Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2015

Dzisiaj jest życie

Rozkwitły na blogach podsumowania roku 2015. Cieszy, że ludzie mają się z czego cieszyć. Inni planują 2016. Też dobrze. Plany nikomu nie zaszkodzą, i tak los nieubłaganie je zweryfikuje. Inni postanawiają. Zrobić to, nie robić owego. Zobaczyć, spróbować. Przestać albo zacząć. Postanowienia niby nic złego, chociaż czasem, gdy nie udaje się ich zrealizować (a noworocznych nie udaje się utrzymać podobno aż w 90%), można nabrać przekonania o własnej nieskuteczności, słabej woli i braku wytrwałości. Lepiej więc zachować ostrożność, by się nie zablokować.
Wszystko to z powodu zmiany daty. Umownego systemu odmierzania czasu, który płynie sobie niezależnie od tego, czy go mierzymy, czy też nie. 
Nie wzrusza mnie ta data. Owszem, czasem obchodzę Sylwestra na prywatkach lub kolacji z najbliższymi, ale robię to tylko dla przyjemności spędzenia miło czasu z ważnymi dla mnie osobami. Bywały też Sylwestry kinowe, które mają wiele uroku, o ile człowiek zdoła nie zasnąć na czwartym seansie nad ranem…

Święta nieprzymusowe

W przedświątecznych rozmowach często słyszałam ostatnio stwierdzenia, że na Święta różne rzeczy muszą być zrobione. Musi być posprzątane na wysoki połysk, musi być dużo jedzenia, muszą być prezenty, musi być choinka i mnóstwo pięknych dekoracji.  
W pierwszych latach prowadzenia własnego gospodarstwa domowego też pielęgnowałam w sobie przekonanie o takich świątecznych „musach”. O tym, że musi być obficie i bogato. Wydawało mi się, że im więcej wysiłku włożę w przygotowania, tym lepsze będą Święta. Piękne i wyjątkowe. 
Sporo wysiłku kosztowały te starania. A i tak zawsze czegoś nie udało się zrobić, czasu było za mało i trzeba było choinkę ubierać w ostatniej chwili, albo sprzątać w pośpiechu. Grudzień nie tylko w mojej branży jest okresem nawału pracy, więc niełatwo było znaleźć czas na wszystkie zaplanowane czynności do wykonania. Niestety, przedświąteczna histeria i bieganie w gorączce sprawiały, że gdy siadaliśmy do wigilijnej kolacji, często byłam zbyt zmęczona, by się tym moment…

Minimalizm dla zaawansowanych - premiera

Cykl wydawniczy wygląda tak, że od zakończenia pracy nad książką do czasu, gdy zagości ona na półkach księgarni, mija kilka miesięcy. I tak, jak w chwili kończenia pracy świeżo napisane słowa wciąż tłoczyły mi się w głowie, prześladowały mnie na każdym kroku i przypominały przy każdej okazji, to teraz, gdy trzymam niedawno wydrukowany egzemplarz „Minimalizmu dla zaawansowanych”, patrzę na niego już trochę jak na obce ciało, chociaż mające w sobie dużą cząstkę mnie. Od wczoraj książka jest w oficjalnej sprzedaży, zarówno w wersji papierowej, jak i elektronicznej. 
Wydawało mi się niegdyś, że to napisanie i wydanie pierwszej książki będzie dla mnie jednym z ważniejszych wydarzeń w życiu, ale okazuje się, że ta kolejna wcale nie jest mniej ważna. Inaczej się ją pisało i mam do niej inny stosunek emocjonalny. Sam fakt, że ją wydano, jest po części wynikiem tego, jak pozytywnie Wy, czytelnicy, przyjęliście tę pierwszą: na stronie wydawnictwa Black Publishing „Minimalizm po polsku” gości w…

25 sposobów na upraszczanie życia

Znalazłam niedawno w czeluściach internetów (za pośrednictwem Pinteresta) zgrabny wpis na amerykańskim blogu Life at Cobble Hill Farm o wymownym tytule 25 Ways to Simplify Your Life. Pomyślałam, że warto byłoby go przetłumaczyć albo przybliżyć, bo dość często piszą do mnie osoby nieznające dobrze angielskiego z prośbami o adresy stron z polskimi tłumaczeniami np. wpisów Lea Babauty. 
Poniżej więc lista 25 pomysłów na uproszczanie życia napisana na podstawie wspomnianego posta, nieco zmodyfikowana, z moimi komentarzami (kursywą) w kilku miejscach. Jak pisze autorka listy, nie wszystkie punkty każdemu się spodobają, ale moim zdaniem może być to dobra „lista kontrolna”, dzięki której można ocenić, na jakim etapie zaawansowania w procesie upraszczania jesteśmy. Albo zainspirować się do kolejnych zmian. 
25 sposobów na uproszczenie życia:
1. Uprość garderobę - miej mniej ubrań, ale lepszej jakości i w dobrych fasonach. Dodałabym od siebie, że warto poszerzyć wiedzę na temat kupowania ubrań…

Błędy, moi przyjaciele

Pod ostatnim wpisem o zakupach jedna z czytelniczek poprosiła o radę: U mnie z zakupami nie jest aktualnie źle, chociaż kiedyś bywało różnie :) Staram się układać sobie wszystko w odpowiednim porządku w głowie, bo to przecież sedno każdych naszych poczynań.  Mam tylko taki problem - już jestem taka mądra, hop do przodu, aż tu nagle sama siebie sprowadzam ,,do parteru" i robię po staremu, niezbyt roztropnie...Cały czas zaliczam taką hiperbolę w swoim rozwoju, wznoszę się i przez myśl mi nie przejdzie, że mogłabym wrócić do starych zachowań, a tu nagle szok i spadam prosto na twarz :)  I znowu jestem na dole, i dalej ta sama historia.  Nie wiem, może nie umiem się uczyć na błędach? (!) Nad umiejętnością uczenia się na błędach rozmyślałam ostatnio często. Temat jest mi bliski, bo przez długi czas nie potrafiłam w pełni wykorzystywać porażek i pomyłek. Owszem, potrafiłam się do nich przyznawać, sama przed sobą i przed innymi także. To już nieźle, bo wiele osób ma problem z powiedzeniem:…

