Przejdź do głównej zawartości

Nie mam co na siebie włożyć

„Nie mam co na siebie włożyć” - parę lat temu to hasło towarzyszyło mi niemal codziennie. Wtedy jeszcze moja szafa była ponad miarę wypchana ciuchami, w przeważającej większości kupowanymi bez zastanowienia, pod wpływem nudy, impulsu albo dla poprawy humoru. Nie składały się w żadną sensowną całość ani nie były zbytnio dostosowane do mojej figury, urody i trybu życia. Chaos. W dodatku chaos bardzo kiepskiej jakości. Większość zakupów robiłam w popularnych sieciówkach, a podstawowym kryterium wyboru była cena. Oraz „chcę to mieć”. 

W końcu uświadomiłam sobie, że w ten sposób donikąd nie dojdę. Zrozumiałam, że dopóki nie poznam siebie i nie wypracuję sobie własnego stylu, nie będę zadowolona z zawartości garderoby. A kompletowanie jej musi być świadomym procesem. 

Anne Hathaway, zdjęcie stąd


Historię przebudowy mojej szafy opowiadałam już wiele razy, ale nadal odczuwam wielką satysfakcję, gdy o niej myślę i gdy patrzę na jej efekty. Bo nie było łatwo. Zaczęłam przecież od pozbycia się właściwie wszystkiego. Nie od razu, stopniowo, ale w końcu doszłam do jej dna, o czym pisałam w sierpniu 2010 r. To był ten moment, gdy mogłam stwierdzić, że w szafie nie mam już żadnej rzeczy, w której bym nie chodziła. Żadnej, która źle leży, albo podkreśla to, czego nie powinna. Albo maskuje części ciała, które eksponować bym chciała. Ale ogółem niewiele w niej pozostało. Głównie ciuchy turystyczne i treningowe. Całą resztę mogłabym zmieścić na jednej półce. Nigdy w życiu nie miałam tak mało ciuchów. No tak, dno widać... Ale dno, jak powszechnie wiadomo, służy głównie do tego, by móc się od niego odbijać. Czas zacząć odbudowywać garderobę. Tym razem jednak, w odróżnieniu od moich dawnych przyzwyczajeń, stawiając na jakość, nie na ilość.”.


Nie miałam wtedy i nadal nie mam worka pieniędzy, nie mogłam więc tak po prostu pójść do centrum handlowego i obkupić się od nowa we wszystko, co mi potrzebne. Nawet gdybym dysponowała wówczas nieograniczonymi środkami, nic by to nie dało, bo nie wiedziałabym, co mam kupować. Wbrew temu, co pokazuje się w telewizyjnych programach o odzieżowo-urodowych metamorfozach, nie da się zdobyć wiedzy o komponowaniu garderoby ani wypracować sobie stylu w ciągu kilku dni czy nawet tygodni. To wymaga czasu, wysiłku oraz - to doprawdy nieuniknione - prób i błędów. 

W tym roku skończę 40 lat. Należę do pokolenia, które nie miało najmniejszych szans, by tę wiedzę wynieść z domu. Nasze mamy i babcie miały na głowach wiele innych istotniejszych spraw niż zagadnienia typów sylwetki czy kolorystyki ubioru. Chodziło się w tym, co udało się zdobyć, dostało się z tak zwanych darów z zagranicy, samodzielnie uszyło, wydziergało bądź przerobiło. Nikt sobie raczej nie zawracał głowy drążeniem tematu, bo w ówczesnych warunkach trudno było mówić o świadomym i konsekwentnym dobieraniu strojów. 
Owszem, w domu nauczono mnie podstaw klasycznej elegancji - z czego bardzo się cieszę. Dobierania stroju do okazji i pory dnia. To też cenne. Reszty uczyłam się sama, w większości w ciągu tych kilku ostatnich lat. Lepiej późno niż wcale. 

