Przejdź do głównej zawartości

Marmur na wieszaku

W poprzednich wpisach opowiadałam Wam o swoich przygodach związanych z kompletowaniem garderoby i o leczeniu się z zakupoholizmu. Ważnymi elementami tego procesu był długotrwały post zakupowy, znaczne ograniczenie ilości posiadanych ubrań, a nawet, nie bójmy się tego słowa, przez pewien czas także wręcz ascetyczne podejście. Część wniosków już znacie. Wiecie, że wypracowałam sobie strategie kupowania oraz że wolę mieć mniej rzeczy, ale za to dobrej jakości. I że za podstawę doboru strojów uważam poznanie siebie, zarówno pod względem zewnętrznym (sylwetka, kolorystyka, tryb życia), jak i wewnętrznym (upodobania, oczekiwania w stosunku do wyglądu i stroju). Te konkluzje są dość oczywiste, nic odkrywczego. 

Coś mnie jednak zaskoczyło. Ostateczny rezultat odbiega w znacznym stopniu od początkowych wyobrażeń o tym, jak będzie wyglądała moja szafa, gdy już poznam siebie od tej „odzieżowej strony” i swoje prawdziwe potrzeby w tej dziedzinie. Gdyby zajrzeć do takich moich wpisów o tym, co w szafie mieć bym chciała, z 2010 r., jak Szafa minimalistki i Le relookage. Podstawy szafy, i porównać je z tym, co obecnie rzeczywiście w mojej garderobie się znajduje, owszem, znajdą się punkty wspólne, ale różnic jest sporo. I jeśli chodzi o kolorystykę, i o fasony oraz rodzaje odzieży, ale też ogólny styl. Nie jest aż tak bardzo klasycznie. Wysokich obcasów o wiele mniej. Biżuteria znacznie ograniczona. Czerwony i wściekły róż w defensywie, podobnie jak czerń i biel. Za to jest turkusowy, szmaragdowy, rudości, rozmaite szarości, sporo granatowego, a nawet czekoladowy brąz. Nie ma bluzek koszulowych ani spodni z kantem, ani swetra kaszmirowego, spódnice w zaniku. Królują sukienki. I dżinsy. Doszłam nawet ostatnio do rewolucyjnego (mruga okiem) wniosku, że potrzebuję więcej niż jednej pary dżinsów. Na razie dwóch, ale kto wie, co przyjdzie z czasem. Ach, i mam więcej niż jedną torebkę, chociaż zazwyczaj chodzę z tą najbardziej ulubioną. 


Fakt, że odeszłam dość daleko od początkowych założeń (a także wytycznych np. pani Loreau), oznacza moim zdaniem, że dość dobrze udało mi się odrobić lekcję z poznawania siebie. Dałam sobie odpowiednio dużo czasu, by udało się otworzyć, wsłuchać w siebie, przyjrzeć temu, co działa, a co nie. Co lubię. Dostrzec na przykład, że spódnice i bluzki koszulowe jednak nie należą do moich ulubionych elementów garderoby (i nigdy nie należały), że kostiumy na tym etapie życia są mi zupełnie niepotrzebne. A niegdyś uwielbiane kolory przestały sprawiać oku przyjemność. 

Wyobrażałam sobie też kiedyś, że raz skompletowana garderoba pozostanie ze mną na zawsze. Znajdą się w niej ponadczasowe klasyki, które będą służyć mi aż do swojej albo mojej śmierci. Ich listę wyryję na marmurowej płycie, którą wmuruję w ścianę sypialni. 

Jednak życie to ciągła zmiana. Zmieniają się potrzeby, okoliczności, upodobania i możliwości. To, co było przydatne i lubiane pięć lat temu, może być nieadekwatne za kolejnych pięć, a może nawet już teraz. Garderoba wypełniona samą nieśmiertelną klasyką nie tylko byłaby nudna jak szprotka w oleju sojowym, ale też niefunkcjonalna. 
Kilka nieśmiertelników na pewno warto mieć. U mnie to mała czarna (z żakietem), granatowy prochowiec, jesienno-zimowy płaszczyk. I pewnie jeszcze parę. Reszta jednak przychodzi i odchodzi, zużywa się, spiera, przestaje być potrzebna, bo ulegają zmianie wspomniane okoliczności dziejowo-życiowe. Pojawiają się inne konieczności, związane z trybem życia i upodobaniami (wspomniane u mnie dodatkowe dżinsy). 