Królowa zakupów

Zapytał mnie czytelnik, czy mam zamiar skomentować owo zakupowe „święto”, jakim jest przeniesiony do nas z USA tak zwany „Black Friday” (czyli czarny piątek), oficjalnie rozpoczynający okres przedświątecznych zakupów, wyprzedaży i promocji. 
Moim zdaniem nie ma czego komentować. Nie moje to święto. Owszem, bawią mnie obrazy ludzi stojących w kilometrowych kolejkach, przepychanki i bójki o szczególne okazje. To jest bardzo zabawne, obserwowanie zbiorowej histerii, nadawania zakupom rangi religii czy też pełnych emocji rytuałów. Jednak cóż mi do tego, że ktoś poddaje się temu szaleństwu, poluje na promocje i zniżki, ekscytuje tym, jaką wspaniałą okazję udało mu się upolować. Nie podzielam tych radości, ale też nie widzę powodu, by potępiać. 
Czarny piątek, cyfrowy poniedziałek, dzień darmowej dostawy - wszystkie te okazje skłoniły mnie jednak do innej refleksji: nad moją osobistą zakupową ewolucją. Jedenaście lat temu, gdy zaczęłam regularnie i sensownie zarabiać, zakupy stały się dla …

Siła przyciągania

W ostatnich wpisach przewijał się temat poznawania siebie. Przypomniała mi się w związku z tym książka, którą czytałam podczas urlopu. 
Na bloga autorki, Anny Piwowarskiej, Autentyczny copywriting, trafiłam, gdy pisała o swojej „liście rzeczy do niezrobienia” i o tym, jak minimalizm pomaga jej w codziennym życiu. Ucieszyłam się, gdy wydała książkę „Autentyczność przyciąga”o koncepcji budowania marki na autentycznym przekazie. Nie zawiodłam się na tej lekturze, chociaż pewnie nie sięgnęłabym po nią w księgarni, gdybym wcześniej nie znała bloga Ani - po prostu niezbyt interesują mnie zagadnienia marketingu i budowania marki, chociaż być może jako blogerka powinnam być nimi bardziej zainteresowana. 
Jednak ta książka nie jest typowym poradnikiem biznesowym (na które mam alergię). Podpowiada przede wszystkim, jak pracować nad swoim przekazem do świata tak, aby był on szczery, prawdziwy i przejrzysty. Opiera się na konkretnych przykładach, prawdziwych historiach, nie teoretyzuje. Z mojego…

Ascetyczny suchar

Wracam do tematu poruszonego w cytowanym przeze mnie w ostatnim wpisie komentarzu czytelniczki Iwony. Czy minimalizm musi być pokrewny ascezie i czy oznacza rezygnację z wszystkiego, co nie jest absolutnie do życia niezbędne, z wszelkiej wygody, możliwości wyboru, estetyki i ozdób? 
Myślę, że w skrajnym wydaniu może tak wyglądać. Są ludzie, którzy po prostu takie ascetyczne podejście mają w naturze, są też tacy, którzy stosują go świadomie, aby doskonalić ducha, kształtować charakter. Bądź uważają, że posiadanie czegokolwiek ponad to zupełne minimum jest marnotrawieniem pieniędzy, czasu i sił życiowych. I jeszcze tacy, którzy żyją w biedzie, bo tak im się życie układa i nie nazywają siebie minimalistami, bo rzecz jasna woleliby mieć więcej niż owo minimalne minimum. Tęsknią za wygodą, wyborem i ozdobami, bo ledwo stać ich na zaspokojenie podstawowych potrzeb życiowych.
Wielokrotnie zadawałam sobie pytanie o to, czy chcę dążyć do takiej ascezy, jaką na przykład propaguje Leo Babauta. …

A ja nie mam lajfstajla

Pod ostatnim wpisem czytelniczka Iwona zamieściła ciekawy komentarz, na który postanowiłam obszerniej odpowiedzieć, bo dotyka bardzo ważnej kwestii: Czytając wiele o minimalizmie, zastanawiam się nad tym, czy opisujące go osoby piszą jeszcze o minimalizmie czy już o czymś, co lepiej było nazwać optymalizmem lub funkcjonalizmem. Tak naprawdę minimalizm to minimum tego, co potrzebujemy i w moim odczuciu to, co wzięłaś ze sobą, to był ten zestaw minimum i nic nie brakowało. Wszystko ponad to, to już coś ekstra. Dlatego patrząc, zwłaszcza na blogi kobiet, które "udowadniają" rozlicznymi kreacjami, że są minimalistkami, widzę że jest tam dużo ponad to co, jest dla nas minimalne. Bardziej przemawia do mnie 100 rzeczy klasyka minimalizmu Babauty - bo to rzeczywiście jest ograniczanie się do tego, co absolutnie niezbędne. Rzecz oczywiście nie w tym, żeby odliczyć do setki. Ale minimalizm jest w moim przekonaniu pokrewny ascezie - czyli nie powinno się tam znaleźć nic, co…

