Przejdź do głównej zawartości

Piramida

Kilka dni temu podzieliłam się z czytelnikami na fejsbukowej stronie bloga takim znalezionym obrazkiem, dość luźno przypominającym model hierarchii potrzeb Abrahama Maslova.

Piramida potrzeb kupujących

Od dołu do góry poszczególne warstwy to: „wykorzystaj to, co masz”, „pożycz”, „wymień się”, „kup używane”, „zrób” i na samej górze „kup”. Publikując ilustrację, napomknęłam, że w Polsce pożyczanie jest nie najlepiej widziane, co potwierdziło się zresztą w komentarzach. Różne osoby napominały, że niechętnie pożyczają, czują się skrępowane. Pojawiło się też stwierdzenie, że łatwość lub niechęć do pożyczania danej rzeczy związane są z jej wartością. Nie ma problemu z pożyczaniem książek czy drobnych sprzętów, ale samochód czy mieszkanie to zupełnie inna sprawa. 


Zaczęłam się zastanawiać, jak to u mnie jest ze stosowaniem powyższej piramidki w praktyce. Szczerze i z ręką na sercu? Bardzo dobrze. Z jednym wyjątkiem - bardzo rzadko pożyczam rzeczy, małe czy duże. O tym, dlaczego, za chwilę. 

Dla mnie podstawowym sensem przedstawionej powyżej hierarchii zachowań jest dążenie do ograniczenia ilości nowo produkowanych dóbr. Często myślę o tym, jak wiele ich powstaje każdego dnia, a znaczna część zupełnie niepotrzebnie. I rzadko zużywa się posiadane przedmioty całkowicie, tak, że nadają się wyłącznie do wyrzucenia. Chodzi więc o to, by pobudzać przepływ już wyprodukowanych rzeczy. By to, co jednej osobie już niepotrzebne, wpadło w ręce takiej, która tego potrzebuje, a nie lądowało na składowisku śmieci. Albo by ewentualnie zostało odnowione, naprawione lub przerobione. Traktując kupowanie nowych rzeczy jako ostatnią ewentualność, sprzyja się lepszemu wykorzystywaniu tego, co już istnieje.  

Dlatego gdy stwierdzam zapotrzebowanie na jakąś rzecz: ubranie, element wyposażenia domu, urządzenie, najpierw przyglądam się temu, co mam w posiadaniu. Może coś mogę przerobić, a może dany przedmiot wystarczy odświeżyć. Czasem można zmienić funkcję: na przykład zdekompletowane kubki na herbatę i filiżanki wykorzystuję jako pojemniki na drobiazgi w łazienkowej szafce, bardzo stylowo wyglądają. 
Jeśli nie da się nic udziergać z tego, co się już pałęta po obiekcie, zaczyna się wypytywanie po rodzinie i znajomych lub rozglądanie po sklepach z rzeczami używanymi. Zazwyczaj to pomaga. 

Nie zawsze podążam po kolei ścieżką wyznaczoną w piramidce. Czasem od razu przechodzi się do etapu zrobienia samodzielnie, czasem do wymiany, a czasem od razu wiadomo, że jednak kupię nowe. Bo na przykład nie udaje się znaleźć odpowiednio solidnego i ładnego używanego i wiem, że nowe posłuży mi bardzo długo, a odkupione używane szybko by się zniszczyło. W końcu nie o to chodzi, by panicznie bać się nowych rzeczy, tylko by dostrzegać też możliwości wykorzystywania nienowych, a jeszcze zdatnych do użytku i pełnowartościowych. 

Natomiast pożyczanie rzadko przychodzi mi do głowy jako wygodne rozwiązanie. Owszem, pożyczamy sobie różne przedmioty w rodzinie - jakieś nietypowych rozmiarów garnki czy rzadko używane narzędzia. Od obcych prawie nigdy. Bardzo często pożyczam książki i czasopisma. Nigdy ubrania.

Jeśli miałabym komuś pożyczyć przedmiot, którego używam bardzo rzadko lub wcale, wolałabym go sprezentować. I tak zwykle robię. Tym sposobem przekazuję odpowiedzialność za daną rzecz komu innemu i nie muszę już zaprzątać sobie głowy jej losami i stanem. Przestaje mnie obchodzić, czy zniszczy się, czy nie, w jakiej kondycji wróci do mnie i kiedy. Jeśli obdarowany nie będzie jej potrzebować, może przekazać ją dalej. On sam nie musi się też martwić, kiedy ma dokonać zwrotu albo obawiać zabrudzenia lub uszkodzenia. 

