Przejdź do głównej zawartości

Jedźmy do Pizy na pizzę i pyzy

Tłumaczyłam się już we wpisie tymczasowym z przyczyn przedłużającego się blogowego milczenia, więc przejdźmy od razu do rzeczy. Tylko winny się tłumaczy, a winna się czuję, więc czas na rehabilitację. 

Obiecywałam, że na przykładzie relacji z różnych naszych wyjazdów postaram się pokazać, jak w praktyce wygląda wolniejsze podróżowanie (w naszym wydaniu). Nie w wolnym, tylko wolniejszym niż powszechnie przyjęte tempie. Raczej krokiem marszowym niż tak zwanym kurcgalopkiem. Na slow travelling składa się wiele czynników, nie będę próbować opisać ich w jednym wpisie, lecz opowiem o nich, używając jako ilustracji doświadczeń z różnych miejsc, z niedawnych i wcześniejszych podróży.

Piza była dla mnie jednym z tych miejsc, w odniesieniu do których od dawna miałam niedosyt. Wielokrotnie odwiedzałam ją z grupami turystycznymi, ale tylko raz udało mi się przelotnie zobaczyć odrobinę więcej niż Campo dei Miracoli (czyli Pole cudów, kompleks zabytków, którego częścią jest słynna Krzywa Wieża). Plac ten leży ciut na uboczu, do rzeki Arno jest od niego kawałek drogi, a przecież miasto ciągnie się jeszcze pod drugiej jej stronie. Autokary turystyczne przyjeżdżają na parking leżący jeszcze dalej od centrum miasta, więc większość zorganizowanych wycieczek poznaje w Pizie tylko okolice parkingu, plac z wieżą, stoiska z suwenirami oraz kilka pizzerii i lodziarni w bezpośrednim sąsiedztwie Campo. Zawsze chciałam zobaczyć coś więcej, wydawało mi się to krzywdzące, że sprowadza się całkiem spore miasto z bogatą i ciekawą historią do „najbardziej znanej porażki architektonicznej” (cytat z blogu Dzienniki Pisanodo którego wrócę jeszcze parę razy), nie poświęcając nawet odrobiny uwagi całej reszcie tego miejsca. Ktoś kiedyś zapewne uznał, że reszta Pizy nie jest warta zainteresowania. Nie lubię jednak przyjmować takich opinii od innych, wolę sama wyrobić sobie zdanie na ten temat. Może faktycznie jest tak, jak pisze Agata na wspomnianym blogu Dzienniki Pisano we wpisie pt. Co się liczy w Pizie:

Poza krzywą wieżą jest tu sporo do oglądania, ale sza!, żeby się turyści nie dowiedzieli. Plac cudów i katedra stoją za wielkim murem, zajeżdżają tam autobusy pełne aparatów fotograficznych i turystów gotowych pozować, „podpierając” wieżę. Cała zawartość autokarów jest w grupach wprowadzana na plac i zaraz potem z powrotem do autobusu. Dzięki temu wszyscy na świecie uważają, że w Pizie jest tylko krzywa wieża, a tubylcy mają miasto dla siebie, święty spokój i po 21 euro od każdej pary aparat+turysta.

Gdy pojawił się pomysł kolejnej (trzeciej już) wycieczki do Toskanii z przelotem do Pizy, naturalne było więc, że zatrzymamy się w tym mieście na dłużej niż kilka godzin. Właśnie po to, by przekonać się, czy naprawdę tam jest tylko owa krzywa budowla i nic ciekawego więcej. Stąd plan dwóch noclegów - w praktyce półtora dnia pobytu. Zaznaczam, że na zwiedzenie samego Campo wystarczy kilka godzin (czyli do pół dnia), a w czasach pilotażu wycieczek objazdowych wystarczała nawet czasem i godzina (wliczając czas wolny na siku i suweniry).


