Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z listopad, 2014

Galeryjny smutek

Wybrałam się wczoraj do kina. Najbliższe mam w galerii handlowej, więc po wyjściu z seansu zajrzałam do paru sklepów, z planem kilku drobnych sprawunków. 
Coraz więcej zakupów robię przez internet, jednak od czasu do czasu  z różnych powodów chadzam do galerii handlowych. Nadal je lubię, chociaż wolałabym, by miały inną nazwę (np. dom towarowy - co było z nim nie tak?). Są praktyczne i wygodne, aczkolwiek na pewno robią złą konkurencję małym sklepom i powodują, że w centrach miast królują banki, hostele i całodobowe sklepy z alkoholem. Przykre to zjawisko, ale zapewne nie ma jak mu zaradzić. 
Jednak wczorajsze wyjście spowodowało, że poczułam wielki smutek. Chyba najsilniej zadziałał empik, który już od wejścia atakuje tzw. świątecznym szaleństwem, milionem propozycji prezentów, wśród których książki stanowią zaledwie ułamek. Nastał czas handlowych żniw, najlepszy moment w całym roku, gdy każdy lub prawie każdy sięga po portfel lub kartę. Bo Mikołaj, bo święta, bo prezenty. Dzieci, k…

Kanał lewy, kanał prawy

Robię ciągle przerywniki w opowiadaniu o wolnym podróżowaniu, bo nie chciałabym, by blog sprawiał wrażenie podróżniczego. Dzisiaj czas na kanały (bynajmniej nie weneckie). 
Ostatni czas obfituje w spotkania z czytelnikami bloga i książki. Wielka to radość - taka rozmowa twarzą w twarz z prawdziwymi ludźmi. Kocham internet miłością od pierwszego kliknięcia, ale część tej miłości wynika z faktu, że dzięki sieci udało mi się zawrzeć wiele świetnych znajomości, które dopiero w tzw. realu pokazały pełnię swojego potencjału.  Rozmowy te przynoszą wiele obserwacji, inspiracji, pokazują mi, o czym warto pisać więcej. I jeden z wciąż powracających motywów to stwierdzenie: „byłoby mi łatwiej rozstawać się z niepotrzebnymi rzeczami, gdybym wiedział(-a), co mam z nimi robić. A ponieważ nie mam pomysłu, nie mam też siły się z nimi zmierzyć”. 
W pełni to rozumiem. Dopóki nie mam pomysłu, co zrobić z daną rzeczą lub grupą przedmiotów, ciężko zabrać mi się do porządków czy segregacji. A przecież okre…

Chodźże na pole (zwane Campo)

Opowieści o toskańskich wędrówkach i wolnym podróżowaniu odcinek kolejny, nie ostatni. Ostatnio było o Pizie, ale to nie ona była naszym głównym celem podczas wrześniowego wyjazdu. Tym razem postanowiliśmy dłużej zatrzymać się w Sienie. 
Byliśmy tam wcześniej dwa razy - raz na cały dzień, raz pół dnia (bez noclegów), przyjeżdżaliśmy do niej z Florencji. Być może wyda się więc dziwne, że postanowiliśmy wybrać się ponownie do miasta, które według normalnych standardów turystycznych zdążyliśmy już zwiedzić całkiem dobrze: i wspięliśmy się po stromych i klaustrofobicznie wąskich schodach na wieżę Palazzo Publico, by podziwiać panoramę miasta i okolicy, i zwiedziliśmy dwukrotnie katedrę. I na głównym placu wypiliśmy niejedną kawę. Właściwie można by sobie darować ten kolejny wyjazd, wykorzystać ten czas i pieniądze na poznanie jakiegoś zupełnie nowego miejsca, a może nawet kilku.

Zamiatam liście pod dywan

W antrakcie opowieści o wolnym podróżowaniu i Toskanii mały wtręt o porządkach. Dawno nie pisałam na „rzeczowe tematy”, bo, jak wiadomo, minimalizm to nie tylko przedmioty. Jednak całkiem od tych kwestii uciec się nie da, a rozmawianie o nich jest przecież przyjemne i interesujące. 
Wspominałam już nie raz, że lubię wykorzystywać naturalny rytm pór roku i związane z nim odruchy, nastroje, przypływy energii. Najoczywistsze i najłatwiejsze do zauważenia jest wiosenne ożywienie, dążenie do odnowy, wymiatanie kurzu z kątów, trzepanie dywanów i detoksy. Wtedy łatwo wprowadza się zmiany, gdy na drzewach pojawiają się pierwsze zielone pąki, a słońce znów delikatnie rozgrzewa. Porządkowanie otoczenia przychodzi wtedy szczególnie łatwo, niejako samo. Chce się zrzucić pozimowy balast, przygotować się na nową odsłonę życia. 
Dla mnie drugim takim ważnym momentem roku jest jesień. Może z porządkami kojarzy się głównie ogrodnikom, ale chociaż nie mam ogrodu, też lubię przedzimowe przygotowania. 

Jedźmy do Pizy na pizzę i pyzy

Tłumaczyłam się już we wpisie tymczasowym z przyczyn przedłużającego się blogowego milczenia, więc przejdźmy od razu do rzeczy. Tylko winny się tłumaczy, a winna się czuję, więc czas na rehabilitację. 
Obiecywałam, że na przykładzie relacji z różnych naszych wyjazdów postaram się pokazać, jak w praktyce wygląda wolniejsze podróżowanie (w naszym wydaniu). Nie w wolnym, tylko wolniejszym niż powszechnie przyjęte tempie. Raczej krokiem marszowym niż tak zwanym kurcgalopkiem. Na slow travelling składa się wiele czynników, nie będę próbować opisać ich w jednym wpisie, lecz opowiem o nich, używając jako ilustracji doświadczeń z różnych miejsc, z niedawnych i wcześniejszych podróży.
Piza była dla mnie jednym z tych miejsc, w odniesieniu do których od dawna miałam niedosyt. Wielokrotnie odwiedzałam ją z grupami turystycznymi, ale tylko raz udało mi się przelotnie zobaczyć odrobinę więcej niż Campo dei Miracoli (czyli Pole cudów, kompleks zabytków, którego częścią jest słynna Krzywa Wieża). P…