Przejdź do głównej zawartości

Nie wszyscy znają Józefa

Zapewne zauważyliście, że wyłączyłam komentarze. Zastanawiałam się nad tym od pewnego czasu. Ostatecznie (chociaż nie wyłącznie) skłoniły mnie do tego reakcje na ostatni wpis, w którym w tytule użyłam wulgarnego słowa. Świadomie i z premedytacją, dla podkreślenia emocjonalnej wymowy opowieści. Kilkoro czytelników uznało za stosowne mnie pouczyć co do niestosowności takiego zachowania. Ich prawo, moim prawem jest nie musieć się na to zgadzać. Na swoim blogu mogę zachowywać się tak, jak mam ochotę, pod warunkiem, że nikogo nie krzywdzę i nie obrażam. Podobnie jak i w tzw. realu. Żyjemy przecież w wolnym kraju, niezależnie od tego, co twierdzą na ten temat niektórzy panowie z prawej strony polskiej sceny politycznej.


Jest dla mnie bardzo ważne, aby niczego ani nikogo tutaj (ani w życiu) nie udawać. Skoro na co dzień używam czasem wulgarnych słów, dlaczego nie mogłabym tego zrobić raz na jakiś czas, bez nadużywania, tutaj na blogu? Nie zamiast przecinka, nie co drugie słowo. Nie w każdym wpisie. Jestem filologiem, od kilkunastu lat utrzymuję się z pracy z językiem. To wspaniałe narzędzie, pod warunkiem, że używa się go świadomie. Wielopoziomowe i wielowymiarowe. Dla mnie język to nie tylko kwiatki, motylki, rozmowy o filozofii, romantyczne wzruszenia lub zapożyczenia z łaciny, ale także seks, krwiste steki, mowa ulicy. Rejestr języka dostosowuje się, podobnie jak ubranie, do okoliczności. Podobnie jak ubranie służy także do wyrażania siebie. Czasem używa się takich słów, jak „ineksprymable”, innym razem mówi się na nie po prostu „gacie”, bo nawet „kalesony” brzmią zbyt elegancko. Kwestia okoliczności, towarzystwa, nastroju. 

Chociaż sprawiam wrażenie bardzo grzecznej osoby, bywałam i bywam nadal całkiem niegrzeczna, czasem lubię sobie zakląć albo użyć mocniejszego określenia niż „motyla noga”. Drażni mnie świętoszkowatość i przesadne uładzenie. Więc jeśli kogoś rażą „gacie”, a wolałby „ineksprymable”, nie musi tu przecież zaglądać. To nie jest serwis aktualności, lecz blog. Miejsce subiektywnej i osobistej wypowiedzi. Jeśli ktoś widzi w tytule wpisu słowo, które go razi, dlaczego fatyguje się, by czytać wpis i jeszcze na dodatek komentuje, pouczając 40-letnią kobietę, jak ma się zachowywać? Mnie byłoby szkoda czasu. Trochę przypomina to też sytuację, gdy dziecko opowiada matce, że dostało w szkole dobrą ocenę, a ta go nie słucha, tylko zwraca uwagę, by się nie garbiło. Smutne, że dla niektórych ważniejsze było to jedno słowo od tego, co napisałam, dzieląc się radością.

Przy okazji jednej z niedawnych dyskusji Synafia trafnie napisała: 

myślę sobie o tym, czym w zasadzie jest blogowanie... 
Ja mam tak, że jak mi czyjeś pisanie nie odpowiada, to po prostu nie czytam. Przychodziłam tu kiedyś częściej, teraz przychodzę rzadziej - nie dlatego, że blog "nie spełnia moich oczekiwań", tylko dlatego, że trochę już się nasyciłam tematyką i zaglądam rzadziej, a nie codziennie, jak dawniej. Ale nawet, gdyby było tak, że to "blog się popsuł" - po prostu przestałabym czytać. Bo nie uważam, że coś mi się tu należy, że moje oczekiwania powinny zostać spełnione - no nie jest telewizja publiczna, nikt tu nie płaci abonamentu. To jest prywatny blog. Na prywatne blogi ja przychodzę jak w odwiedziny do kogoś do domu, porozmawiać, ba, czasem się nie zgodzić - ale bez pretensji. 