Nieprzyozdobiona

W dwóch ostatnich wpisach przedstawiłam Wam swój urlopowy bagaż i zdałam relację z tego, jak funkcjonowało mi się z niewielkim zestawem garderoby podczas trzytygodniowego wypoczynku. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że podróżowanie z małą ilością ubrań nie jest jakimś szczególnym wyczynem. 
Nieraz już pisałam i mówiłam o tym, że dla mnie minimalizm jest procesem poznawania siebie. Budowania świadomości siebie (o czym ciekawie pisze Kasia z jednego z moich ulubionych blogów). Każde z zadań, które sobie wyznaczam na tej drodze, ma mi pomóc dowiedzieć się czegoś nowego o sobie samej. Czasem czegoś zupełnie małego, a czasem kwestii o kluczowym znaczeniu. 
Oszczędne pakowanie się jest jednym z lepszych tego rodzaju ćwiczeń, zresztą podróżowanie zawsze jest ciekawą lekcją. Pod względem praktycznym radzenie sobie z kilkoma zaledwie sztukami odzieży nie było niczym trudnym. Ciepły klimat, więc wyprane ubrania szybko schły, nie doświadczyłam niedoboru. Jak wspominałam poprzednio, wybrany zes…

Zamienię bikini na kożuch

Dzisiaj, chociaż to pierwsza połowa października dopiero, od rana w Krakowie pada gęsty śnieg, zresztą podobno nie tylko u nas. Przy tak zimowym krajobrazie za oknem przeglądanie zdjęć do wpisu na temat moich wniosków dotyczących bagażu zabranego na tydzień temu zakończony urlopowy wyjazd na Kretę było całkiem przyjemne, ale trudno uwierzyć, że jeszcze jakieś 10 dni temu wygrzewałam się na plaży w bikini. Dzisiaj stosowniejszym odzieniem byłby raczej kożuch. Nie narzekam jednak, wprawdzie zimowa aura jest zaskoczeniem, ale pozwala oswoić się z myślą o zimie. Od paru lat lubię zimne pory roku, ale chyba nie tylko ja wolę, by następowały mniej gwałtownie. 
Do rzeczy jednak. We wpisie Błękitne latoprzedstawiłam bagaż, jaki zabrałam ze sobą na wspomniany 3-tygodniowy wyjazd. Celowo bardzo ograniczyłam ilość spakowanej garderoby. Dla mnie jednym z ważnych minimalistycznych ćwiczeń jest dobrowolne stawianie się w położeniu niekomfortowym wtedy, gdy okoliczności tego od nas nie wymagają. P…

Według czasu greckiego

Trudno wdrożyć się do zwykłego rytmu życia po trzytygodniowym urlopie. Nie wiem, czy prędko będę miała znów możliwość tak długo wypoczywać, więc wciąż jeszcze rozkoszuję się tym rozleniwieniem. Wprawdzie nie był to zupełnie beztroski czas, z przyczyn niezależnych ode mnie nie mogłam na wyjeździe całkowicie odciąć się od spraw pozostawionych w Polsce, trzeba było podejmować rozmaite decyzje i mieć jedno oko na skrzynkę e-mailową, ale i tak udało się odetchnąć, nacieszyć ukochanymi miejscami i znajomymi. Szczegółową relację z tego, jak sprawdził się mój skromny ilościowo bagaż, a także inne wakacyjne refleksje pozostawiam na kolejne wpisy, dzisiaj na rozgrzewkę, by przełamać wakacyjne lenistwo, dzielę się z Wami migawkami z podróży po Krecie. 

Błękitne lato

Zgodnie z zapowiedzią, dzielę się dzisiaj z Wami swoim pomysłem na spakowanie się na wakacyjny wyjazd 3-tygodniowy. Jedziemy na południe Krety, nasze ulubione urlopowe miejsce od 10 lat. W tym czasie udało się zawrzeć kilka sympatycznych znajomości, dzięki któremu czujemy się tam nie jak turyści, ale mile widziani goście i przyjaciele. Ciągłe powracanie do tej samej miejscowości ma też zalety ekonomiczne - jako „swoi” dostajemy lepsze oferty cenowe i nie przepłacamy za noclegi. 
Zaznaczam, że podróżujemy na własną rękę, stali czytelnicy znają moją awersję do biur podróży i gotowych pakietów. Prawda, bywają korzystne pod względem finansowym, ale wspomnienia pracy w charakterze pilota wycieczek skutecznie wyleczyły mnie z podróżowania w takim  trybie. Wolimy korzystać z tanich przelotów, przemieszczać się i szukać noclegów samodzielnie. W hostelach, rodzinnych pensjonatach, prywatnych kwaterach. Fakt, oznacza to brak luksusów, rzadko pozwalamy sobie na noclegi w droższych miejscach, zaz…

Bliskość rzeczy w „Znaku”

Już dwukrotnie w miesięczniku „Znak” poruszano tematykę rzeczy, wrześniowy numer zamyka ten tryptyk, ponieważ jest poświęcony relacjom, jakie mogą łączyć człowieka z rzeczami. Ponieważ rekomendowałam Wam poprzednie dwa numery (tutaj i tutaj), poproszono mnie, abym wspomniała także o bieżącym nr 724 zamykającym cykl. Spis treści możecie podejrzeć tutaj.
Przyznaję, że znużyła mnie ta lektura, chociaż niewątpliwie ciekawa i dająca do myślenia. Po prostu na tym etapie, kiedy sama już własny stosunek do rzeczy mam przepracowany i uważam, że bardzo zdrowy, nie mam już siły ani ochoty czytać dywagacji na tematy takie, jak przykładowo to, czy rzeczy mają pamięć.
Pewne rozbawienie wzbudził we mnie fakt, że wprawdzie dwukrotnie w numerze pojawiają się wzmianki o minimalizmie, lecz za każdym razem ograniczające się do tego krzywdzącego stereotypu, jakoby minimalizm miał polegać na posiadaniu stu lub mniej rzeczy. Myślałam, że tyle już zostało powiedziane i napisane na ten temat, że w tak poważn…

