Przejdź do głównej zawartości

Nówka nieśmigana

Czas zamknąć ten postny tryptyk i opowiedzieć, dlaczego regularnie co roku na wiosnę stosuję głodówki. W poprzednim wpisie pokazałam praktyczną stronę postu i opisałam swoje samopoczucie, zmieniające się z czasem w trakcie kuracji. Jak można było wywnioskować, sam okres głodówki nie należy do szczególnie przyjemnych i wprawdzie nie wiąże się z takimi cierpieniami i mękami, jakie sobie wyobrażają ludzie, którzy sami nigdy tego nie próbowali, faktycznie jest czasem pewnych niewygód, a nawet przykrych odczuć. Naturalnie nasuwa się więc pytanie: skoro jest to czas dyskomfortu, a nawet przejściowo złego samopoczucia, czemu to służy, jaki to ma sens? 

Zapewne każdy poszczący ma nieco inne pobudki. Nie będę wypowiadać się za innych, opowiem o swoich osobistych motywacjach. 

Pierwszy i najważniejszy dla mnie bonus: po zakończeniu głodówki fantastyczne samopoczucie. Nie tylko dobre, tylko właśnie FANTASTYCZNE. Każdy post przebiega nieco inaczej, tym razem odczułam znaczną poprawę samopoczucia już od siódmego dnia (z dziesięciu), zmalało osłabienie, a w zamian zaczęła pojawiać rosnąca energia i chęć do działania. Zresztą w czasie tegorocznego postu byłam dość aktywna. Pracowałam w nieco tylko wolniejszym od normalnego tempie, rozliczyłam PIT, jak zawsze zajmowałam się domem, byłam na świetnym koncercie (Cassandry Wilson), robiłam zakupy, zdobiłam pisanki... 
Szukam słów do opisania tego, jak czuję się teraz, i trochę mi ich brakuje. Czuję się jak nowa. Młodsza. Odrodzona. Pełna radości i optymizmu. Spokojna. Lekko mi na ciele, ale i na duszy. Wiosenna i odświeżona, po prostu. Teraz cała sztuka polega na tym, by tego nie zepsuć.

Przy pierwszych głodówkach świetnym objawem było odświeżenie smaku, jakby oczyszczenie kubków smakowych. Zaczęłam wtedy odczuwać wcześniej niedostrzegane aromaty i smaki. Teraz już nie dostrzegam takiej zmiany, bo wyczulony smak zagościł na dobre i nie muszę już go przywracać. Zapewne dzieje się tak dlatego, że w tych ostatnich latach prawie całkowicie wyeliminowaliśmy z jadłospisu żywność przetworzoną przemysłowo, sama piekę chleb, moja Mama robi sery podpuszczkowe, a jaja, sery kozie oraz sporą część owoców i warzyw w sezonie przywożę ze wsi, z ogrodu Rodziców lub z okolicznych gospodarstw, natomiast to, co kupujemy w sklepach, dobiera się starannie i z uwagą czyta etykiety. Nie ma mi więc co zepsuć smaku. 

Chyba jednym z ważniejszych skojarzeń z głodówką jest utrata wagi. Tak, to prawda, traci się na wadze zauważalnie i szybko, co oczywiście jest przyjemne, ale nie powinno być główną motywacją do poszczenia. Po pierwsze dlatego, że łatwo może to przerodzić się w obsesję, a po drugie należy pamiętać, że organizm, gwałtownie pozbawiony zapasów, będzie usilnie dążył do ich odbudowania. Dlatego należy zachować znaczną ostrożność w okresie wychodzenia z postu, nie tylko po to, by nie podrażnić przewodu pokarmowego, ale też by nie wpędzić się w tak zwane jojo. Tu także w sukurs przychodzi ruch, dzięki któremu przyspiesza się metabolizm. 

Tyle o skutkach fizycznych. Psychiczne nie są aż tak widoczne, ale dla mnie zawsze ciekawe. Bowiem gdy dobrze się nad tym zastanowić, zasadnicza część postu przebiega w umyśle, nie w ciele. 