Proces to czasochłonny, wobec czego sekcję garderoby na cieplejsze miesiące udało mi się doprowadzić do zadowalającego, optymalnego stanu dopiero w minionym roku, 2013. Nad jesienno-zimową nadal pracuję. A że na zakupy chodzę niechętnie, bo mnie męczą, zużywam ciuchy ciut szybciej niż nabywam nowe. I w związku z tym zdarza mi się dojść do przejściowego wniosku, że nie mam co na siebie włożyć (prawie). Bo na przykład zagapiłam się z praniem. Co oznacza, że tym razem mam za mało w szafie. 

Z dwojga złego wolę tę odmianę „niemamconasiebiewłożyć”. W przeciwieństwie do wcześniejszej jest cennym komunikatem. Nie objawem ogólnej ciężkiej garderobianej niewydolności, jak wcześniej, lecz wskazówką co do miejscowego braku, miejsca, które należy uzupełnić. Sygnałem, który pomoże w planowaniu zakupów. 
Przewagą niedoboru nad nadmiarem jest przejrzystość obrazu. Zamiast niegdysiejszej frustracji i poczucia całkowitego zagubienia przed półkami zapchanymi bezładną masą szmat mam czysty przekaz. Np. za mało formalnych „dołów” albo nieformalnych i wygodnych ubrań do noszenia w domu. 

Nie, oczywiście nie jest to pożądana sytuacja, niedobór ma swoje zalety, ale lepiej, by był tylko stanem przejściowym, na dłuższą metę może irytować albo powodować niepotrzebne stresy. Na szczęście na obecnym etapie po chwili zastanowienia okazuje się zwykle, że mogę znaleźć jakieś w miarę zadowalające rozwiązanie i kryzys zostaje zażegnany. Wolałabym jednak nie musieć stresować się tym, czy dana sztuka odzieży zdążyła już wyschnąć czy też wciąż jeszcze złośliwie jest wilgotna (albo co gorsza spoczywa w koszu z brudami). Na szczęście jestem już blisko zakończenia tego procesu i wreszcie także moja zimowa garderoba osiągnie stan optymalny. Jeszcze tylko trochę wysiłku, ale już niewiele. 

Zapytacie, dlaczego zajęło to aż tyle czasu? Od dna szafy w 2010 r. do stanu optymalnego spodziewanego w pierwszym kwartale 2014? Po części z powodów opisanych powyżej, ale również z paru innych, o których napiszę wkrótce. 

Komentarze

  1. Pozostaje mi tylko pogratulować, że jest się od czego odbić! Znam ten stan - jest bardzo przyjemny, ale dokładnie tak jak mówisz: do momentu gdy faktycznie nie mam się w co ubrać! U mnie ostatnio dno trochę przysypane dlatego organizuję ze znajomymi garażową wyprzedaż :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie nazwałabym tego stanu przyjemnym, dla mnie to było raczej przykre - świadomość, że w mojej wcześniejszej garderobie tak niewiele rzeczy zasługiwało na pozostawienie. Bolesne doświadczenie. Ale pouczające. Tak czy owak warto było się z tym zmierzyć.