Ściskając w ręku kamyk zielony

Tak, wiem, oficjalnie wakacje się skończyły. Dla mnie jednak jeszcze się nie zaczęły. Dopiero za 11 dni ruszę w drogę. Wiem, że nie tylko ja lubię podróżować we wrześniu i październiku, mam więc nadzieję, że nie będziecie mieć za złe tematów związanych z podróżowaniem. 
Przy okazji niedawnej ankiety jedna z Czytelniczek zadała takie pytanie: Mam problem z minimalizmem w kwestii bagażu, w jaki sposób uwolnić się od tych wszystkich przedmiotów, które mogą się przydać (pilniczki, nadmiar ubrań, żelazko...), oraz chęcią obejrzenia wszystkiego i wewnętrznego ciśnienia, że musi być wspaniale.
Drugą część pytania zostawię sobie na inną okazję, zatrzymajmy się na razie przy pierwszej kwestii. Oczywiście na minimalistycznych blogach znajdziecie sporo wpisów na ten temat, pojawia się on właściwie zawsze, gdy mowa o życiowym minimalizmie. Przede wszystkim dlatego, że chyba w żadnej innej dziedzinie skutki jego stosowania nie są aż tak bardzo zbawienne, chociaż na pewno potrzeba trochę czasu oraz…

Procesy w tle

Praca nad książką, która powoli dobiega końca, pomogła mi uświadomić sobie, że pewien etap życia mam już za sobą. 
Mniej więcej sześć lat temu, prawie siedem, przeczytałam po raz pierwszy o koncepcji minimalizmu. Byłam wtedy zagubioną i sfrustrowaną osobą, pogrążoną w kompleksach i uzależnioną od zakupów. Niezbyt szczęśliwą, właściwie nie wiadomo dlaczego. 
Stopniowo zaczęłam wprowadzać zmiany w swoim życiu, najpierw małe, potem większe. Zyskiwałam doświadczenie i wiedzę o sobie. Zaczęłam pisać bloga, co bardzo pomogło w tym procesie, nabierającym coraz większego rozpędu.
Upraszczałam, eliminowałam. Najpierw w sensie materialnym, a potem coraz bardziej także w innych wymiarach. Porzuciłam mnóstwo fałszywych wyobrażeń o sobie, życiu i świecie. Różne blokujące mnie przekonania i lęki. Dzięki minimalizmowi przebudowałam swój mikrokosmos, zrobiłam porządki nie tylko w szafach, ale przede wszystkim w niegdyś pogrążonej w chaosie głowie.

Skazane na stosik

Zapytała jedna z czytelniczek, w jaki sposób przeprowadzam selekcję książek, bo, jak twierdzi, w jej przypadku metoda z wyrzucaniem na środek pokoju  nie działa, wszystkie wróciły na regał.

Od dłuższego czasu stosuję metodę stosikową. Wiem, że stosiki książek kojarzą się raczej z blogami bibliofilskimi, gdzie symbolizują pozycje oczekujące na przeczytanie. Moje układanie poziomo książek w kupkę ma jednak zupełnie inną funkcję. Podczas porządkowania regału ustawiam pionowo (czyli normalnie) te pozycje, co do których nie mam żadnych wątpliwości, że zostają.

Natomiast wszystkie te, które budzą wątpliwości lub na pewno są przeznaczone do wydania bądź sprzedania, kładę na wyznaczonej półce na płask, ułożone jedna na drugiej. I tak sobie leżą przez pewien czas, do momentu, gdy będzie okazja coś z nimi zrobić: sprzedać, przekazać do biblioteki, dać komuś w prezencie. W tym okresie mogę oczywiście zmienić zdanie, ale bardzo rzadko się to zdarza.

Ora et labora, ale mniej

Za dużo pracuję, do takiego wniosku doszłam ostatnio. A stanowczo za wiele, jak na minimalistkę (tu puszczam oko). 
Tym materialnym minimalizmem, rzeczowym, czuję się już przesiąknięta na wylot. Jak zwierzałam się ostatnio, znowu poczyniłam postępy, pozbyłam się kolejnej porcji tego, co raczej niepotrzebne, ale wcześniej wydawało się prawie niezbędne. Książki wyprzedaję na allegro. Różnych gadżecików i szpejów trochę po raz kolejny wywędrowało, szafa przewietrzona. Dobrze jest. Widzę jeszcze pewien potencjał i jestem przekonana, że to nie koniec tej drogi (a przecież to już szósty rok mojej wielkiej minimalistycznej przygody...). 
Jednakowoż (uwielbiam to słowo!) wciąż jeszcze sporo mam do zrobienia pod względem robienia mniej. Z natury jestem osobą pracowitą. Lubię być aktywna. Nie to, żebym nie potrafiła wypoczywać. Umiem się wyluzować, nie myśleć o pracy po jej zakończeniu. Ale zbyt rzadko pozwalam sobie na bezczynność. Kilka dni temu położyłam się na chwilę, by odpocząć, lecz bez…

Wyprzedaż książek na allegro

Podaję Wam łącze do moich aukcji w serwisie allegro, sprzedaję parę książek po sprzątaniu biblioteczki domowej. Kilka już się sprzedało - co mnie cieszy, bo myślałam, że gorzej z tym będzie. Znajdziecie je tutaj (tak, Piglet_2004 to ja, niech żyją lekko obciachowe nazwy użytkownika). Zapraszam! Za jakiś czas dodam jeszcze parę, to raczej nie koniec sprzątania.