Weźmy chociażby ćwiczenie silnej woli. Wydawać by się mogło, że niejedzenie przez ileś tam dni jest ćwiczeniem woli. A tymczasem... jest, ale tylko na pewnym etapie. Gdy zaczyna się przygodę z poszczeniem, na pewno trzeba się zdyscyplinować, by nie ulegać wszechobecnym pokusom kulinarnym. Człowiek nie zdaje sobie sprawy z tego, jak bardzo jesteśmy otoczeni jedzeniem i zachętami do niego, dopóki z dowolnych powodów nie może przyjmować pokarmów. Jedzenie naprawdę jest wszędzie, na każdym kroku. 

Jednak gdy już nabierze się wprawy i doświadczenia, żywność nie kusi, nawet po tygodniu głodówki. Po części ze względów fizjologicznych zapewne, ale po części dlatego, że jeśli ma się silną motywację i głębokie przekonanie, nic nie jest w stanie skłonić człowieka do zmiany postanowienia. Wiem, dlaczego poszczę i co przez to osiągam, więc nic nie mogłoby zmusić mnie do ulegnięcia namowom czy okazjom do jedzenia. Dla przykładu: w niedzielę Mąż chciał wybrać się na obiad do naszej ulubionej restauracji, a ja chciałam mu towarzyszyć pomimo głodówki. Potrawy pachniały cudownie, Mąż wsunął ulubione danie, a ja siedziałam ze swoją zieloną herbatą (małe odstępstwo od czystej wody) i wcale nie było mi przykro ani źle. 
Takie sytuacje są dla mnie dowodem, że to, co może mnie powstrzymywać od wytrwania w postanowieniach, to brak dostatecznie silnego przekonania do danej sprawy. Gdy jest ono mocne, nie trzeba się mocować z samym sobą, działa się pewnie i stanowczo, a przeszkody wydają się nie istnieć.

Silna wola jest potrzebna dopiero przy powracaniu do jedzenia, gdy trzeba opanować małego łasucha, który chciałby sobie zrekompensować wcześniejsze wyrzeczenia, a tymczasem mogłoby to nie tylko zaszkodzić, ale też zniweczyć pozytywne skutki postu. Tu pomaga jednak to wspomniane doskonałe samopoczucie - szkoda go zepsuć. 

Wspominałam wcześniej o związkach poszczenia z minimalizmem. Nie o to chodzi, by minimaliści mieli pościć wszyscy jak jeden mąż, ale o to, że post może być dobrym ćwiczeniem, z którego obserwacje można przenieść na inne pola. Minimalizm jest bowiem samoograniczaniem się. Jednak to dobrowolne nakładanie sobie ograniczeń, stałych lub czasowych, nie ma być sztuką dla sztuki, lecz zawsze służy czemuś. Lepszemu zrozumieniu roli danej dziedziny w życiu, chociażby. Przemyśleniu swoich potrzeb. Dostrzeżeniu przestrzeni wymagających zmiany. 
Czasowe znaczne ograniczenie zakupów odzieżowych i kosmetycznych swego czasu zmusiło mnie do przemyślenia stosunku do garderoby, zastanowienia nad tym, co jest dla mnie ważne w kwestiach związanych z wyglądem, do pracy nad swoim stylem. 
Podobnie było z książkami, niemal ich nie kupując, przyglądałam się swoim zwyczajom czytelniczym i odpowiedziałam sobie na pytanie o rolę książek w życiu (ale to temat na inny wpis). 

A niejedzenie? Zacznijmy od tego, że lubię jeść, lubię też kawę i wino. Czekoladę również, chociaż i bez niej, i bez słodyczy jako takich, mogę się obejść. Jednak gotowanie, przepisy i szeroko pojęta kultura kulinarna interesują mnie od dawna. Lubię poznawać ludzi i kraje przez pryzmat ich zwyczajów gastronomicznych, produkty, tradycyjne potrawy oraz sposoby, w jaki zmieniają się one we współczesnym świecie. Często, wspominając podróże czy ludzi, przypominam sobie potrawy, które jadłam w danym miejscu albo w określonym towarzystwie. Czytam prasę kulinarną, czasem oglądam różne masterszefy, topszefy i inne kucharsko-restauracyjne show. 
Jedzenie nigdy nie było dla mnie tylko paliwem. Wychowano mnie w świadomości, że jesteś tym, co jesz. W domu rodzinnym dużo się mówiło i nadal mówi o związkach między sposobem odżywania się, a zdrowiem i samopoczuciem. Ale też przywiązywano wielką wagę do wspólnych posiłków, do dzielenia się jedzeniem, wspólnego nim cieszenia. I tego, by dzielić się nim także z naszymi braćmi najmniejszymi, ze zwierzętami. Rodzice niemal prowadzą jadłodajnię dla okolicznych kotów, psów, ptaków, jeży... Jak mówi Mama, to taka kuchnia św. Franciszka. 