Morał tej historii? Warto dać sobie czas na zrozumienie siebie i nie ma co narzucać sobie ścisłych wytycznych co do tego, co w naszej szafie ma się znaleźć. Czas sam pokaże. I być może nas zaskoczy. To nie wyklucza długoterminowego planowania zakupów ani tworzenia strategii. Oznacza jedynie, że te plany i strategie trzeba poddawać ciągłemu dostosowywaniu do zmieniających się warunków i potrzeb. 

Komentarze

  1. Prawda. To co dziś kupię, za rok wyrzucę bo stwierdzę, że w tym kolorze to mi nie ładnie. Ja ciągle uczę się tego w czym mi dobrze, w jakim fasonie, kolorze, materiale. Myslę, że to niekończąca się lekcja. W końcu kobieta zmienną jest.

    OdpowiedzUsuń
  2. no tak.
    ale może ja mam pstro w głowie ;-) ale są u mnie rzeczy, które są takimi evergreenami.
    że męczę je od kilku lat, i mnie się nie nudzą.

    choć nie ukrywam, że są i takie, które mają swoje święto tylko w jednym sezonie, czy góra dwóch.
    to naprawdę bywa różnie.

    chociaż fakt, czasem z wejścia ciężko coś ocenić.
    parę razy, dawno temu, się mnie zdarzyło nabyć coś bez większego przekonania- a obecnie po prostu np. danej spódnicy mogłabym nie ściągać ;-)

    myślę, że czasem takie szaleństwo też jest potrzebne.

    bo gdy wybieram coś w założeniu bardzo przemyślanego i bardzo zdecydowanego- czasem gdzieś z tyłu głowy czai się myśl, czy mimo wszystko- to coś szybko mi się nie znudzi.
    jakoś tak nie ma reguły. trzeba na wyczucie i psi węch ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz Vero, ja też mam takie evergreeny i nieśmiertelniki, nawet sporo. Chodziło mi jedynie o to, że samej nieśmiertelności w szafie mieć się nie da, musi być jakaś przestrzeń na zmiany i dostosowania.

      Usuń
  3. Napisałaś, że zmieniłaś kolory - z dość surowej czarno-białej tonacji na bardziej kolorową i stonowaną zarazem. Pomyślałam sobie, czytając te słowa, że może akurat kolory, które wybieramy, bywają sezonowe, ale nie mam tu na myśli lata i zimy. Chodzi mi raczej o "sezony" w naszym życiu: dłuższe okresy wyznaczane odmienną aktywnością i nastrojem. Na przykład sama długo nosiłam się prawie na czarno i to mi pasowało, potem zmieniłam garderobę na barwy jesieni, trochę pod wpływem analizy kolorystycznej, a trochę jednak... z powodu zmian w życiu. Uspokojenia się, wyciszenia, nie potrzebowałam już takiej surowej garderoby. Kontynuując nadawanie garderobie wyższych, egzystencjalnych znaczeń (;)) pokusiłabym się o stwierdzenie, że to bardziej fasony określają nasz styl. Mam 25 lat, "minimalizuję" świadomie od trzech, ale kiedy doszłam do wyznaczenia swojego stylu okazało się, że jego bazowe elementy - ciężkie skórzane buty, dżinsy i kurtki zamiast słodkich rozpinanych sweterków - nosiłam już jako siedmiolatka! Należałam do tych trudnych dzieci, które awanturniczo broniły swojej indywidualności od przedszkola niestety ;) I choć przechodziłam różne etapy garderobiane, o których dzisiaj oczywiście wolałabym nie pamiętać, to zatoczywszy koło doszłam w końcu do wniosku, że obcasy, spódnice i biżuteria to nie dla mnie. Chociaż z ciekawością czekam, co jeszcze przyniesie mi przyszłość nie tylko pod względem stylowym, to wydaje mi się, że pewne formy, fasony i elementy zostaną już ze mną na stałe. Zbyt mocno są wrośnięte w charakter :-)