Ciężar względny artefaktu

Złapałam ostatnio taką dobrą fazę minimalistyczną. Bardzo łatwo idzie mi odpuszczanie i żegnanie się z rzeczami - materialnymi - z którymi wcześniej jakoś pożegnać się nie byłam w stanie. Szafki pustoszeją coraz bardziej. 
Niektóre drobiazgi oddaję za darmo, inne sprzedaję za drobne kwoty. Głównie przez OLX (wciąż nie mogę nadziwić się tej kuriozalnej zmianie nazwy, co było złego w Tablicy?!). Suknia ślubna w komisie (chyba, może się już sprzedała), inne ciuchy poszły do Siostry i dalej jeszcze w świat. Książki czekają na wystawienie na allegro (dam Wam znać, może coś komuś wpadnie w oko). Biżuteria przejrzana. Wczoraj sprzedałam kilka monet w sklepie numizmatycznym. Chyba to jeszcze nie koniec w tym rzucie oczyszczania.

Mikrozmiany

Tak Was podpytywałam o to, co konkretnie Was uwiera czy blokuje, udzieliliście wiele ciekawych odpowiedzi, więc czas zacząć odpowiadać na zadane pytania. Pod wpisem Gdzie zaczynają się schody Makate zadała takie pytanie: Kolejna rzecz, która wydaje mi się trudna, to opis procesu, kolejnych kroków, może rady odnośnie tego od czego zaczynać, kiedy ma się poczucie że wszystkie aspekty życia są zbyt "fast"? Dla mnie ogromna trudność polega na tym, że nie mogę wziąć urlopu na dwa tygodnie, by dokonać w trakcie nich radykalnej zmiany - muszę wciąż rano ubrać się, umalować, spędzić osiem godzin w pracy, itd. A na zmianę życia znaleźć czas "gdzieś pomiędzy" - czyli gdzie? Oczywiście zdaję sobie sprawę, że takie mityczne dni wolne od wszystkiego, przeznaczone tylko na zmianę, niekoniecznie rozwiązałyby problem - przecież zmiany, które będę wdrażać, mają dotyczyć codzienności, więc muszą się też w niej zadziać. Ale jest dla mnie trudną rzeczą znalezienie na to wszystko czasu…

Ogólnopolskie wietrzenie szaf

Przepraszam za niezaplanowaną przerwę w pisaniu. Kilka dni temu zastrajkował mój komputer, czym niemal przyprawił mnie o atak serca, bo postanowił zrobić to akurat wtedy, gdy zapomniałam zapisać kopię zapasową książki, a właśnie udało się napisać całkiem spory fragment, z którego byłam szczególnie zadowolona. Na szczęście sprzęt udało się reanimować, skopiować wszystkie konieczne dane i znaleźć rozwiązanie problemu, ale trochę czasu nam to zajęło. 
Jednocześnie dziękuję Wam jeszcze raz za odpowiedzi w ankiecie i przysłane e-maile, bardzo ciekawe są Wasze wypowiedzi i dały mi do myślenia pod wieloma względami. Cieszę się, że daliście się namówić na podzielenie się spostrzeżeniami. Z pewnością je wykorzystam.
Awaria komputera przeszkodziła mi w podzieleniu się opinią na temat książki, które ukazania się wyczekiwałam od czasu, gdy dowiedziałam się o projekcie jej wydania. Wiedziałam, że spod ręki tej autorki nie może wyjść pozycja niewarta przeczytania. I nie zawiodłam się, a wręcz prze…

Gdzie zaczynają się schody

Z wielkim zaciekawieniem przyglądam się na bieżąco wynikom ankiety poświęconej Waszym ulubionym tematom wpisów na blogu. Przyznaję, że mnie zaskoczyły. Nie spodziewałam się, że pierwsze miejsce z tak dużą przewagą zajmie temat „Porządkowanie, pozbywanie się przedmiotów”, a za nim uplasuje się „Oszczędzanie”. Wydawało mi się, że są to kwestie już do bólu przegadane na wszystkie strony, nie tylko na tym blogu, tak wiele jest przecież poradników czy wpisów w internecie, artykułów prasowych. 
Rozmawiałam o tym z kilkoma osobami, napisała do mnie też jedna czytelniczek, że „potrzebuje porządnego kopa, bo wolno jej idzie to porządkowanie”. Z tych rozmów wynikło, że chociaż wiele napisano i powiedziano na wspomniane tematy, brakuje chyba takiego głębszego przeanalizowania psychicznych i emocjonalnych uwarunkowań tych procesów, podpowiedzi, jak radzić sobie z blokadami, zahamowaniami czy lękami. Wiele mówi się o tym, co trzeba zrobić (pozbyć się nadmiaru, zaprowadzić porządek, mniej kupować),…

Miniankieta - tematyka bloga

Zastanawiam się ostatnio, w jakim kierunku poprowadzić bloga, mam swoje pomysły, ale chciałabym także poznać Wasze zdanie. Czasem docierają do mnie głosy, że brakuje Wam takich bardziej praktycznych wpisów, jakich sporo było na początku mojego blogowania, tej czysto materialno-fizycznej strony życia.
Na dole strony znajdziecie małą ankietkę z kilkoma propozycjami tematyki wpisów, można odpowiadać przez najbliższy tydzień, ciekawa jestem, jakie wpisy czytacie najczęściej. Można zaznaczyć kilka odpowiedzi. Jeśli macie jakieś inne propozycje tematów, które uważacie za ważne i potrzebne akurat na tym blogu, wpisujcie proszę w komentarzu pod tym wpisem. Co lubicie, a co zupełnie Was nie interesuje?
Co do częstotliwości wpisów - do czasu, gdy skończę książkę, raczej trudno będzie mi publikować częściej niż raz w tygodniu, ale dzisiejszy wpis się nie liczy, w tym tygodniu jeszcze napiszę :) 
I pytania czysto hipotetyczne: czy chcielibyście czasem zobaczyć mnie w krótkim filmiku (chociaż na …

