalnym życiu (trudno nazwać, żeby nikogo nie urazić) i traktuję je właśnie jako inspirację, punkt wyjścia. Mam swój rozum i wiem, jak wygląda moje życie, więc zestawiam inspiracje z realiami.
    Już kiedyś wspominałam - Loreau czytałam jedynie "Sztukę minimalizmu w codziennym życiu" i nie zachęciła mnie ona do sięgnięcia po pozostałe - ideologia przyświecająca autorce jest mi obca (bo ja identyfikuję się z chrześcijaństwem), a wymiar praktyczny opanowałam samodzielnie kilka miesięcy wcześniej. Myślę sobie, że trochę trudno pisać tyle książek o minimalizmie (!), nie powtarzając się, co wymieniona autorka. Czekam na Twoją książkę z zaciekawieniem, bo czasem mam wrażenie, że "wszystko już w tym temacie napisano" ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, też mam czasem takie wrażenie, że trudno już coś odkrywczego napisać, a przynajmniej w miarę świeżym okiem spojrzeć. Zobaczymy, jak tam z tą moją książką będzie :)

      Usuń
  11. To byłby świetny wstęp do Twojej książki.

    OdpowiedzUsuń
  12. Dziękuję :)
    To dzięki Tobie moja szafa jest o 70% odchudzona , mimo to niczego mi nie brakuje i nadal zauważam rzeczy których nie potrzebuję.
    Zmieniło to całe moje życie- nie biegam po galeriach handlowych , na zakupy chodzę z listą ( i się jej trzymam), ciuchy kupuję na zasadzie- jak jeszcze mi nie przejdzie to kupię za tydzień pozbywając się w zamian czegoś innego.
    Nie robię rzeczy , których nie lubię, nie spotykam się z osobami, których nie lubię, jem to co lubię i jest zdrowe, żyję zdrowo.
    Wybieram z życia to co lubię!
    I BARDZO MI SIĘ TO PODOBA!
    dziękuję!!!!

    OdpowiedzUsuń
  13. Dobry artykuł. Minimalizm to uporządkowanie, selekcja i oczyszczenie z ogarniającej nas ilości bodźców. Najczęściej tych, których nieświadomie jesteśmy poddawani. Gdy już wiemy co na nas spływa możemy się z tego "umyć" :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Mój egzemplarz tej książki jest mocno popisany. Zaznaczyłam wszystkie fragmenty, do których warto wrócić i z którymi się zgadzam. Nie jest ich jednak zbyt wiele. Autorka w koło klepie o tym samym, zaprzecza temu co pisze, czasami takie głupoty pisze... Pokroiła kilka kultur na plasterki i zrobiła z tego kanapkę. Jedyne co jest naprawdę wartościowe w tej książce to cytaty. Osobiście uważam, że ta książka nie była warta tych 25zł, które na nią wydałam.

    OdpowiedzUsuń
  15. A ja mam wszystkie jej ksiazki ktore czytalam chyba po 20 razy i nigdy ich nie skrytykowalam. Mieszkam w Paryzu i tu sie calkowicie inaczej zyje niz w Polsce. Inna mentalnosc. i moze dlatego duzo polek nie rozumie tej ksiazki i wiele rzeczy uwaza za bzdurne..

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Jeszcze prościej

To, że ostatnio rzadko poruszam na blogu temat minimalizmu, nie znaczy, że przestał być dla mnie ważny. Jest nadal istotny, ale w inny sposób niż wtedy, gdy wprowadzałam największe zmiany w swoim życiu i przestrzeni osobistej. Pisałam o tym we wpisie Procesy w tle
Po ośmiu latach mówienia i pisania o nim czuję przesyt. Nie mam już ochoty czytać książek ani blogów związanych z tym tematem. Nie twierdzę, że nie warto, bo wiele mądrych treści wciąż powstaje, jedynie ja nie mam już potrzeby dalej drążyć tych kwestii.

Nadal bardzo istotna jest dla mnie prostota, coraz ważniejsza. To raczej już nie ulegnie zmianie, bo zawsze ją lubiłam, a z czasem stała się dla mnie myślą przewodnią. W każdej dziedzinie życia. Prostota wypowiedzi, przekazu, formy i treści. W estetyce i ubiorze. W wystroju mieszkania. Na talerzu - bardzo istotna. Prostota i skuteczność rozwiązań - w pracy, nauce, komunikacji. Nie zajmują mnie natomiast zbytnio sprawy ilości rzeczy i zajęć, które na pewnym etapie były tak …

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.

Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 
Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, ż…