Przejdź do głównej zawartości

Wychodzenie z nałogu

W ostatnim wpisie zapowiadałam wyjaśnienie, dlaczego odbudowanie garderoby po, jak to określiła jedna z Czytelniczek, jej „eksterminacji”, zajęło mi kilka lat i wciąż jeszcze trwa. Zacznijmy jednak od tego, że wcale nie jestem dumna z faktu, że do takiej czystki w szafie kiedyś musiało dojść. Wręcz przeciwnie, jest mi z tym raczej niefajnie. Szczególnie teraz, z perspektywy czasu, gdy przypominam sobie tamte ubrania, jak często były zupełnie bez sensu. Ileż pieniędzy w ten sposób zmarnowałam! Pieniędzy, czyli czasu i energii życiowej, które poświęciłam, by je zarobić. Ta świadomość boli. 


The third fox
Chciałam tutaj Was ostrzec, by nie podejmować tak drastycznych działań, jeśli nie jest się pewną, czy będzie się w stanie narzucić sobie później odpowiednią dyscyplinę i zachować konsekwencję. W przeciwnym wypadku może się to bowiem skończyć ponownym bezsensownym wypełnieniem szafy. Pusta szafa będzie kusić i zachęcać do tego, by kupować, a kupować lub w inny sposób gromadzić ciuchy jest teraz przecież naprawdę łatwo. Nawet jeśli nie ma się zbyt zasobnego portfela. Są przecież sklepy z używaną odzieżą, bazarki, wymianki, wyprzedaże... 


To jedna z przyczyn, dla których zachowałam wielką ostrożność po tym „dobiciu do dna”. Bałam się, że jak alkoholik, który tylko poczuje zapach wódki, może wpaść w ciąg, tak i ja, zakupoholiczka na odwyku, znowu wpadnę w otchłań nałogu. Dlatego potrzebowałam czasu. Długo, długo unikałam spacerów po centrach handlowych (między innymi dlatego zaczęłam kupować spożywkę przez internet), w internecie też poruszałam się z wielką uwagą. Widziałam, co się dzieje ze mną po przeglądaniu blogów szafiarskich albo zawieruszeniu się gdzieś w głębinach odzieżowego allegro. Pojawiały się myśli i obrazy ubrań, które muszę mieć. Butów (odwieczna słabość). Torebek. Innych akcesoriów. Pamiętam, jak trafiłam na allegro na sprzedawczynię, która miała mój rozmiar odzieży ORAZ obuwia. ORAZ podobny gust do mojego. I sprzedawała mnóstwo pięknych rzeczy, najwyraźniej miała jakieś dobre źródło zaopatrzenia za granicą. O mały włos wpadłabym w ciąg. Poczułam czystą... 

Unikałam więc pokus. Wszak okazja czyni złodzieja. Trzeba było przejść przez odwyk czy post. Nie mam doświadczenia w kuracjach odwykowych, ale post odbyłam dobrych parę razy w życiu i wiem, że najtrudniej jest w dwóch momentach. Na początku, zanim przestanie się odczuwać głód. Co następuje dość szybko, jeśli tylko nikt nie podtyka Ci pod nos świeżo upieczonego chleba z masłem albo nie pokazuje apetycznych ciastek z kremem. Kolejną próbą jest tak zwane wychodzenie z postu, czyli ten moment, gdy znowu zaczyna się jeść. Najlepiej, gdy post przerywa się wtedy, gdy samoistnie wraca uczucie głodu. Organizm mówi, że to już. Najlepszy numer, że wprawdzie znowu czuje się głód, ale skurczony żołądek na szczęście nie przyjmie zbyt wielkich porcji jedzenia i zaspokaja się niewielką częścią tego, czego domagał się przed postem. Mimo wszystko trzeba jednak zachować ostrożność, by nie obciążyć go za bardzo. Bo się zbuntuje.

Z ciuchami było podobnie. Nie mogłam bez końca unikać ich kupowania, bo nie da się na dłuższą metę normalnie funkcjonować wśród ludzi z niemal pustą szafą, będąc osobą zajmującą się różnymi rodzajami działalności. Trzeba było wreszcie zacząć kupować na nowo. Jednak nie miałam na to zbytniej ochoty. Towarzyszył mi lęk, że przesadzę, znowu zacznę zbyt pochopnie wydawać pieniądze. Wrócą stare nawyki, dawne słabości. Szafa zapełni się na nowo i znowu nie będę miała co na siebie włożyć, mając masy szmat. 

Na szczęście okazało się, że w międzyczasie zrobiłam się okropnie wybredna. Czas zakupowego postu wykorzystywałam przecież między innymi na rozmyślanie o wcześniejszych błędach. Uczyłam się siebie, swoich potrzeb, swoich mocnych i słabych punktów urodowych, zasad dobierania odzieży do sylwetki, zmieniało się moje podejście do kolorów (nie tylko w szafie, także we wnętrzach). Wobec tego zakupy stały się dla mnie poważną sprawą, czasem ważnych decyzji. Powtarzałam sobie: metki, głupczyni! Czytaj metki! Oglądaj szwy i wykończenia. Sprawdzaj miejsce produkcji. Daj sobie dużo czasu na przymiarkę. W przypadku wątpliwości lub niezdecydowania po prostu odwieś ciuch i wyjdź ze sklepu. Nawet jeśli przymierzyłaś piętnaście innych i sprzedawczyni wygląda na niezadowoloną. Nie kupuj tylko dlatego, że coś ci się podoba. To jeszcze nie powód. Nie wystarczy.