      Usuń
  2. Pamiętam jak po przeczytaniu jednym tchem Pani blogi i postu nt. dotarcia do dna w szafie sama postanowiłam taki stan osiągnąć. Udało się, byłam z siebie dumna, bo na kilku półkach jednodrzwiowej szafy zalegało parę ubrań, w których najczęściej chodziłam, a cała reszta została oddana lub przerobiona na ściereczki. Niestety nie mogę się pochwalić kolejnymi postępami. Obecnie znowu mam problem przepychu w szafie, w dodatku nie wiem, co mi się przyda, a co nie. Większość rzeczy nadaje się do wyrzucenia, ale lada dzień zostanę matką i wiem, że mnóstwo ciuchów ulegnie zniszczeniu podczas karmienia (więc może lepiej zostawić te dwa, stare, zniszczone swetry???) lub ubrania, których nie nosiłam, mogę zacząć nosić, bo łatwiej będzie w nich przystawić dziecko do piersi... Z drugiej strony dobrze mieć jakieś ubrania na wyjście z domu (nie stare dresy i rozciągnięty podkoszulek), najlepiej coś wygodnego i praktycznego, ale też takie, w których będę mogła wrócić do pracy (pracuję w biurze, gdzie panuje niewymuszona elegancja). Podsumowując, potrzebowałabym 3 szafy na każdy rodzaj ubrań. Nadal szukam pomysłu i inspiracji, by jakoś tą garderobę zorganizować. Olga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę podpowiedzieć jako świezo upieczona matka - karmię od 2 miesięcy - ciuchy się nie niszczą w czasie karmienia! ważne, zeby mieć do karmienia rzeczy rozciągliwe, tzn z dzianin i dwuczęsciowe, bo w sukience jest trudno;) chyba ze rozpinanej głęboko. i tyle - nie demonizowałabym karmienia od tej strony:). pozdrawiam
      Marta

      Usuń
    2. Dziękuję ślicznie za odpowiedź i radę. Jutro w planach mam przegląd ubrań i segregację, więc wezmę w/w wskazówki pod uwagę :) Pozdrawiam, Olga

      Usuń
    3. Dziękuję Marto, że pomogłaś. Nie mam doświadczenia w kwestii karmienia, więc nie umiałabym udzielić wiarygodnej odpowiedzi.
      Natomiast co do rzeczy zniszczonych - moim zdaniem w żadnej garderobie nie powinno być na nie miejsca. Owszem, można mieć jeden zestaw przeznaczony do wyjątkowo brudzących czynności, ale to wystarczy.
      To, co da się naprawić lub przerobić czy odświeżyć, a chciałoby się jeszcze nosić, poddać poprawkom, resztę wyrzucić. Trzymanie w szafie ubrań, które są tak zniszczone, że nikomu by się w nich człowiek nie pokazał, niczemu nie służy.
      A 3 szafy? Chyba żadna kobieta nie potrzebuje tylko jednego rodzaju ubrań. Każda z nas potrzebuje czasem wyglądać bardziej formalnie, czasem bardziej na luzie, na każdym etapie wymaga się odpowiedniego poziomu wygody. Więc w ramach każdej garderoby mamy kilka zespołów ubrań spełniających różne potrzeby. Nie musi to wymagać wielkiej ilości odzieży. Niektóre elementy będą wykorzystywane w ramach wszystkich zbiorów, niektóre będą przypisane tylko do jednego celu.
      Tak czy owak jako mama maleństwa przez pewien czas pewnie będziesz miała inne sprawy na głowie, ale może w międzyczasie uda Ci się jednak znaleźć jakiś pomysł na swoją szafę. Trzymam kciuki i życzę zdrowia Tobie i maluszkowi :)

      Usuń
  3. U mnie również wielkie porządki, doszłam do takich samych wniosków, że czas najwyższy wymienić garderobę. Tzn. pomniejszyć ją o rzeczy, które nie prezentują się zbyt dobrze. Oczywiście z kupowaniem nowych rzeczy jeszcze się wstrzymuje, ze względu finansowych, ale nareszcie w mojej szafie jest nieco luzu i powietrza. Chociaż trochę dziwne uczucie widzieć o połowę mniej rzeczy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, uczucie trochę dziwne, ale można się przyzwyczaić :)

      Usuń
  4. Dzisiaj właśnie po raz pierwszy poszłam na zakupy świadoma. Te cholerne jedne jeansy mi się rozwaliły. Wycofali je niestety. Wyszłam bez jeansów. Ale z takim poczuciem, że nie kupiłam byle czego, tylko dlatego, że jako tako leżało.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Stello, gratuluję! Dobry początek :)