W tym kontekście - traktowania jedzenia i przygotowywania posiłków jako sprawy ważnej i wymagającej sporo zachodu, a wręcz poważnej - czasowa rezygnacja z tego wszystkiego służy nabraniu dystansu. Na czas postu staję obok i obserwuję. Siebie i otoczenie. Zawsze na przykład zaskakuje mnie to, jak wiele czasu nagle przybywa, gdy nie jem, nawet wtedy, gdy i tak przygotowuję posiłki dla Męża. Ale też brakuje tej cezury. Posiłki dzielą dzień na odcinki, bez nich czas sobie płynie, bez przystanków, słupków granicznych. 
Dziwi też to, że nie brakuje mi jedzenia jako takiego, lecz jego funkcji społecznej. Wspólne ucztowanie to tradycja stara jak rasa ludzka. Gdy nie można w tym uczestniczyć, jest smutno, dziwnie i nieswojo. Czuję się wykluczona, gdy cała rodzina siada do obiadu, a ja nie mam po co. Albo rano nie odbywamy razem z Mężem porannego rytuału śniadania i kawy. 
Post pokazuje mi, jak duża część mojego i nie tylko mojego życia toczy się wokół jedzenia, stołu, miski. Zakupy, gromadzenie zapasów, wyszukiwanie i wymyślanie potraw. 

A tymczasem przecież przez tyle czasu mogę z powodzeniem wytrzymywać bez jedzenia. Co więcej, z korzyścią dla samopoczucia. Po dziesięciu dniach głodówki wcale nie miałam ochoty jej kończyć, przemówił jednak rozsądek - nadchodzące Święta to nie czas na głodowanie (chociaż objadać się nie będę). 

Jakie wnioski? Może... zrezygnuję z jedzenia na zawsze? Hehe, chyba szybko zmieniłabym zdanie. Spojrzenie z dystansu na miejsce wszystkiego, co z jedzeniem związane w życiu i codzienności nie prowadzi do odrzucenia (bo to przecież bez sensu), lecz przypomina, aby nie przesadzać w żadną stronę. Jedzenie to nie tylko paliwo, owszem, jest niezbędne do życia, ale też nie może być jedynym sensem życia. Jest fajną jego częścią, przyjemnością, źródłem ciekawych doznań, jednak liczą się proporcje tych doznań do innych. Nie zamierzam wyrzekać się kulinarno-gastronomicznych zainteresowań, nie chcę jednak, by zajmowały w moim życiu zbyt ważne miejsce.

Post budzi we mnie wdzięczność, że żyję w takich czasach i warunkach, w których nie muszę o strawę walczyć. Jeśli nie jem, to z własnej woli, a nie przymuszona przez zewnętrzne okoliczności. Gdy jem, mogę sobie dobierać pokarmy do potrzeb zdrowia, a także zgodnie z gustem, zachciankami. To luksus, o którym w wielu miejscach na świecie nadal można tylko marzyć.

Powstaje jeszcze jedna refleksja: w przypadku jedzenia zauważam tak wielką różnicę pomiędzy tym, co ściśle niezbędne do życia, a tym, ile jemy i po co, oprócz tego, by mieć energię do życia, ale przecież tak samo dzieje się w innych dziedzinach. Do życia i funkcjonowania potrzebowałabym zapewne ułamka tego, co mam i co wydaje mi się potrzebne. Nie muszę rezygnować z nadwyżki przekraczającej minimum bytowe, ale staram się pamiętać o tym, że jest to nadwyżka, która nie jest niezbędna.