Nie pominęliśmy oczywiście zwiedzania kompleksu Campo dei Miracoli, chociaż darowaliśmy sobie horrendalnie drogie wyjście na wieżę (18 EUR, gdy tymczasem wejście do trzech innych obiektów kosztowało połowę tej ceny). Ta drastyczna różnica w cenach wejściówek jest zapewne odbiciem zainteresowania turystów. Najważniejsza jest wieża, reszta wydaje się być tylko tłem. 
Ale kłopot z wieżą jest taki, że sama w sobie, poza tym, że krzywa, nie jest szczególnie fascynująca. Gdyby była prosta, zapewne pies z kulawą nogą by się nią nie zainteresował. Znów zacytuję Agatę:
Z tą wieżą to Pizianie (na pewno nie ma takiego słowa, ale mi się podoba) [korekta napisałaby Pizańczycy — przyp. kor.] muszą mieć spory problem. Z jednej strony im bardziej się przechyla, tym bardziej interesująca jest dla turystów; gdyby ją całkiem wyprostować, pewnie nikt by tu nie przyjeżdżał. Z drugiej strony (choć przechyla się, jak wiadomo, tylko z jednej) im bardziej się przechyla, tym większa szansa, że się w końcu przewróci. O ile sporo ludzi przyciąga wieża źle zbudowana, o tyle wieża skonstruowana tak fatalnie, że już jej nie ma i tylko puste pole po niej zostało, nie wzbudziłaby już żadnego zainteresowania. Wszak nikt nie lata na wakacje na Atlantydę.
 Budynek całkiem ładny, ale tylko dlatego ciekawy, że krzywy. Dla mnie o wiele ciekawszy jest proces podtrzymywania, stabilizacji i prostowania wieży, aby uniknąć owej fatalnej w skutkach potencjalnej katastrofy, po której nikt już do Pizy by nie przyjeżdżał. Jeśli kiedyś znajdziecie się na Campo i przyjdzie Wam stanąć w koszmarnie długiej kolejce do WC, możecie umilić sobie oczekiwanie obserwacją tego tajemniczego obiektu:


Nie mam bladego pojęcia, jak się to ustrojstwo nazywa, a do czego służy wiem tylko dlatego, że wieki temu widziałam go w akcji, wtedy, gdy wieża zaczęła realnie grozić zawaleniem, zakazano więc wchodzenia na nią i energicznie zabrano się za jej stabilizowanie. Między innymi za pomocą takiego właśnie odciągu (?). U podstawy widać nadal obciążniki, a ponad budynkiem po prawej do wieży prowadziły solidne liny. I podtrzymywały biedaczkę, by nie zemdlała. Nadal jednak, zdaniem Agaty:
Jest tak przechylona, że momentami, idąc schodami do góry, chyba idzie się w dół. A przecież w ruchu zwiedzających obowiązuje tam tzw. senso unico (jedyny sens), więc nie można chodzić w górę i w dół jednocześnie i to tą samą drogą. Czy można zatem wejść na wieżę, schodząc? Ciekawe, ilu turystów utknęło tam na zawsze zagubionych w sprzeczności?
Woleliśmy nie sprawdzać. Zamiast wchodzić, schodząc i schodzić, wchodząc, poszliśmy do katedry, baptysterium i nekropolii Camposanto. Nie będę Was tu zamęczać historią tych miejsc, za to podzielę się kilkoma ulubionymi obrazami (pierwsze z katedry, dwa kolejne z Camposanto, w sam raz na Dzień Zaduszny):




W baptysterium najciekawsza oprócz jego architektury okazała się wyjątkowa akustyka. Co pół godziny organizowane są pokazy echa, nagranie możecie zobaczyć poniżej. Stwierdziliśmy, że ten gość ma naprawdę świetną robotę. Raz na pół godziny może sobie pokrzyczeć w miejscu, gdzie innych prosi się o zachowanie ciszy. A zachwyceni świadkowie klaszczą. Ciekawe, co wpisuje w rubryce zawód. Wywoływacz echa? Acha, nie zapomnijcie podkręcić dźwięku:



