Przejdź do głównej zawartości

Kanał lewy, kanał prawy

Robię ciągle przerywniki w opowiadaniu o wolnym podróżowaniu, bo nie chciałabym, by blog sprawiał wrażenie podróżniczego. Dzisiaj czas na kanały (bynajmniej nie weneckie). 

Ostatni czas obfituje w spotkania z czytelnikami bloga i książki. Wielka to radość - taka rozmowa twarzą w twarz z prawdziwymi ludźmi. Kocham internet miłością od pierwszego kliknięcia, ale część tej miłości wynika z faktu, że dzięki sieci udało mi się zawrzeć wiele świetnych znajomości, które dopiero w tzw. realu pokazały pełnię swojego potencjału. 
Rozmowy te przynoszą wiele obserwacji, inspiracji, pokazują mi, o czym warto pisać więcej. I jeden z wciąż powracających motywów to stwierdzenie: „byłoby mi łatwiej rozstawać się z niepotrzebnymi rzeczami, gdybym wiedział(-a), co mam z nimi robić. A ponieważ nie mam pomysłu, nie mam też siły się z nimi zmierzyć”. 

W pełni to rozumiem. Dopóki nie mam pomysłu, co zrobić z daną rzeczą lub grupą przedmiotów, ciężko zabrać mi się do porządków czy segregacji. A przecież okresowe przeglądy stanu posiadania są konieczne. Nawet jeśli jest się osobą zakupowo i konsumpcyjnie zdyscyplinowaną i nie kupuje się lub przyjmuje do swojego życia przedmiotów w sposób zbyt pochopny i nieprzewidujący, to przecież nasze potrzeby i okoliczności życiowe wciąż się zmieniają, co wymaga nieustannego dostosowywania się. Jedne przedmioty przestają być potrzebne, za to pojawiają się inne. Jeśli nie panuje się nad tymi zmianami, prędzej czy później doprowadzi to do jakiegoś dyskomfortu. Nadmiaru i nieporządku. 

Wszystko płynie.
Całe życie polega na ciągłym przepływie energii. Jeśli ten przepływ zostaje zablokowany, rodzą się kłopoty i problemy. Myślę, że również przedmioty powinny swobodnie przepływać z ręki do ręki, krążyć między ludźmi. Przechodzić od tych, którym są już zbędne, do tych, którzy uczynią z nich lepszy użytek. Z moich i nie tylko moich obserwacji wynika, że brakuje nam dobrych mechanizmów kierujących wspomnianym przepływem lub pobudzających go. Dlatego często na strychach czy w piwnicach i w zakamarkach szaf zalegają pokłady przedmiotów wcale jeszcze nie zniszczonych, na pewno zbędnych, ale zapomnianych.

W różnych krajach różne są zwyczaje. Wyprzedaże garażowe lub charity shops, aukcje charytatywne. Lecz to, że w Polsce nie mamy takich tradycji, nie znaczy, że nie możemy sobie dobrze radzić ze znajdowaniem nowych właścicieli dla naszych nadmiarów. Ale jak to robić, tak konkretnie?

Przede wszystkim komunikować otoczeniu, że chcemy się pozbyć danego przedmiotu. Pytać rodziny i znajomych. Wywieszać ogłoszenia. Można na przykład zaproponować w miejscu pracy utworzenie tablicy ogłoszeń typu „oddam/przyjmę”. Takie tablice można też znaleźć w centrach handlowych. I oczywiście w różnych internetowych serwisach ogłoszeń lokalnych. 

Częstym zjawiskiem jest upieranie się przy sprzedaży, a gdy brak chętnych na kupno, rezygnowanie z próby pozbycia się danej rzeczy. Bo skoro nie mogę na tym zarobić, to za darmo nie oddam. Niech leży, lepiej żeby leżało i gniło, niż komuś się przydało. Albo też niezgoda na to, by kto inny zarobił na nam niepotrzebnych rzeczach. Przypomina mi się pewna pani, która stwierdziła, że nie chce wrzucać ubrań do tych specjalnych kontenerów, bo firma nimi zarządzająca może te rzeczy sprzedawać i zarabiać w ten sposób. Wobec tego nie pozbywa się nienoszonych już ubrań, bo jej szkoda. A sama sprzedawać nie próbuje, bo nie ma czasu ani smykałki do tego. Można i tak, ale pytanie zasadnicze brzmi: dlaczego przeszkadza jej, że ktoś zyska na czymś, czego ona lepiej zagospodarować nie potrafi? 

Jeśli ktoś ma dobrą rękę do sprzedaży, na pewno warto próbować odzyskiwać pieniądze, szukając chętnych na kupno niepotrzebnych nam rzeczy. Jeśli nie, o wiele prościej jest robić to bezgotówkowo. Z łatwością przychodzi mi dawanie innym, ale równie łatwo przyjmuję rzeczy i nie odczuwam potrzeby rewanżowania się, jeśli dający tego nie oczekuje i wprost nie wyraża takiego oczekiwania. Zakładam po prostu, że wymiana rzeczy nie zawsze musi przebiegać dwukierunkowo. Dzisiaj ja daję coś tobie, a jutro ty dasz coś komu innemu. Nie musisz oddawać akurat mi, bo być może nasza sytuacja życiowa jest tak różna, że nie za bardzo mamy się jak sobie rewanżować. 