To taka moja refleksja na temat blogowania jako takiego. Postawa pt. "ach, wyrzucają mnie z bloga" jest dziecinna, to tak jakby wejść komuś do domu, dąsać się, ze żarcie niedobre, a potem lamentować, że gospodyni się obraża i za drzwi wyprasza. Problem z blogiem jest chyba taki, że zatraca się różnica między "prywatnym i publicznym". Owszem, autorka wystawia na widok publiczny swoje przemyślenia, co nie znaczy, że jest to publiczna telewizja. To, że ktoś mnie zaprasza do swojego domu na herbatę, nie znaczy, ze mogę przyjść jak do restauracji i oczekiwać obsługi jak klient. To jest nadal przestrzeń prywatna. 
Zamierzam nadal pisać szczerze i otwarcie, tak jak robiłam to do tej pory. Jednak skoro w życiu pozainternetowym nie toleruję bycia pouczaną i strofowaną co do tego, jak mam żyć, zachowywać się i wyglądać, tak i tutaj nie mam zamiaru tego znosić. Stąd wyłączenie komentarzy. Na razie bezterminowo, czas pokaże. Kiedyś już były wyłączone, potem zmieniłam zdanie. Mam jednak wrażenie, że wraz ze wzrostem popularności tego miejsca może to być najlepsze dla mnie wyjście. Mogłabym wprowadzić moderowanie komentarzy, zatwierdzanie przed publikacją. Nie pociąga mnie jednak to rozwiązanie, oznaczałoby to, że nadal musiałabym czytać irytujące wypowiedzi. To tak, jakby ktoś wrzucał mi kamyczki do ogródka, a ja musiałabym pracowicie zbierać te kamyczki i przerzucać na drugą stronę ogrodzenia. 

Rezygnując z komentarzy, na pewno trochę tracę. Chroniąć się przed tymi, które mnie drażnią, nie poznam też tych fajnych. Jednak dotychczasowe doświadczenia pokazują, że jeśli Czytelnicy chcą mi coś ważnego i ciekawego przekazać, znajdują na to sposób. Piszecie e-maile, wiadomości na Facebooku, czasem spotykamy się w realu. Takie relacje przynoszą mnóstwo radości, myślę, że obu stronom. Nie zawsze jest to tzw. kółko wzajemnej adoracji, jak ktoś mógłby zarzucić, głosy krytyczne i polemiczne też czasem dostaję drogą pozablogową. Jednak ich jakość jest zupełnie inna, gdy kontakt ma charakter osobisty, nie tak anonimowy, jak na blogu, gdzie łatwo rzucić kąśliwą uwagą, chowając się za nickiem lub samym imieniem.

Zapewne niektórych Czytelników to zniechęci. Trudno, albo lubicie mnie taką, jaką jestem, albo nie lubicie. Nie będę się zmieniać, by dostosowywać się do cudzych wyobrażeń i oczekiwań. Nie lubię wdawać się w dysputy, rzadko komentuję u innych, nie bywam na forach dyskusyjnych i nie przepadam za nimi. Za to kocham blogi, bo każdy z nich jest mikroświatem - spotkaniem z człowiekiem, jego myślami i historią. Komentarze czy fora tego nie dają, obraz danej osoby jest chaotyczny i wyrywkowy.

Na koniec chciałam zacytować pewien fragment z powieści Wymarzony dom Ani L.M. Montgomery, jednego z tomów sagi o Ani z Zielonego Wzgórza, jednej z moich ukochanych bohaterek z czasów dorastania. Często mówiło się tam o ludziach, „którzy znają Józefa”. Cytat znalazłam w internecie, bo wszystkie tomy „Ani” dawno już rozdałam.

Pani jest młoda, a ja jestem stary, a mam wrażenie, że nasze dusze są bodajże w tym samym wieku.Oboje należymy do tych ludzi, którzy znają Józefa, jak mówi Kornelia Bryant. - Ludzie, którzy znają Józefa? - zapytała zdumiona Ania. - Tak. Kornelia dzieli wszystkich ludzi na dwie kategorie: takich, którzy znają Józefa, i takich, którzy nie znają. Jeżeli ktoś może patrzeć pani prosto w oczy i ma mniej więcej te same poglądy co pani, ten sam ton w żartach, to należy do gatunku ludzi znających Józefa. - Ach, teraz rozumiem! To jest to samo, co ja nazywałam i nazywam "pokrewieństwem dusz". - To samo, to samo! - zawołał kapitan. - To właśnie my jesteśmy tacy.(...)
Myślę sobie, że zasadnicza większość stałych Czytelników tego bloga to ludzie, którzy znają Józefa. Oni nie zawsze zgadzają się ze mną, mają swoje zdanie na każdy temat, ale potrafią je wyrażać w taki sposób, jak napisała Synafia, bez pretensji i oczekiwań. Tych, którzy Józefa nie znają, staram się do siebie nie dopuszczać, i w sieci, i poza nią. Na tym też polega minimalizm - na unikaniu tego, co przeszkadza, a niczego ważnego do życia nie wnosi.