W cudzych butach

Pisałam kiedyś o tym, że nie należy porównywać się do innych. Jesteśmy niepowtarzalni i w tym tkwi piękno człowieka - każdy jest odmienny. Nikt nie jest lepszy ani gorszy. 
Porównywanie się nie ma sensu z wielu względów, ale wiem, że trudno się od niego odzwyczaić. Od dzieciństwa jesteśmy w nim ćwiczeni, ale przede wszystkim tkwi w naszej naturze, wychowanie i kultura jedynie wzmacniają tę tendencję. Można jednak starać się nad nią panować i pamiętać o tym, że nie służy rozwojowi.
Myślałam sobie o tym ostatnio, że warto go unikać jeszcze z jednego ważnego powodu. Podstawą do porównania jest dokonanie oceny człowieka, do którego się przymierzamy, a nasze postrzeganie innych ludzi jest przecież bardzo fragmentaryczne, nigdy nie znamy całości obrazu. Nie siedzimy innym w głowach, nie znamy dokładnie ich historii, nie wiemy, co ich gryzie po nocach. Ktoś, kto wydaje się nam uosobieniem sukcesu, może w zaciszu domowym wypłakiwać sobie oczy z samotności albo upijać się do lustra. Śmierdząc…

Skupiona

Wpadam na chwilę, by Was przeprosić za milczenie, wiem, że stali Czytelnicy niepokoją się, gdy przez dłuższy czas nie pojawiają się nowe wpisy. Będę szczera - sporo mam ostatnio tłumaczeń (nowy klient), a w zeszłym tygodniu na kilka dni wyjechałam z siostrą, aby nieco odpocząć i nabrać sił przed kolejnymi pracowitymi tygodniami. Jednak przede wszystkim skupiam się teraz na drugiej książce i podobnie jak przy poprzedniej, trudno mi odrywać myśli od wątków rozwijanych w książce. Nie chcę zamieszczać byle jakich wpisów, żeby tylko opublikować cokolwiek. 
Od samego początku istnienia bloga tak było - okresowo miałam dla niego więcej czasu, okresowo zdecydowanie mniej, a jednak przetrwał, więc przeżyje i obecne lekkie zaniedbanie. Wpisy na pewno będą się pojawiały, z tym, że czasem rzadko i nieregularnie. Pozdrawiam Was serdecznie, do poczytania wkrótce!

Newsweek Psychologia

Dzisiejszym wpisem chciałam zaanonsować małą przerwę w pisaniu - wyjeżdżam na tydzień, kolejnej notki możecie się spodziewać pod koniec przyszłego tygodnia. Natomiast w międzyczasie, gdyby komuś wpadł w ręce magazyn Newsweek Psychologia, znajdzie tam tekst mojego autorstwa Mniej znaczy pełniej.Miłej lektury i do zobaczenia wkrótce!

Coś słodkiego dla Mareczka

Wydawało mi się, że już pisałam na ten temat, ale od czasu do czasu pojawia się w rozmowach i myślę, że warto do niego wrócić, nawet, jeśli gdzieś kiedyś już się tu pojawiał. Sprawa pozornie niezwiązana z minimalizmem. Ale tylko pozornie. 
Uzależnienie od słodyczy - choroba współczesności. Najbardziej poraża mnie jego skala, gdy obserwuję znajome dzieci. Słodkie serki, deserki, jogurciki też słodzone, bułeczki, rogale z czekoladą, smarowidła z cukrem, słodzone kolorowe napoje, pseudosoczki z koncentratu, batoniki, płatki śniadaniowe - oczywiście z cukrem i syropem glukozowo-fruktozowym... i długo, długo można by jeszcze wymieniać. Nawet wodę się słodzi i zaprawia jakimś chemicznym smakiem. Trudno się dziwić, że już kilkulatki zapadają na cukrzycę typu drugiego. 
Oglądałam niedawno film o pewnym plemieniu żyjącym w dżungli (dokładnej lokalizacji nie pamiętam), wciąż jeszcze z zachowaniem tradycyjnych zwyczajów, z dala od cywilizacji. Dwóch śniadych panów szło zbierać miód. Musieli wsp…

Mniej

To jedna z książek, których nie mogłam się doczekać. Jednak gdy się ukazała, były jakieś kłopoty z publikacją wersji cyfrowej. Wypatrywałam tego e-booka, wypatrywałam, aż pewnego wieczora zupełnie przypadkowo znalazłyśmy się w jednej przestrzeni z Adą Augustyniak, którą możecie pamiętać z tekstu sto lat temu opublikowanego w Wysokich Obcasach. Nie znałyśmy się wcześniej, więc spotkanie było dość poruszające. Wspólnie ponarzekałyśmy na ów artykuł, a potem Ada zapytała, czy czytałam Mniej Marty Sapały. Bo dostała w prezencie, a to dobra lektura. Pożyczyła mi ją więc, a ja ucieszyłam się, że nie będę musiała jej kupować, bo przecież trochę niezręcznie kupować książkę o niekupowaniu, nieprawdaż? 
Jednak nawet, gdybym ją kupiła, nie żałowałabym wydanych złotówek. 