    A wiele z tych powyższych wniosków mogłam wyciągnąć dzięki odnalezieniu Twojego bloga, Ajko, w styczniu 2011 roku, więc pisz proszę częściej i nie każ nam za długo na siebie czekać ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polly, myślę, że masz rację, zarówno co do kolorystyki, jak i fasonów. Zmiana barw u mnie, podobnie jak u Ciebie, wynika z ogólnego wyciszenia, poczucia, że nie muszę się już rzucać w oczy czernią lub czerwienią, mogę to robić na inne sposoby ;-)
      A fasony kocham wciąż te same, i ciuchów, i obuwia, tu od lat wiele się nie zmienia.
      Dziękuję za zachętę do pisania, postaram się sprostać oczekiwaniom :) Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Ja się czuję zupełnie inaczej w tej chwili - tak bardzo potrzebuję zasad, tak bardzo chcę się pozbyć tego balastu i myślenia o modzie, że wykonam ostateczny krok i zbiorę się jeszcze w sobie, żeby narzucić sobie pewne reguły, które mam wrażenie mnie super odciążą. Mam nadzieję, że po tym wszystkim nie wrócę do miejsca z którego wystartuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mario, bardzo jestem ciekawa, jak to będzie u Ciebie wyglądać. Myślę, że po prostu ten etap, na którym Ty jesteś teraz, mam już za sobą. U mnie to właśnie był mniej więcej 2010 r., kiedy musiałam narzucić sobie ostrą dyscyplinę, by ogarnąć chaos, w którym się pogrążyłam wcześniej. Teraz mogę sobie pozwolić na większy luz, co nie oznacza, że nie stosuję się do wyznaczonych sobie kiedyś zasad. One są bardzo mocnym fundamentem, ale w szczegółach daję sobie więcej swobody.

      Usuń
    2. Po prostu możesz już sobie na to pozwolić i się nie zgubić:)

      Usuń
  5. Chciałabym mieć w szafie tyle ubrań, abym była w stanie w przeciągu dwóch tygodni założyć wszystkie - wiem, to brzmi jakbym miała dużo rzeczy (plus kilka sztuk na specjalne okazje - np. wspomniana mała czarna lub spodnie w kant), ale z reguły jest tak, że łapię fazy i potrafię 3-4 dni przechodzić w jednym zestawie (np. jeansy i sweter) zmieniając dodatki, makijaż.
    Obiecuję sobie, że od wiosny znowu zwrócę większą uwagę na to, co noszę i jak noszę - na wymyślne dobieranie strojów, na bawienie się ubraniami, dodatkami. Jednocześnie właśnie ograniczając ilość rzeczy, by móc nimi lepiej gospodarować.Dla mnie zima jest czasem zastygnięcia w kokonie na jakiejś w miarę stabilnej gałązce i czekania, w tym czekaniu porządkuję przestrzeń, pozbywam się nadmiaru rzeczy, uwalniam się, abym wiosną mogła cieszyć się życiem, bo wiosną wszystko jest lepsze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dusiaczku, to naturalne, że w zimie zastygamy, podobnie jak natura, w oczekiwaniu, aż znowu wrócą ciepłe dni. Dobrze robisz, że wykorzystujesz ten czas na porządkowanie, przemyślenia, uwalnianie. Na wiosnę rozkwitniesz :)

      Usuń
  6. Ajko,
    Jutro rozstanę się ze znacznym procentem zawartości swej szafy. To jedyne wyjście. Każda moja przemijająca "szajba" odzieżowa pozostawia w niej osad, a ja potem ze zdziwieniem konstatuję, iż to, co się tam poniewiera należy do obcej mi osoby. Męcząca jest ta karuzela zmiennych potrzeb i gustów. Przerobiłam już etap grzecznej sekretarki (ściskające biodra spódnice, słodziuśkie sweterki z kokardkami, na które teraz patrzeć nie jestem w stanie bez haftu) fascynację stylem gotyckim (koronkowe koszule z żabotem straszą...) a nawet krótki romans ze stylem Lisbeth Salander (wszystko czarne, bure, ponure i obszarpane.) Mam w szafie kakafonię, a końca poszukiwań nie widać. Oddałabym królestwo za spójny, konsekwentny styl, taki, którego pryncypia wykuwa się w kamieniu. Pozdrawiam, Nina