Trzeba sobie znajdować kanały dystrybucji rzeczy. Niektóre będą służyć przez lata, inne są krótkoterminowe. Na przykład przez parę lat oddawałam ubrania jednej z krewnych, ale gdy schudłam, okazało się, że przestałyśmy być kompatybilne rozmiarowo. Ale za to teraz mamy zbliżoną rozmiarówkę z siostrą, więc kanał uległ przekierowaniu. Książki od dawna przekazuję do jednej z podkrakowskich bibliotek szkolnych, gdzie panie nauczycielki dokonują selekcji i te pozycje, które nie nadają się dla dzieci i młodzieży, dzielą między sobą. Tekstylia domowe jedna ze znajomych odwozi do domu opieki, w którym przebywa jej krewny. Przed świętami zrobię więc przegląd również w swojej szafie, by dołączyć się do zbiórki. Zawsze coś się znajdzie - na przykład mam ładne zasłonki, które po zmianie kolorystyki ścian przestały pasować do wystroju. Kocyk z kanapy - ciepły i miękki, a pozbycie się go zachęci mnie do szybszej realizacji projektu wydziergania pledu na drutach. 

Kasia, autorka bloga Simplicite, zorganizowała niedawno zbiórkę rzeczy na rzecz Domu Samotnej Matki i sama zdziwiła się szybkością i skalą reakcji czytelników na ogłoszenie zamieszczone na blogowym profilu na Facebooku (o akcji możecie poczytać tutaj). Szybko i niewielkim wysiłkiem udało się zrobić coś pożytecznego. Takich miejsc - domów opieki, domów samotnej matki, różnych ośrodków pomocy potrzebującym - jest sporo. W każdej okolicy jakiś się znajdzie. Polska nie jest bogatym krajem, nikt mi nie wmówi, że w swoim otoczeniu nie znajdzie ludzi potrzebujących. Myślę, że świetnie byłoby, gdybyśmy wyrobili sobie nawyk myślenia o nich. Zastanawiając się nad tym, co począć z tym, co wciąż w niezłym stanie, ale nam już niezbyt lub wcale potrzebne nie jest, warto szukać takich właśnie osób lub miejsc. 

Mamy małych dzieci często przekazują sobie ubranka, zabawki, książeczki, z których ich pociechy już wyrosły. I to też jest świetny mechanizm. Przecież tempo rozwoju dziecka jest tak szybkie, że rzeczy rzadko mają szanse zużyć się u pierwszego małego użytkownika. A czasem nawet u trzeciego czy czwartego. 

Jedyna trudność w tym procesie, to przełamanie swoich oporów. Przed uwalnianiem przedmiotów i komunikowaniem otoczeniu, że mamy coś do oddania. Jednak z czasem i w miarę ćwiczeń te opory zanikają. Zamiast nich pojawia się radość z możliwości dzielenia się z innymi. Oddawanie i znajdowanie właściwych odbiorców staje się automatycznym nawykiem. Święta na horyzoncie, może to dobry czas na rozpoczęcie takich ćwiczeń i wypracowywanie sobie kanałów dystrybucji niepotrzebnych nam rzeczy. Podobnie jak wspomniana blogerka Kasia możemy wykorzystywać do szukania tych kanałów popularne serwisy społecznościowe. Każdy sposób jest dobry, ważne, by był skuteczny.

W ramach ilustracji poniżej zdjęcie kanału ;-) Nie z Wenecji, lecz z Bolonii. 


Popularne posty z tego bloga

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Lepiej

Przed urlopem pisałam o bezdzietności z wyboru. Mam jeszcze parę refleksji, które nie dotyczą istoty sprawy (mienia/niemienia dzieci), ale są z nią powiązane. 
Ludzie często lubią formułować różne złote rady czy ogólne stwierdzenia, które wydają się im słuszne i cenne: lepiej mieszkać na wsi. Lepiej mieszkać w mieście. Lepiej mieć samochód/jeździć na rowerze/poruszać się piechotą. Lepiej jeść mięso/być wegetarianinem/weganinem. Lepiej jeść gluten/nie jeść glutenu. Mieć mieć wiele dzieci/mieć dwoje dzieci/jedno dziecko/nie mieć dzieci. Lepiej biegać/ chodzić na siłownię/ćwiczyć jogę/gimnastykować się w domu. Być minimalistą/tarzać się w konsumpcji. Można by tak wymieniać w nieskończoność, wymieniłam tylko kilka dziedzin, które akurat wydają mi się częstym przedmiotem tego rodzaju sądów.
Zazwyczaj uważa się, że „lepiej” jest robić tak, jak się samemu wybrało. Często dlatego, że jest się ze swojego wyboru zadowolonym i wydaje się, że skoro nam jest z tym dobrze, to innym też pewnie będz…