Książka ma charakter reportażu. Dokumentuje wyniki i obserwacje z eksperymentu, w którym wzięło udział dwanaście gospodarstw domowych, łącznie z samą autorką i jej rodziną, polegającego na radykalnym ograniczeniu konsumpcji prze…

Sprzątanie w głowie

Ostatnio od kilku osób usłyszałam podobny komunikat: że potrzebują nie tyle posprzątać swoje otoczenie, ale zrobić porządek w swojej głowie. Koleżanka stwierdziła na przykład, że panuje w niej hałas, chaos i niezrozumiały pośpiech. 
Myślę, że wiele jest możliwych metod na takie sprzątanie. Na pewno skuteczną jest medytacja - o tym opowiadała mi inna koleżanka, jak medytując, pozbywa się niepotrzebnych myśli, starych uprzedzeń, całego tego męczącego balastu. 
Mi bardzo pomaga pisanie, bo wymaga ułożenia sobie myśli, szukania powiązań, ciągów logicznych, przyczyn problemów i uzasadnień wyborów.  
Jednak moją ulubioną metodą jest porządkowanie otoczenia. Przez ostatnie lata, pozbywając się zbędnych przedmiotów i chaosu z mieszkania, uporałam się również z bałaganem umysłowym. Selekcja, segregowanie, układanie skłaniały do refleksji i pracy nad sobą. 
Nadal gdy potrzebuję przemyśleć jakieś zagadnienie albo mam jakieś poważne zadanie umysłowe, najpierw sprzątam. W szafie z ubraniami albo …

Magia sprzątania

Długo przeglądałam tę książkę w księgarni i już miałam ją odłożyć, gdy wpadł mi w oko fragment, który sprawił, że postanowiłam jednak ją nabyć, chociaż, prawdę mówiąc, właściwie nie jest mi potrzebna, bo opowiada o sprawach doskonale mi znanych. 
Oto ona, wydana przez Muzę Magia sprzątania. Japońska sztuka porządkowania i organizacji. Autorką jest Japonka, Marie Kondo: 

Nie potrzebowałam tej lektury, bo od dawna w naszym domu nie ma bałaganu. Owszem, zdarza się czasem nieład, ale po niegdysiejszym chaosie nie ma już nawet śladów. A książka pani Kondo opowiada o jej metodzie sprzątania, która polega na radykalnym pozbyciu się całego nadmiaru przedmiotów z domu. Raz na zawsze i na dobre. Namawia, by zrobić to stanowczo i jednorazowo.

Zablokowana

Skoro mówimy o wolności, warto też wspomnieć o uwalnianiu się. Często podczas spotkań lub e-mailowo pytacie mnie, jak radzić sobie z  blokadami emocjonalnymi, na które natrafiacie oczyszczając swoją przestrzeń. Wtedy, gdy jakiś przedmiot na pewno nie jest już potrzebny, ale z jakiegoś powodu nie umiecie się z nim rozstać. 
To nie jest łatwa sprawa, bo przecież nie chodzi o samą rzecz, lecz o emocje, wspomnienia lub obawy, które się z nią wiążą. Czasem łatwo je zidentyfikować, na przykład w przypadku sukni ślubnej czy innego elementu garderoby, który kojarzy się z jakimś nasyconym uczuciami momentem życia. Wydaje mi się, że najlepszym sposobem na opór, który czujemy, próbując pozbyć się takiej pamiątki, jest ... przeczekać ją. Po kilku nieudanych próbach może okazać się, że z upływem miesięcy czy lat na tyle  oswoiliśmy się z myślą o pożegnaniu, że przychodzi ono w końcu bezboleśnie. Okoliczności się zmienią, wspomnienia może ciut wyblakną albo przestaniemy przywiązywać do nich aż tak…

Mieć wszystko, nie mając niczego

Po świątecznej przerwie wróćmy do tematu wewnętrznej wolności. Dzisiaj chciałam trochę przekornie poczęstować Was kolejnym z ulubionych fragmentów książki Dominique Loreau Sztuka minimalizmu w codziennym życiu (przełożyła Angelina Waśko-Bongiraud, Wydawnictwo Czarna Owca 2012). Nieco przekornie, bo wielokrotnie mówiłam i pisałam o tym, że minimalizm to nie tylko rzeczy, a tu proszę. Przywołuję ten fragment, bo wiosna jest znakomitym czasem do ćwiczeń owej regularnej praktyki oczyszczania, przy okazji wietrzenia i porządków, gdy pozbywanie się tego, co zbędne, przychodzi naturalnie, lekko, niemal bez żalu.  
Nie tyle liczba i różnorodność posiadanych przez nas rzeczy stanowi problem, ile przywiązanie, które im okazujemy. Kiedy przywiązanie słabnie i zanika, odkrywamy nową wolność: nie obawiamy się już stracić tego, co, jak się nam wydawało, należało do nas.Przywiązani do dóbrmaterialnych jesteśmy nimi owładnięci i tym samym nie możemy być panami samych siebie. Zapewnienie sobie materia…

Energetycznie

Typowo kwietniowa aura nie rozpieszcza nas w te Święta i gdzieniegdzie nawet można zobaczyć śnieg. Jednak wiosna nieubłaganie nadchodzi. Życzę więc Wam, byście tej wiosny mieli wiele energii, by był to czas ciekawych nowych początków, dobrych kontynuacji i przemyślanych trwałych zmian. I oczywiście życzę Wam wesołych Świąt Wielkanocnych w otoczeniu osób, których towarzystwo daje Wam radość!