Dlatego nie pożyczyłabym nigdy komuś lub od kogoś rzeczy tak cennej, że nie zaakceptowałabym jej jako prezentu albo sama nie dała w prezencie. Przede wszystkim przychodzi mi na myśl samochód. Za duża odpowiedzialność, za duże ryzyko. Co innego wypożyczalnia. Ale w przypadku wypożyczalni zasady są proste, wiadomo, z czym wiąże się ewentualne zniszczenie, są ubezpieczenia, wszystko czarno na białym. 

Myślę, że tu właśnie jest sedno pożyczania i niechęci do niego - ewentualne emocje związane z przedmiotem. Rzecz tak kosztowna, jak samochód, budzi u większości ludzi dość gorące uczucia, jej uszkodzenie przez pożyczającego może być przyczyną konfliktów i niesnasek. Wypożyczalnia nie obrazi się za obtarty błotnik, a kolega może. Przede wszystkim jednak zniszczenie pojazdu nie utrudni życia zakładu, a prywatnemu właścicielowi przysporzy znacznych utrudnień i zmartwień.

W pożyczaniu brakuje chyba aspektu wymiany, tego „coś za coś”. Pożyczanie za opłatą spełnia ten warunek, nie grozi więc poczuciem krzywdy. 

Sama podchodzę do przedmiotów dość pragmatycznie. Akceptuję fakt, że się niszczą, zużywają, brudzą. Szanuję je i dbam o nie, ale nie rozpaczam z powodu rozbitego ulubionego kubeczka. Staram się szybko o nim zapomnieć. Zdaję sobie jednak sprawę, że ludzie z mojego otoczenia mogą być do swoich przedmiotów bardzo przywiązani. Nie zawsze tak łatwo przychodzi im rozstanie się z nimi. Uważają je za ważne. Pożyczając, narażam się na zderzenie z ich emocjonalnym stosunkiem do posiadania. A nie mam na to ochoty. Nie chcę czuć się skrępowana. Obawiać się, że ktoś uzna, że oddałam mu pożyczoną formę do ciasta w nie dość doskonałym stanie. 

Za dużo kłopotu z tym pożyczaniem (od osób prywatnych) w większości przypadków. Jakieś kwasy i niesnaski, po co to komu. Fajnie byłoby, gdyby ludzie nie robili wokół sprawy tyle zamieszania. Nie patrzyli na „pożyczalskich” z pogardą i wyrzutem. Może gdybyśmy wszyscy mieli większą gotowość do pożyczania (wzajemnie), łatwiej byłoby to robić. I gdyby nikt nie wykorzystywał z premedytacją np. sąsiedzkiej gotowości do dzielenia się i uprzejmości, czerpiąc tylko jednostronne korzyści. Gdyby powszechnie obowiązywała zasada wzajemności w pomaganiu sobie. Czasem niebezpośredniej, tzn. dzisiaj ty pomogłeś mi, ale jutro ja za to pomogę komuś innemu, niekoniecznie akurat tobie. 

Na szczęście nie wszyscy są niechętnie nastawieni do pomagania innym czy dzielenia się swoimi rzeczami. Poza tym nie sądzę, by sama niechęć do pożyczania (innym lub od innych), była poważnym problemem. Jak pokazuje wspomniana piramida, jest wiele innych sposobów pobudzania przepływu dóbr między ludźmi. A nad nauką dawania i brania od innych można próbować pracować, w swoim tempie. Zastanawiać się, czemu dana forma nam nie odpowiada albo wzbudza niepokój i niechęć.

Popularne posty z tego bloga

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Lepiej

Przed urlopem pisałam o bezdzietności z wyboru. Mam jeszcze parę refleksji, które nie dotyczą istoty sprawy (mienia/niemienia dzieci), ale są z nią powiązane. 
Ludzie często lubią formułować różne złote rady czy ogólne stwierdzenia, które wydają się im słuszne i cenne: lepiej mieszkać na wsi. Lepiej mieszkać w mieście. Lepiej mieć samochód/jeździć na rowerze/poruszać się piechotą. Lepiej jeść mięso/być wegetarianinem/weganinem. Lepiej jeść gluten/nie jeść glutenu. Mieć mieć wiele dzieci/mieć dwoje dzieci/jedno dziecko/nie mieć dzieci. Lepiej biegać/ chodzić na siłownię/ćwiczyć jogę/gimnastykować się w domu. Być minimalistą/tarzać się w konsumpcji. Można by tak wymieniać w nieskończoność, wymieniłam tylko kilka dziedzin, które akurat wydają mi się częstym przedmiotem tego rodzaju sądów.
Zazwyczaj uważa się, że „lepiej” jest robić tak, jak się samemu wybrało. Często dlatego, że jest się ze swojego wyboru zadowolonym i wydaje się, że skoro nam jest z tym dobrze, to innym też pewnie będz…