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nino, wiesz, że Ci z całego serca kibicuję w tym procesie.
      Szajby odzieżowe nie są złe, każdy z tych etapów coś o Tobie mówi, każdy też może czegoś nauczyć. Tak sobie myślę, że gdybyś była w stanie zrobić z tego jakiś miks, jakkolwiek szaleńczo to brzmi, chociażby między seksowną sekretarką, gotykiem i Lisbeth, mogłoby wyjść coś niesamowitego. W pozytywnym sensie. A przynajmniej wybrać ulubione elementy z poszczególnych szajb i twórczo je wykorzystać.
      Dodaj do tego analizę mocnych i słabych punktów sylwetki i urody oraz refleksję nad tym, jaki komunikat chcesz przesyłać światu swoim wyglądem, i powinno być dobrze. Spójny styl nie powstaje w jedno popołudnie, to pewne, ale od czegoś musisz zacząć.
      Pozbycie się kakofonii na początek może być dobrym punktem wyjścia. A na pewno będzie powiewem świeżego powietrza.

      Usuń
    2. Nino, na pewno masz w szafie coś, co pozostawało niezmienne niezależnie od "fazy" :) na początku dobrze się oprzeć na tym i bardziej rozwinąć garderobę w tym kierunku, ale pozwolić sobie od czasu do czasu na "szajby" bo to one zazwyczaj są źródłem własnego stylu, trzeba tylko rozpoznać w nich jakiś wspólny mianownik.

      Usuń
  7. Ciekawe, co piszesz o tych kolorach. Ja choćbym nie wiem jak chciała trzymać się swojej palety (zgaszone Lato), to jest ona tak odmienna od mojego temperamentu, że nie jestem w stanie. Łamię całkiem świadomie wszystkie zasady. Zbyt kocham kolory, by ograniczać się do tych stonowanych, zgaszonych i przyszarzonych, choć wiem, że może i dobrze w nich wyglądam. A jednak dobrze czuję się w żywszych (choć nawiązujących do palety lata). ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tofalario,
      Bardzo lubię twój blog, kiedy można się spodziewać nowego wpisu?
      pozdrawiam
      Marta

      Usuń
  8. Tak samo myślę. Cieszę się, że w tak uporządkowany sposób przedstawiłaś tu swoje przemyślenia. Całe życie czyta się o różnych sposobach tak zwanego budowania szafy i o tych wszystkich "niezbędnikach" typu: dżinsy, biała koszulka, koszulowa bluzka itp. A tak naprawdę jest inaczej. Jak - to właśnie Ty wyżej napisałaś.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam sie, sztywno okreslony zestaw "must have" nie sprawdza sie glownie dlatego, ze kazdy ma inny tryb zycia, prace, upodobania itp. Lubie ksiazke Izabeli Jablonkowskiej pt. "Ubierz sie w usmiech" - tylko ten wlasnie rozdzial o "niezbednikach" budzi we mnie najwiekszy sceptycyzm. Spodnie w kant i biala koszula...elegancki kostium...? A ja pracuje w firmie budowlanej...;)

      Usuń
  9. ależ oczywiście, że się zgadzam z tobą, że samymi nieśmiertelnikami się nie da.
    lubię czasem od nich "odpoczywać".

    a czasami właśnie te rzeczy niepewne, wzięte z wielką nieśmiałością- stają się z czasem love, love ;-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Ostatnio staram sie kupować ubrania podobnie jak Ty klasyczne, które nigdy nie wyjdą z mody i zastanawiam się więcej przed każdym zakupem czy faktycznie dana rzecz jest mi potrzebna!
    Ala

    OdpowiedzUsuń
  11. To ja zgłoszę inne problem garderobiany, którego chyba nikt jeszcze tu nie poruszył:

    W ramach swoich minimalistycznych zapędów pozbyłam się w ciągu ostatnich lat z szafy wszystkich rzeczy podniszczonych, brzydkich, bylejakich. Generalnie takich, w których nie chcę się światu nie pokazywać, bo nie pasują mi do wyobrażenia siebie jako kobiety z gustem i klasą ;-) Na pierwszy ogien do śmietnika poszły rozciagniete domowe dresy i sprane koszulki, bo święcie wierzę, że potrzeby estetyczne współmieszkańcow też należy szanować.
    Potem spakowałam się w plecak i przeprowadziłam się do Francji, siłą rzeczy biorąc ze sobą tylko część tej i tak już okrojonej garderoby. A po przyjeździe do tejże Francji... dostałam pracę przy winobraniu. I masz tu babo placek - jak ja w swoich najulubienszych, starannie wyselekcjonowanych, niezastąpionych ciuszkach mam się sie brudzić polnym błotem i sokiem winogron?...