Komentarzy nie ma, ale zawsze możecie odezwać się na FB albo napisać na adres ajka@prostyblog.com Zapraszam!


Popularne posty z tego bloga

Generalne porządki metodą minimalistki

Chciałabym, żeby blog i kanał na YouTube przestały być odrębnymi bytami i zaczęły wzajemnie się uzupełniać. Będę starać się, by każdemu opublikowanemu materiałowi wideo towarzyszył tekst, który będzie jego dopełnieniem. 
Dzisiejszy wpis jest dodatkiem do materiału pod tym samym tytułem, który możecie obejrzeć tutaj:

Opowiadam w nim o moim pomyśle na uproszczenie generalnych porządków. Uważam, że raz na jakiś czas dobrze jest zrobić taki pełen przegląd domu lub mieszkania, zajrzeć w każdy zakamarek, sprawdzić stan posiadania. Jednak trudno byłoby mi wygospodarować cały weekend czy kilka dni, a przecież takie bardzo dokładne porządki wymagają sporo czasu. Są też dość wymagającym procesem pod względem psychicznym, emocjonalnym, bo porządkując, trzeba podejmować szereg mniejszych i większych decyzji. Czego się pozbyć, w jaki sposób, co zostawić, jak zorganizować i poukładać te rzeczy, które zdecydowaliśmy się zatrzymać. 
Pomyślałam więc, że najłatwiej będzie to duże zadanie podzielić na …

Metoda Konmari to nie minimalizm

Wpis jest uzupełnieniem materiału wideo zamieszczonego w serwisie YouTube, który można obejrzeć tutaj: 

Książkę Magia sprzątania Marie Kondo przeczytałam cztery lata temu, o moich wrażeniach możecie przeczytać we wpisie pod tym samym tytułem. Odebrałam ją pozytywnie, ale samej metody nigdy nie stosowałam, bo nie miałam takiej potrzeby, o czym zresztą pisałam w tamtej recenzji. Na dobre w głowie z tej lektury pozostała mi jej myśl przewodnia: poszukiwanie radości w rzeczach i eliminowanie zbędnych przedmiotów w oparciu o kryterium: co chcę zostawić, zamiast stosowanego zwykle przez minimalistów: czego nie potrzebuję i czego chcę się pozbyć. Książki szybko się pozbyłam i nie myślałam o niej więcej.
Dopiero niedawno, gdy coraz częściej docierały do mnie opinie na temat wyprodukowanego przez Netflix serialu Sprzątanie z Marie Kondo(dostępny z polskimi napisami), pomyślałam, że warto byłoby sobie wyrobić własne zdanie na temat tej serii programów, nawet jeśli sama metoda sprzątania Konmari…

Kolorowa szafa minimalistki - także na wakacjach

Ostatni wpis z połowy czerwca. Aż trudno uwierzyć. Jednak to prawda. Nie chcę Was zamęczać tłumaczeniami, dlaczego tak długo milczałam. Niedługo minie pół roku od śmierci Taty. Ostatnie miesiące wbrew pozorom były nie tylko czasem smutku, ale przede wszystkim czasem ważnych zmian w życiu naszej rodziny, częściowo wymuszonych przez odejście Taty, a częściowo przez nią sprowokowanych (?), a może tylko przyspieszonych. Kilka z tych zmian jest naprawdę pozytywnych, dotyczą głównie życia mojej Siostry. W skrócie napiszę tylko, dla tych z Was, którzy zawsze trzymali za nią kciuki (wiecie, że Ula jest osobą niesłyszącą), że Sister zmieniła pracę i na razie jest bardzo zadowolona. A my cieszymy się, że jest doceniana i że ma szanse na rozwój i lepszą jakość życia.
Bałam się, że nie będę umiała już pisać tutaj. Jednak z tym jest chyba jak z jazdą na rowerze. Wystarczy usiąść i zacząć, a reszta idzie już sama...
Oprócz tego, że dużo działo się różnych rzeczy, które wymagały mojej uwagi czy wsp…