      Usuń
  5. O jak dobrze wiedzieć, że komuś się udało:) Ja obecnie dołuję, na różnych płaszczyznach, więc jakieś pocieszenie mi się przyda. Ale co z modą? Co z odrobiną szaleństwa? Całkiem taką potrzebę ze swojej głowy wyrzuciłaś, czy pozwalasz sobie na tę odrobinę zapomnienia i posiadanie czegoś całkiem "od czapy"?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mody nigdy szczególnie nie śledziłam, ale nie jestem na nią zupełnie obojętna. Raczej stawiam na indywidualizm z modnymi akcentami. Natomiast rzeczy "od czapy" nie mam zupełnie. Ani nie ma miejsca na odrobinę szaleństwa, czyli nieprzemyślane zakupy. Zbyt wiele było tego w przeszłości.

      Usuń
    2. No tak, przychodzi taki moment, że człowiek chce już tylko ładu, spokoju, tego minimum - przy tym odpoczywa. Rozumiem Cię:)

      Usuń
  6. Gratuluję i czekam na ciąg dalszy tego wpisu. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Witam, przed paroma godzinami trafiłem na ten blog i jestem pod dużym wrażeniem. Kilkakrotnie spotkałem się z opinią, że jestem sknerą. Mam dobrze płatną pracę, która sprawia mi przyjemność i nie potrzebuję drogich materialnych zabawek by czuć się lepszym i szczęśliwszym. Ostatnio gdy w gronie znajomych stwierdziłem że nie potrzebuję nowego samochodu bo mój jeszcze całkiem dobrze się trzyma (15 letni) to wszyscy myśleli że żartuję. Nie gonię za najnowszymi tabletami, drogimi ciuchami itd. Mam wszystko czego mi potrzeba i mimo że na koncie co miesiąc zostaje spora suma to właściwie nie sprawia ona że jestem szczęśliwy. Fakt posiadanie pieniędzy potrafi być przyjemne, ale ja osobiście często zastanawiam się co tak właściwie z nimi zrobić ? No bo kupienie jakiejś fajnej drogiej "zabawki" będzie przyjemne ale tylko przez chwilę po jakimś czasie ów przedmiot się znudzi i znów człowiek pragnie czegoś innego. Pieniądze są ważne i bez nich nie da się funkcjonować w dzisiejszym świecie, jednak wielu ludzi zapomina że tak na prawdę to nie one świadczą o tym kim jesteśmy i czy czujemy się szczęśliwi i spełnieni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy, bardzo fajna wypowiedź, podoba mi się Twoja postawa. W przyszłości będzie jeszcze fajniej, jeśli nie zapomnisz się podpisać :) Pozdrawiam i mam nadzieję, że jeszcze się tu zobaczymy!

      Usuń
  8. Ja też stykam się z podobnym problemem - był taki okres, że naprawdę nie miałam w co się ubrać, bo wszystko było brudne (a piorę przynajmniej raz w tygodniu). Letnia garderoba u mnie też się dosyć szybko podniosła po eksterminacji, gorzej z zimową. Długo nosiłam przede wszystkim sukienki (jakieś 90% ubrań w szafie), więc praktycznie nie posiadałam bluzek, które mogłabym założyć do nowo kupionych rok temu dżinsów. Z problemem "gór" borykam się do dzisiaj, zamierzam się z nim jednak na tych wyprzedażach ostatecznie uporać.
    Mimo tego, że staram się bardzo uważać, co kupuję i kupować rzadko, to do mojej szafy znowu wkradł się mały chaos i niemamsiewcoubrać nachodzi mnie tylko, gdy mam doła, ale wtedy nie wiem, czego chcę na wielu innych polach ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Eksterminacja" to dobre określenie. Ciekawe, że letnią garderobę było łatwiej odbudować. Ale zimowo-jesienną zawsze miałam problem. Może dlatego, że w zimie jakoś czuję się gorzej ze sobą, przez tę ilość rzeczy, które trzeba na siebie włożyć. Teraz pracuję nad tym, by nie łapać przez to doła, ale nauczyć się dobrze czuć także w czapce, ciepłej odzieży i butach śniegowcach ;-)

      Usuń
  9. Na samym początku Gratuluję Ajko takiego wyniku. Masz dobraną garderobę do okoliczności, tyle ile trzeba. To musiało być niezłe wyzwanie dla kobiety.