    I tu moje pytanie - jak już zrobicie ostrą selekcję garderoby, zostawiając tylko najfajniejsze rzeczy, a potem przychodzi Wam np. pomalować mieszkanie, to co wtedy?

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Dziękuję za pozostawienie komentarza. Jeśli chcesz, możesz skontaktować się ze mną bezpośrednio, pisząc na adres ajka@prostyblog.com

Popularne posty z tego bloga

Roczny post zakupowy

Bardzo potrzebowałam tak długiej przerwy w blogowaniu. Rozwijanie kanału na YouTube pochłania dużo wysiłku i uwagi, a wciąż wielu rzeczy muszę się nauczyć i nie wszystko jeszcze wychodzi mi tak, jakbym chciała. Jednak uczę się, a oglądających przybywa, od maja uzbierało się już ponad 600 subskrybentów i odbiór materiałów, które publikuję, jest pozytywny, co zachęca do dalszej pracy w tym kierunku.
Dałam sobie czas, by zdecydować, czy chcę nadal pisać bloga, a jeśli tak, jak to pisanie ma w przyszłości wyglądać. Wiem, że aby Wam czytało się dobrze to, co tworzę, nie mogę traktować blogowania jako obowiązku. Tylko wtedy, gdy będę pisać z wewnętrznej potrzeby i z przyjemnością, będzie to miało sens. 
Minęło kilka miesięcy. Wystarczająco dużo czasu, bym mogła spojrzeć z dystansem na to, w jaki sposób chcę kontynuować swoją internetową działalność. Doszłam do wniosku, że najlepiej będzie połączyć jej dwa rodzaje, tak, by się wzajemnie uzupełniały. Blog daje możliwość dokładniejszego wyjaś…

Dyscyplina - Wyzwanie Poliglotki na półmetku

Wiedziałam, że maj będzie dla mnie miesiącem pełnym wzywań i intensywnej pracy. Wobec tego, gdy Sandra zaproponowała mi udział w Wyzwaniu Poliglotki, miałam pewne obawy, czy podołam zadaniu i czy naprawdę będę zdolna znaleźć codziennie czas na pracę nad moim greckim. Bo dzieje się sporo: pracuję jak zawsze nad tłumaczeniami, bo to moje główne źródło zarobków. Jednocześnie kończę pisać trzecią książkę, mam jeszcze czas do końca czerwca na oddanie tekstu, ale z uwagi na planowany w drugiej połowie czerwca wyjazd na Kretę chciałabym jednak uwinąć się z pisaniem do połowy przyszłego miesiąca, by wyjechać ze swobodną głową. Poza tym przygotowuję dla Was pewną niespodziankę związaną z blogiem, jak już wspominałam. A prócz tego prowadzę życie rodzinne, towarzyskie, regularnie się gimnastykuję... 
Pisałam Wam niedawno, jak wielkie znaczenie w nauce języka obcego ma znalezienie mocnej motywacji. Jednak sama motywacja, nawet najlepsza, nie wystarczy, by wytrwać w postanowieniach w perspektywie…

Sprzątanie zaczyna się w głowie

Nie jestem odkrywcza, twierdząc, że sprzątanie zaczyna się w głowie. Jak wiele innych procesów. Odchudzanie, wypoczywanie, zmiany.

Zacznijmy od jego postrzegania. Często przedstawia się sprzątanie jako czynności nielubiane i nużące. Niektórzy wręcz nim pogardzają i uważają za zajęcie niegodne. To chyba spuścizna czasów, gdy porządki były domeną kobiet oraz osób ubogich lub nisko urodzonych. Nadal zdarza się, że nie szanuje się osób, które zajmują się sprzątaniem zawodowo. Znam osobę, która zatrudnia panią do sprzątania domu wcale nie dlatego, że nie ma czasu, siły czy możliwości, ale dlatego właśnie, że uważa to zajęcie za poniżające, niegodne. 


Wielu ludzi nie lubi sprzątać, bo to ich zdaniem strata czasu, syzyfowa praca, którą trzeba zaczynać od nowa, gdy tylko się skończy. Jednak naturalnym jest, że próbuje się unikać tego,  czego się nie lubi. Opóźnia, robi byle jak, byle było. Szuka wymówek, by usprawiedliwić to, że znów miało się coś innego do zrobienia. 
Czym to grozi?  Tym, że …