Przejdź do głównej zawartości

Zajęcia z mózgowego behape

Po moim poprzednim wpisie jedna z Czytelniczek, informatyk, wyraziła zdziwienie, że również ja mam takie problemy jak ona (z utrzymaniem koncentracji), wywołane przez intensywne korzystanie z internetu. 

Cóż, daleko mi perfekcji (całe szczęście!), jak każdy człowiek mam swoje słabości i jestem do pewnego stopnia podatna na warunki zewnętrzne. Myślę, w moim przypadku kwestia wpływu internetu na umysł związana jest z dwoma podstawowymi czynnikami - cechami osobowościowymi i warunkami zawodowymi. Od ponad dziesięciu lat jestem zawodowym tłumaczem, a współcześnie tłumacz nie może się obyć bez narzędzi komputerowych i internetu. Od dekady więc niemal co dzień przebywam w sieci przez średnio osiem godzin dziennie w związku z wykonywaną pracą. Przez ostatnie pięć lat na dodatek bloguję. Oprócz tego przez internet robię zakupy, korzystam z usług bankowych, organizuję nasze podróże i często życie towarzyskie. Uczę się za pomocą netu, zarabiam, wydaję pieniądze, bawię się i odpoczywam. Środowisko internetowe wydaje mi się równie naturalnym otoczeniem jak powietrze, którym oddycham. Czuję się w nim u siebie. To, że częste bywanie w sieci, zarówno w celach profesjonalnych, jak i prywatnych i rozrywkowych, musi w końcu odcisnąć jakiś ślad na człowieku i jego zachowaniu, wydaje się dość logiczne. 

Jednak nie chcę zgodzić się na to, by taki sposób funkcjonowania negatywnie wpływał na jakikolwiek aspekt mojego życia. Wyznaję zasadę, że jeśli jakikolwiek nawyk czy zachowanie powoduje odczuwalny spadek jakości egzystencji, powinnam to przyzwyczajenie zmienić. A kłopoty z koncentracją przestały już być możliwą do przeoczenia słabostką. Trudno mi określić, w którym dokładnie momencie się tak stało, więc zapewne był to proces długofalowy i stopniowy. 

Jak wspominałam poprzednio, wspomniane zmiany w zachowaniu mózgu są odwracalne. Uff. Nie chciałabym tak działać do końca dni swoich. Dlatego zamierzam najbliższe tygodnie wykorzystać jak najlepiej do pracy nad sobą, by nauczyć się zasad niezbędnej higieny przebywania w internecie. Tak, by wyrobić sobie mechanizmy, dzięki którym nie będę popadać w przesadę ani znów tracić zdolności do długotrwałej pracy w skupieniu, gdy już uda się ją odzyskać. 

Widzę, że najtrudniej było podjąć tę decyzję, zawrzeć ze sobą umowę. Jej przestrzeganie wbrew pozorom nie jest trudne. Dla mnie przynajmniej. Nie lubię być nieuczciwa w stosunku do siebie. Nikt nie musi mnie pilnować, nie muszę sobie instalować zmyślnych aplikacji blokujących dostęp do np. Facebooka, czy innych miejsc w sieci, których wolałabym przez pewien czas unikać lub zupełnie ich nie odwiedzać. Nawet gdy musiałam przejść przez profil prywatny na FB, by przejść na stronę bloga, nie oszukiwałam. Nie czułam pokusy, by przy okazji rzucić okiem na tablicę, przejrzeć szybko ostatnie wpisy znajomych. 

Nieprzypadkowo wybrałam na ten odwyk od Facebooka i (częściowo) od internetu jako takiego właśnie ten okres - od połowy grudnia do końca stycznia. Z jednej strony to czas składania sobie życzeń - wolę, by odbywało się to mailowo, telefonicznie lub osobiście. Facebookowy wall to najgorsze miejsce do takich działań. Z drugiej strony w okresie świąteczno-noworocznym raczej nie grozi mi natłok zleceń tłumaczeniowych, łatwiej więc będzie chociaż przez pewien czas z internetu nie korzystać wcale lub w bardzo małym zakresie (np. ograniczyć się do korzystania z poczty elektronicznej). Po Nowym Roku trzeba będzie wrócić do pracy w normalnym wymiarze czasu, więc i w internecie będę przebywała częściej, jednak na pewno mniej niż do niedawna. 