    Ja w temacie garderoby nie jestem obeznany, lecz zauważyłem ostatnio, że posiadając stosunkowo mało ubrań mam problem z ich różnorodnym skomponowaniem. Nasunęła mi się myśl, że gdybym miał inną pracę to nie musiałbym codziennie wymyślać czegoś nowego. Przykładem jest mój szwagier, na którego złości się moja siostra mówiąc dlaczego Ty zakładasz takie fatalne rzeczy do pracy i w dodatku potrafisz w nich iść kilka razy. Jego odpowiedź daje do myślenia. W domu zakładam ubranie, po 15 minutach przyjeżdżam do pracy i się przebieram w ubranie robocze, pracuję kilka godzin i znów z powrotem, więc nosiłem te ubranie zaledwie 30minut.
    Jego argument jest trafny, nikt go nie ocenia w pracy jak przyszedł ubrany itp.
    Mnie ciekawi kwestia kompozycji ubrań, gdyż już nie raz słyszałem, że przecież tą samą koszulę miałem w zeszłym tygodniu. Pracuję w śród ludzi, do tego typu uwag nie przywiązuję wagi, lecz nie raz słyszałem, że można tak komponować ubrania i dodatki by każdego dnia wyglądać inaczej a nie posiadając masy rzeczy. Jeżeli się mylę to proszę poprawcie mnie, gdyż ja patrzę z punktu widzenia mężczyzny.

    Może kiedyś taki wpis się pojawi. Póki co ja mam spokojne podejście, ważne abym był czysty i pachnący a nie...

    Pozdrawiam Bartosz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moda męska to chyba zupełnie inny temat. A może podobny, bo ciągle chodzi o to samo?
      Na Twoim miejscu zerknęłabym do klasyki modowych blogów męskich, np. topowy MrVintage. On stawia na elegancję w klasycznym wydaniu, ale niektóre kompozycje są świetne. No i czytelnicy - odnoszą się w komentarzach, sugerują itd.

      Usuń
    2. Phi... ponieważ mam mało ubrań, potrafię przyjść dwa razy w tym samym w ciągu jednego tygodnia :) I nigdy nie słyszałam żadnych uwag na ten temat pod swoim adresem. Być może inni komentują mój ubiór poza moimi plecami albo po prostu tylko w myślach, ale mam to w trąbie :)
      Może kiedyś dorobię się większej ilości ciuchów, ale pewnie będzie to trwało długo, zważywszy na to, jak często odwiedzam sklepy.

      Maga

      Usuń
    3. Mari Dziękuję za podpowiedź. Już zerknąłem i faktycznie niektóre zestawienia tam są bardzo ciekawe. Jestem pod wrażeniem ile prowadzący musi mieć ubrań. Dziękuję

      Magdo niestety ja już usłyszałem tego typu uwagi, może ktoś wolał mi to powiedzieć prosto w oczy niż za plecami. Ja się tym nie przejąłem, a może jednak skoro to pamiętam...

      Już od dawna chciałem wymienić swoją garderobę na inną, coś w życiu zmienić, może najwyższa pora to wprowadzić w życie.
      Pod warunkiem że inne moje rzeczy przekażę dalej.

      Pozdrawiam Bartosz

      Usuń
    4. Bartoszu, a może po prostu zamiast wymieniać, wystarczyłoby nieco poszerzyć garderobę, tak, by było łatwiej komponować różne zestawy? Czasem wystarczy dosłownie kilka elementów. Pozaglądaj na blogi o męskiej modzie, jak podpowiadany wyżej Mr Vintage albo Macaroni Tomato, np. taki wpis:
      http://macaronitomato.com/themagazine,203,7-krokow-do-lepszego-stylu
      Życzę dobrej zabawy i powodzenia!