I przestałam się bać. Nie boję się powrotu uzależnienia od zakupów. Wiem za to, że muszę zachowywać ostrożność, jak każdy konsument, bo różne pułapki marketingu czyhają na każdym kroku i łatwo dać się złapać. Jestem tylko człowiekiem, zawsze mogę popełnić błąd. Kupić jednak coś, czego nie potrzebuję, co do mnie nie pasuje. Ale to są pojedyncze, drobne wpadki, nie lawina pomyłek i głupich decyzji. 

Znacie więc jeden z powodów, dla których cały ten proces wymagał tyle czasu. Leczenie musiało trochę potrwać. 
O kolejnych powodach napiszę w następnym wpisie. Taki miniserial. 


Popularne posty z tego bloga

Generalne porządki metodą minimalistki

Chciałabym, żeby blog i kanał na YouTube przestały być odrębnymi bytami i zaczęły wzajemnie się uzupełniać. Będę starać się, by każdemu opublikowanemu materiałowi wideo towarzyszył tekst, który będzie jego dopełnieniem. 
Dzisiejszy wpis jest dodatkiem do materiału pod tym samym tytułem, który możecie obejrzeć tutaj:

Opowiadam w nim o moim pomyśle na uproszczenie generalnych porządków. Uważam, że raz na jakiś czas dobrze jest zrobić taki pełen przegląd domu lub mieszkania, zajrzeć w każdy zakamarek, sprawdzić stan posiadania. Jednak trudno byłoby mi wygospodarować cały weekend czy kilka dni, a przecież takie bardzo dokładne porządki wymagają sporo czasu. Są też dość wymagającym procesem pod względem psychicznym, emocjonalnym, bo porządkując, trzeba podejmować szereg mniejszych i większych decyzji. Czego się pozbyć, w jaki sposób, co zostawić, jak zorganizować i poukładać te rzeczy, które zdecydowaliśmy się zatrzymać. 
Pomyślałam więc, że najłatwiej będzie to duże zadanie podzielić na …

Metoda Konmari to nie minimalizm

Wpis jest uzupełnieniem materiału wideo zamieszczonego w serwisie YouTube, który można obejrzeć tutaj: 

Książkę Magia sprzątania Marie Kondo przeczytałam cztery lata temu, o moich wrażeniach możecie przeczytać we wpisie pod tym samym tytułem. Odebrałam ją pozytywnie, ale samej metody nigdy nie stosowałam, bo nie miałam takiej potrzeby, o czym zresztą pisałam w tamtej recenzji. Na dobre w głowie z tej lektury pozostała mi jej myśl przewodnia: poszukiwanie radości w rzeczach i eliminowanie zbędnych przedmiotów w oparciu o kryterium: co chcę zostawić, zamiast stosowanego zwykle przez minimalistów: czego nie potrzebuję i czego chcę się pozbyć. Książki szybko się pozbyłam i nie myślałam o niej więcej.
Dopiero niedawno, gdy coraz częściej docierały do mnie opinie na temat wyprodukowanego przez Netflix serialu Sprzątanie z Marie Kondo(dostępny z polskimi napisami), pomyślałam, że warto byłoby sobie wyrobić własne zdanie na temat tej serii programów, nawet jeśli sama metoda sprzątania Konmari…

Kolorowa szafa minimalistki - także na wakacjach

Ostatni wpis z połowy czerwca. Aż trudno uwierzyć. Jednak to prawda. Nie chcę Was zamęczać tłumaczeniami, dlaczego tak długo milczałam. Niedługo minie pół roku od śmierci Taty. Ostatnie miesiące wbrew pozorom były nie tylko czasem smutku, ale przede wszystkim czasem ważnych zmian w życiu naszej rodziny, częściowo wymuszonych przez odejście Taty, a częściowo przez nią sprowokowanych (?), a może tylko przyspieszonych. Kilka z tych zmian jest naprawdę pozytywnych, dotyczą głównie życia mojej Siostry. W skrócie napiszę tylko, dla tych z Was, którzy zawsze trzymali za nią kciuki (wiecie, że Ula jest osobą niesłyszącą), że Sister zmieniła pracę i na razie jest bardzo zadowolona. A my cieszymy się, że jest doceniana i że ma szanse na rozwój i lepszą jakość życia.
Bałam się, że nie będę umiała już pisać tutaj. Jednak z tym jest chyba jak z jazdą na rowerze. Wystarczy usiąść i zacząć, a reszta idzie już sama...
Oprócz tego, że dużo działo się różnych rzeczy, które wymagały mojej uwagi czy wsp…