Niewątpliwą atrakcją Campo są wspomniani przez Agatę turyści, którzy robią sobie zdjęcia w pozycji sugerującej, że własnoręcznie ratują wieżę przed upadkiem. Co ich zdaniem zapewne jest zabawne. I skoro ich to bawi, to dobrze. O kilka uśmiechniętych osób na świecie więcej. Jednak gdy spojrzy się na te wymyślne pozy, zapominając o tym, co fotografujący się chcą osiągnąć, efekt jest świetny. Jakaś nowa odmiana tai chi, wersja znana tylko w Pizie? Zwróćcie proszę uwagę na specjalne wysięgniki do robienia sobie tzw. selfie z większej odległości. 



























Chyba moda na takie zdjęcia przekroczyła już granice gatunkowe. Gdy przyjrzycie się uważnie poniższej fotografii, zobaczycie, że pszczoły ze zbiegłego roju, które przysiadły pod wieżą, też mają małe aparaciki na wysięgniczkach i strzelają sobie focię na pszczelego face-bee-booka. 



W końcu przyszedł czas zobaczyć, co Piza ma do zaoferowania poza słynnym placem. Zastanawialiśmy się, czy nie zwiedzić jeszcze wystawy rzeźb Mitoraja (jak się niedługo potem okazało, ostatniej zorganizowanej za życia artysty). Ale wolne podróżowanie czasem oznacza rezygnację z czegoś, na co się ma ochotę (to tak, jak z minimalizmem, to też nauka wyborów i rezygnacji). Coś za coś, albo Mitoraj (którego oboje lubimy), albo czas na ewentualny odpoczynek po południu, a może nawet drzemkę. 

Gdy podróżuje się wolniej, trzeba się pogodzić z tym, że zobaczy się mniej niżby można było. Ale zobaczy się inaczej. Zapamięta więcej, przeżyje głębiej. Mam porównanie, bo praktykowałam oba podejścia. O tym, jak z trybu zaliczania przeszliśmy w tryb spokojnego doświadczania opowiem innym razem, ale zaznaczam, że nie zawsze podchodziliśmy do podróży tak, jak teraz. Był też czas, gdy jeździliśmy z długą listów obiektów do odhaczenia, według przewodnika i list miejsc, które koniecznie zobaczyć należy. Gdy liczyła się przede wszystkim ilość wrażeń, a nie do pomyślenia było zrezygnowanie z jakiejś ważnej atrakcji, nawet za cenę padania na nos ze zmęczenia. 

Poszliśmy więc snuć się po Pizie. Zabłądzić w uliczkach, nawet tych, na których z pozoru nic ciekawego się nie działo. I co? Fajne to miasto. Nie jest oszałamiająco piękne ani niezwykle interesujące, ale całkiem sympatyczne. Przyjazne. Im dalej od Campo, tym spokojniejsze. Nawet mają tam mały akwedukt, z czasów medycejskich. Uroku miastu dodają liczni rowerzyści. A na najniższym zdjęciu zobaczycie śliczny kościółek Santa Maria della Spina, który, zdaniem Agaty, wygląda, jakby coś wyrzuciło go na brzeg i pewnie dlatego chcą go zjeść gołębie. 






Powłóczyliśmy się więc po uliczkach, poszli zdrzemnąć do hostelu, a wieczorem wróciliśmy na ulice, by znów nieco pobłądzić, przyjrzeć się, jak wygląda życie Pizy, gdy ubywa turystów, a przybywa miejscowych (mnóstwo studentów!). A nawet Campo i Krzywa wydają się bardziej nastrojowe. Dzięki rezygnacji z wystawy Mitoraja i drzemce mieliśmy siłę, by posiedzieć przy winie i serach w jakiejś restauracji, której nazwy nie pamiętam, a lokalizacji nie jestem stanie odtworzyć, bo po prostu daliśmy się ponieść nogom. Znów było sporo zabawy z dogadywaniem się z kelnerem, bo zarówno mój włoski, jak i jego angielski były, jak się z wdziękiem wyraził, z odmiany alimentare (spożywczej). 