      Usuń
  10. OK, nadszedł ten czas. W tym tygodniu robię coś ze swoją szafą. Szafsko mam masywne, całościenne, trzydrzwiowe, wypchane po brzegi skłębioną bezładnie masą dóbr. W efekcie żyję w tym, co ściągnę ze sznurka w łazience.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nino, zdaj proszę relację, gdy skończysz. Ciekawa jestem efektów.

      Usuń
  11. Twoje notki zawsze dają mi wiele do myślenia! Tym razem to chyba była telepatia ;) - oczywiście niemożliwe, ale... dokładnie w sobotę i w niedzielę otwierając szafę doznałam okropnego uczucia "Jejku, ile mam tych ubrań w szafie! Kiedy ja to wszystko włożę?" Natychmiast zapaliło się w mojej głowie czerwone światełko, że niestety, ale przynajmniej dwóch - trzech rzeczy nie włożę już nigdy i noszę się od dwóch dni z zamiarem pozbycia się ich.
    Wydaje mi się Ajko, że przy zmianie garderoby poza naprawdę dobrym poznaniem siebie w grę wchodzą jeszcze dwie kwestie: zmieniający się wiek i zmieniająca się figura. Wiek wymusza moim zdaniem zmianę sposobu ubierania. Wiem, że powinno się wybierać ubrania klasyczne i ponadczasowe, ale ciężko mając 20kilka lat ubierać się bardzo klasycznie ;) Poza tym z wiekiem również zmienia się figura i wymusza ona korekty w garderobie. Dlatego dobrze, że czasami ubrania się niszczą ;) z drugiej strony - szkoda, zwłaszcza jak się coś już upatrzyło i nosiło z zadowoleniem i wygodą
    Gratuluję konsekwencji :)
    Agnieszka Kulawczyk

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agnieszko, masz rację co do wieku i figury, chociaż myślę, że najważniejsza jest ta druga. Oczywiście nawet świetna figura w wieku 60 czy 70 lat nie oznacza, że będzie się wtedy zakładać ciuszki nastolatki.
      W Polsce niestety widzę taką tendencję, że panie "w pewnym wieku" ubierają się jakby już nic dobrego nie miało w życiu ich spotkać, nawet wtedy, gdy ich sylwetce nie można niczego zarzucić. Szaro-bure i bezkształtne worki. Smutny widok.
      Ubrania klasyczne i ponadczasowe - tak, ale jednak fajnie je czasem czymś ożywić.

      Usuń
  12. Ajko, czy mogłabyś podać tytuł oryginału książki Gok Wan'a "Jak dobrze wyglądać nago," o której piszesz w linkowanym poście? Szukam jej w Kindle store i przynajmniej dwie teoretycznie mogą być tą książką, ale wolałabym wiedzieć na pewno. Z góry dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zignoruj powyższy komentarz, tytuł oryginału to "How to Look Good Naked" i nie ma go w wersji oryginalnej na Kindle ani w wersji ebook po polsku. Szkoda!

      Usuń
    2. No właśnie, szkoda, że akurat tej nie ma w wersji elektronicznej.

      Usuń
  13. Ja osiągnęłam już moje minimum w garderobie. Postawiłam na surowość: czarny, czerwony, granatowy. Wiem, że w innych kolorach mogłoby mi być lepiej, ale nie mam jeszcze zdolności urozmaicania. Tak myślę. Stąd też taka nieodparta potrzeba ciągłego poszukiwania. A może znajdę coś jeszcze.
    Moja szafa jest mała, ubrania zimowe i przejściowe (oprócz wizytowych) zajmują powierzchnię jakieś 80*100. Cieszy mnie, że to tak mało. Wpadam jednak czasami w skrajny myślowy radykalizm, w którym chciałabym mieć dwie spódnice, dwie pary spodni i cztery bluzki. Jest jednak we mnie ta druga kobieta, która chce urozmaiceń i czegoś nowego.To dla niej maksymalne oczyszczenie garderoby byłoby okazją do poszukiwania i przynoszenia do domu czegoś nowego, najpewniej lepszego, bo new is always better.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mari, też wpadam czasem w radykalizm, ale z drugiej strony budzą mnie wtedy problemy wspomniane problemy z praniem :) Rozumiem natomiast Twoje obawy, właśnie dlatego bardzo zwlekałam z odbudowywaniem garderoby po "eksterminacji". Bałam się, że znowu wpadnę w nałóg kupowania.
      Zdolność urozmaicania bez popadania w przesadę przychodzi z czasem i doświadczeniem. Jak większość umiejętności.