Gdybym miała zawrzeć w jednym zdaniu, co mi osobiście daje post, powiedziałabym: świetne samopoczucie i dystans do siebie, jedzenia i wielu innych spraw.

Lecz przecież przez następne dni częściej będziecie myśleć o jedzeniu niż o poszczeniu o wodzie. Życzę Wam więc wiosennej radości i odnowy. Do poczytania po Świętach!


Popularne posty z tego bloga

Ajka Minimalistka - kolejny rozdział

Zgodnie z zapowiedzią rozpoczynam kolejny rozdział. Prosty blog - czyli to miejsce, niestety nie odpowiada już moim potrzebom. To znaczy nie odpowiada mi ta platforma, na której go piszę, blogspot. Jej niedostosowanie do moich obecnych wymagań nie tłumaczy oczywiście rzadkiej publikacji tekstów w ostatnich latach, ale prawdą jest, że na pewno nie pomagało w pisaniu. Nie ma co jednak szukać wymówek czy wytłumaczeń.  Prosty blog pozostaje tutaj, nie znika. Wiem, że są wśród Was osoby, które wciąż lubią wracać do starych wpisów. Jednak od teraz nowe treści będę publikować w nowym miejscu, do którego serdecznie Was zapraszam. Moje nowe blogowe gospodarstwo nazywa się Ajka Minimalistka i znajdziecie go pod tym adresem . Będą się tam pojawiać nie tylko wpisy, ale również w osobnej zakładce można znaleźć wszystkie odcinki podcastu, który nagrywam od kilku miesięcy.  Zapraszam, do poczytania, posłuchania i zobaczenia! 

Minimalizm na Nowy Rok - postanowienia

Nie podejmuję noworocznych postanowień, mówiłam już o tym wielokrotnie. Wolę wprowadzać zmiany wtedy, gdy czuję się do nich gotowa, w dowolnym momencie roku. Nie czekam ze swoimi osobistymi zobowiązaniami do poniedziałku czy pierwszego dnia miesiąca. Od dawna uważam, że początek stycznia jest nienajlepszym momentem na takie działania, bo to czas zimowej ciemnicy, często depresyjnej aury i innych nieprzyjemnych okoliczności. Nie znaczy to jednak, że nie kibicuję osobom, które podejmują noworoczne próby zmiany nawyków. Zawsze warto pracować nad sobą i ulepszaniem swojej codzienności.  Oto więc kilka moich propozycji na plan zmian/postanowienia noworoczne. Oczywiście można je wykorzystać także w innym czasie, ale można też wdrożyć je, czyniąc użytek z energii, jaką daje ten symboliczny nowy początek, jakim jest pierwszy dzień roku.  Ważna uwaga na początek: moim zdaniem lepiej jest nie stawiać sobie zbyt ambitnych celów i wprowadzać jednocześnie ostrych restrykcji w wielu dziedz

Uniform minimalistki

Temat osobistego uniformu obracam w głowie już od kilku lat, co najmniej. Jednak jeszcze do niedawna nie czułam się gotowa na to, by ostatecznie zdefiniować go dla siebie. Owszem, wiedziałam, że ciągnie mnie w tym kierunku i że coraz bardziej zbliżam się do wprowadzenia go w życie na co dzień. Jednak jeśli obserwowaliście, być może, moje materiały o kolorowej szafie minimalistki na YouTube , w cyklu, w ramach którego zaprezentowałam całą swoją kapsułową garderobę na wszystkie pory roku, mogliście zauważyć, że wprawdzie mój styl i zestawy ubraniowe były już dość wyraziste i powtarzalne, trudno było by nazwać je uniformem.  Tak jednak się złożyło, że w międzyczasie zmieniłam tryb życia poprzez powrót do oprowadzania po Krakowie (już nie tylko po Wawelu, jak było parę lat temu), więc o wiele częściej wychodzę pracować poza dom. Oczywiście wymusiło to dostosowanie zawartości szafy i pewne jej uzupełnienia. A jednocześnie kilka ubrań z niej wywędrowało. Z powodu zużycia, ale też zmian