Ale wieża też będzie, bo przecież nie możemy jej pominąć, to w końcu nie jej wina, że nie jest jedynym ciekawym obiektem w Pizie. Sami zobaczcie, z tej perspektywy wcale nie wydaje się krzywa. A jednak całkiem ładna jest, chociaż posiada defekt w postaci odchylenia.


Wnioski ze zwiedzania Pizy dla powolnego podróżnika? 
  • Nie ograniczaj się do tego, co podpowiada Ci przewodnik, nawet najlepszy. 
  • Dawaj szansę nawet takim miejscom, które wcale na pierwszy rzut oka nie wydają się interesujące. 
  • Nie skreślaj z góry tych obiektów, które są najbardziej znane, ale miej na uwadze, że bywają mocno przereklamowane. 
  • Daj sobie czas. Także na odpoczynek. 
  • Nie ma miejsc, które musisz zobaczyć. Są tylko te, które możesz i chcesz poznać. 
  • Zawsze warto zejść z głównej drogi. 
  • Najciekawsi i tak są ludzie, nie budowle. To oni tworzą klimat danego miejsca, bez nich nawet najpiękniejsze miasto będzie tylko teatralną scenografią.

Popularne posty z tego bloga

Jeszcze prościej

To, że ostatnio rzadko poruszam na blogu temat minimalizmu, nie znaczy, że przestał być dla mnie ważny. Jest nadal istotny, ale w inny sposób niż wtedy, gdy wprowadzałam największe zmiany w swoim życiu i przestrzeni osobistej. Pisałam o tym we wpisie Procesy w tle
Po ośmiu latach mówienia i pisania o nim czuję przesyt. Nie mam już ochoty czytać książek ani blogów związanych z tym tematem. Nie twierdzę, że nie warto, bo wiele mądrych treści wciąż powstaje, jedynie ja nie mam już potrzeby dalej drążyć tych kwestii.

Nadal bardzo istotna jest dla mnie prostota, coraz ważniejsza. To raczej już nie ulegnie zmianie, bo zawsze ją lubiłam, a z czasem stała się dla mnie myślą przewodnią. W każdej dziedzinie życia. Prostota wypowiedzi, przekazu, formy i treści. W estetyce i ubiorze. W wystroju mieszkania. Na talerzu - bardzo istotna. Prostota i skuteczność rozwiązań - w pracy, nauce, komunikacji. Nie zajmują mnie natomiast zbytnio sprawy ilości rzeczy i zajęć, które na pewnym etapie były tak …

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.

Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 
Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, ż…

Zanim nazwiesz prezesa idiotą...

Za sobą mam wielkie ufff. Westchnienie ulgi, bo we wtorek zakończyłam megazlecenie, o którym pisałam ostatnio. Ponad dwa miesiące bardzo intensywnej pracy umysłowej. Przyznaję, że teraz jestem nieco sflaczała intelektualnie i jeszcze niegotowa na większy wysiłek. Na razie wysypiam się, nadrabiam zaległości domowe i towarzyskie, odpoczywam. Leniuchuję bez wyrzutów sumienia. Wracam do równowagi.
Pomyślałam, że oprócz minicyklu o szczęściu równolegle poopowiadam Wam trochę o tym, jak wygląda życie osoby pracującej na własny rachunek, bo często o to pytacie. Dzięki internetowi i możliwościom pracy zdalnej coraz więcej osób może brać pod uwagę takie rozwiązanie. A jest ono na pewno bardzo kuszące. Obiecuje wolność, niezależność. Więcej czasu wolnego, mniej stresu. Brak szefa nad sobą, brak konieczności dzielenia miejsca pracy z ludźmi, których obecność nie zawsze jest nam miła. 
Temat to bardzo szeroki, więc na jednym wpisie się na pewno nie skończy. Mam wrażenie, że istnieje sporo fałszy…