Przerwa obejmie także obecność na blogu. Ostatnio wyznaczyłam sobie zadanie tworzenia wpisów trzy razy w tygodniu, w poniedziałki, środy i piątki. Do tego harmonogramu wrócę jednak dopiero 5 stycznia, ostatni wpis w tym roku przeczytacie w środę, w Wigilię.  

W tym czasie będę dużo odpoczywać, leniuchować, spotykać się z rodziną i znajomymi, czytać książki, słuchać muzyki. Robić na drutach. Także w robótkach wyznaczam sobie teraz trudniejsze zadania, wymagające utrzymania uwagi przez dłuższy czas. Bardzo podobają mi się elementy wyposażenia domu dziergane na drutach - poduszki, pokrycia na nie, pledy. Jestem właśnie w trakcie dziergania kompletu pokryć na poduszki, następny w kolejce jest miękki pled. Gdy już będzie czym się chwalić, na pewno pokażę zdjęcia. Również w przypadku rękodzieła był taki czas, gdy szybko traciłam zainteresowanie rozpoczętym projektem, porzucałam go, znudzona, wymawiając się brakiem czasu. Z trudem zmuszałam się do powrotu do pracy nad nim po kilku miesiącach, by te niedokończone dzieła nie straszyły po kątach. 

Już po pierwszym tygodniu odstawienia Facebooka (poza zamieszczaniem informacji o publikowanych wpisach na profilu bloga) oraz częściowego samoograniczenia korzystania ze stron niezwiązanych bezpośrednio z pracą zawodową lub prowadzeniem bloga odczuwam bardzo pozytywne zmiany. Myślę, że za parę tygodni będzie jeszcze lepiej. Jak pisałam wcześniej, moim celem nie jest rezygnowanie z dobrodziejstw internetu, lecz nauczenie się korzystania z nich w sposób higieniczny i nieszkodzący zdrowiu mojego umysłu. 

Popularne posty z tego bloga

Bezdzietna z wyboru

Noszę ten temat w sobie już od dawna, a zabieram się do wpisu od dobrych paru miesięcy. Wprawdzie w głowie jest gotowy, ale trudno mi się przełamać, by go napisać. Sami zobaczycie dlaczego. 
W pierwszej chwili może wydać się Wam, że sprawy, o których będę pisać w tym i kolejnych wpisach, niezbyt są związane z ogólną tematyką bloga, ale tak jest, moim zdaniem, tylko pozornie. Wszak i tutaj, i w swoich książkach dużo mówię o odwadze życia po swojemu oraz o świadomym podejmowaniu decyzji w każdej dziedzinie. 
Po raz pierwszy poproszono mnie o wypowiedź na temat bycia bezdzietną z wyboru kilka lat temu, do jakiegoś materiału prasowego. Nie czułam się jednak na siłach. Wydawało mi się to sprawą zbyt intymną. Nie chciałam też wciągać w to mojego partnera życiowego. Ma prawo do prywatności i nie musi chcieć dzielić się swoimi osobistymi decyzjami z połową internetu, jedynie dlatego, że jego żona jest blogerką i jak na blogerkę przystało, czasem psychicznie oraz emocjonalnie obnaża się w sie…

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Na rozstaju

Wróćmy do tematu niechcenia dzieci. Obiecałam wyjaśnić Wam, czym kierowałam się w procesie podejmowania ostatecznej decyzji w tej kwestii. Nie traktuję tego jako tłumaczenia się, nie widzę powodu, by się tłumaczyć. Uważam jednak, że za rzadko rozmawia się na ten temat, a Wasze pozytywne reakcje pod ostatnim wpisem potwierdzają, że jest taka potrzeba. Może gdybyśmy częściej mówili o tym, dlaczego jedne osoby pragną mieć dzieci, a inne nie, mniej emocji budziłby ten temat? Może łatwiej byłoby o tym mówić? 
Właściwie nie pamiętam, czy ktoś kiedyś pytał mnie CZY chcę mieć dzieci albo DLACZEGO nie chcę. Bywałam za to strofowana za to, że tak z tym zwlekam, nazywana egoistką, straszona starością w samotności (dzieci jako polisa na starość to mój ulubiony motyw). Pamiętam, jak kiedyś zbeształa mnie lekarka przy okazji badań okresowych, coś w tonie „najpierw czekają nie wiadomo na co, a potem mają pretensje, że nie mogą zajść w ciążę”. Dodam, że wypaliła z tym tekstem ni stąd, ni zowąd, niep…