      Usuń
  14. Ja wciąż nie mogę powiedzieć, że moja szafa jest już taka, jak bym chciała, ale dziś o stopień lepsza, bo przeszła kolejny gruntowny przegląd :-) Również za sprawą Twojego posta, jak też inspiracji do styczniowych porządków :-)Podlinkowałam go dziś u siebie. Dziękuję i pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marto, dziękuję, zaglądałam do Ciebie i będę zaglądać. Życzę powodzenia w dalszym porządkowaniu!

      Usuń
  15. Gdzie kupić ubrania naprawdę dobrej jakości? Obecnie staram się zbudować na nowo moją garderobę, kompletuję rzeczy, które będą do siebie i do mnie pasowały. W tym czasie część moich względnie nowych ciuchów ulega zniszczeniu, rozciągnięciu w praniu, zmechaceniu... Muszę się ich pozbywać i kupować na nowo. Wiem już, że nie ma co sugerować się ceną, bo droższe ubrania wcale nie są trwalsze. Mam wrażenie, że kupienie czegoś na dłużej to heroiczny wyczyn. Że już nie wspomnę o etyce w kupowaniu (marzy mi się kupowanie polskich ubrań świetnej jakości, a tak trudno je znaleźć). Z tego powodu nie mam w szafie prawie nic i jestem coraz bardziej zniechęcona do zakupów.

    Ponieważ jestem na etapie poszukiwania swojego stylu i jeszcze do końca nie wiem, jak chciałabym się ubierać, zapytam też o inspiracje. Polecicie jakieś blogi o modzie kobiecej? Przeglądanie magazynów to mało, prawie nic mi się nie podoba, a może mam takie wrażenie, bo brak mi pomysłów, co z czym zestawić.

    Dzięki za arcyciekawy blog!

    Pozdrawiam
    Wioletta

    OdpowiedzUsuń
  16. Już wiem, co będę robić jutro :) Dziękuję !

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Jeszcze prościej

To, że ostatnio rzadko poruszam na blogu temat minimalizmu, nie znaczy, że przestał być dla mnie ważny. Jest nadal istotny, ale w inny sposób niż wtedy, gdy wprowadzałam największe zmiany w swoim życiu i przestrzeni osobistej. Pisałam o tym we wpisie Procesy w tle
Po ośmiu latach mówienia i pisania o nim czuję przesyt. Nie mam już ochoty czytać książek ani blogów związanych z tym tematem. Nie twierdzę, że nie warto, bo wiele mądrych treści wciąż powstaje, jedynie ja nie mam już potrzeby dalej drążyć tych kwestii.

Nadal bardzo istotna jest dla mnie prostota, coraz ważniejsza. To raczej już nie ulegnie zmianie, bo zawsze ją lubiłam, a z czasem stała się dla mnie myślą przewodnią. W każdej dziedzinie życia. Prostota wypowiedzi, przekazu, formy i treści. W estetyce i ubiorze. W wystroju mieszkania. Na talerzu - bardzo istotna. Prostota i skuteczność rozwiązań - w pracy, nauce, komunikacji. Nie zajmują mnie natomiast zbytnio sprawy ilości rzeczy i zajęć, które na pewnym etapie były tak …

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.

Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 
Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, ż…