Simply

Gdy dziewczyny z działu marketingu marki Tołpa przesłały mi zapytanie o przyłączenie się do działań komunikacyjnych związanych z ich nową liniątołpa:®simply, którą dystrybuuje Biedronka, stwierdziły: ale możliwe, że nie będziesz chciała, bo pewnie nie chcesz być kojarzona z zakupami w dyskoncie. Zabawne. Niedawno również jedna z Czytelniczek napisała do mnie sympatycznego maila, w którym wyraziła zaskoczenie, że taka „światowa osoba” jak ja zachwyca się urokami codzienności i jej zwyczajnością. 
Nie czuję się światowa i nie chciałabym sprawiać wrażenia osoby, która żyje z dala od rzeczywistości. Staram się stać obiema nogami mocno na ziemi i nie tracić z nią kontaktu. Jedynym powodem, dla którego mogłam odrzucić propozycję uczestniczenia w kampanii Tołpy, było unikanie płatnych treści reklamowych na blogu. Dlaczego czynię od tej zasady wyjątek, wyjaśnię na koniec.
Pomyślałam, że warto przy okazji napisać o dyskontach i tym, że dla niektórych ludzi kupowanie w nich jest sprawą wstydliwą,…

Duch swobodny i spokojny

W ramach objaśnienia do ostatniego minicyklu wpisów o wewnętrznej wolności, który niektórym osobom może się wydawać zupełnie niezwiązany z tematyką bloga - minimalizmem i dobrowolną prostotą... Takie odniosłam wrażenie. 
Wbrew pozorom są to tematy ściśle powiązane. Minimalizm to dążenie do życia intencjonalnego, świadomego. Do osiągnięcia spokoju ducha, za którym tak wiele osób tęskni, a niewielu udaje się go osiągnąć. Do tego, by nie zakłócać odczuwania radości istnienia.
Ćwiczenie uniezależniania swojego dobrego samopoczucia od zewnętrznych okoliczności i ocen otoczenia oraz nauka nieprzeceniania znaczenia własnej osoby dla świata, uwalnianie się od swojego ego - czyli ćwiczenie wewnętrznej wolności - temu właśnie służą. 
Łatwo to przeoczyć. Owszem, pozbywanie się fizycznego nadmiaru, wprowadzanie porządku w otoczeniu, eliminowanie zbędnych obciążeń materialnych, też są w tym procesie (bardzo!) potrzebne, ale stanowią tylko część koniecznych do wykonania kroków. Bez pracy w wymiarz…

Kochani krytycy

Kolejnym krokiem na drodze do wewnętrznej wolności jest opanowanie umiejętności radzenia sobie z opiniami na swój temat. Zdystansowania do ocen wystawianych nam przez otoczenie. Nie przejmowania się tym, co myślą i mówią o nas inni.

Łatwo powiedzieć: nie przejmuj się! Od małego wpaja się przecież ludziom, że trzeba podobać się otoczeniu, zdobywać dobre oceny, dążyć do bycia lubianym i akceptowanym. Trudno sobie poradzić z reagowaniem na krytykę, bo oznacza ona, że jednak nie udało się dopasować do oczekiwań. Gdy świat wystawia ci jedynkę, bierzesz sobie to do serca i obiecujesz sobie, że bardziej się postarasz, by następnym razem ocena była wyższa. Próbujesz więc dopasowywać się do oczekiwań oceniających osób. Zmieniasz się lub próbujesz zmienić, lecz wtedy okazuje się, że kryteria oceny w międzyczasie uległy zmianie. Albo komisja oceniająca ma inny skład i nie podobają się jej zupełnie inne aspekty twojej osoby niż te wytykane uprzednio.

Innym sposobem radzenia sobie z negatywnymi o…

Państwo Niedoskonali

Rozmawiamy ostatnio o budowaniu wewnętrznej siły i o wielu aspektach, które się na to poczucie składają. Mowa była o porównywaniu się z innymi i o właściwym poziomie samooceny. 
Zaniżona samoocena przeszkadza w rozwoju, hamuje go i sprawia, że człowiek czuje się podle sam ze sobą. Wyobraża sobie, że składa się w większości z wad, a ewentualnych zalet ma niewiele i niczym są wobec ogromu jego ogólnej niedoskonałości. 
Jednak gdy obserwuję ludzi, często odnoszę wrażenie, że wiele osób albo ocenia siebie nadmiernie wysoko, albo, nawet jeśli zna swoje wady i słabe strony, za żadne skarby świata nie przyzna się do nich przed światem. Bo trzeba być ideałem albo przynajmniej udawać, że się nim jest. Błędów nie popełniać. Słabości nie okazywać. 
Moim zdaniem takie podejście tak samo blokuje możliwości rozwoju jak przekonanie o swojej beznadziejności. Jeśli nie dostrzega się w sobie cech uciążliwych dla otoczenia albo utrudniających życie samego posiadacza, nie ma się świadomości, że można by…

Taka jak wszyscy

W komentarzach pod poprzednim wpisem, w którym zaczęliśmy rozmowę o rozwijaniu wewnętrznej wolności, pojawiły się głosy na temat niskiej samooceny pogłębianej przez porównywanie się z innymi.
Moim zdaniem zaniżone poczucie własnej wartości nie jest skutkiem porównywania się z kimkolwiek. Raczej jest odwrotnie. Osoba, która źle ocenia samą siebie, wciąż przyrównuje się do spotykanych osób, w nadziei, że w końcu spotka kogoś, przy kim będzie mogła poczuć się chociaż raz lepsza (ładniejsza, mądrzejsza, dowcipniejsza itp.). Jednak i tak jest przekonana, że zawsze w takich porównaniach wypada niekorzystnie. Jednocześnie oczekuje od otoczenia akceptacji, której sama sobie dać nie potrafi. Chce, by inni przekonywali ją, że jednak nie jest tak straszna i beznadziejna, jak się jej wydaje. A gdy otoczenie jej takich sygnałów nie daje, pogrąża się coraz bardziej w przekonaniu o swojej niedoskonałości, mając trochę za złe, że nikt jej nie docenia, nie kocha i nie głaszcze po głowie. 
Nie można c…

Ćwiczenia z wewnętrznej wolności

W jednym z niedawnych wpisów cytowałam słowa Dominique Loreau na temat wewnętrznej wolności i utraty zainteresowania sobą. Na Facebooku jedna z czytelniczek zapytała, w jaki sposób dojść do tego stanu.  
Na wewnętrzną wolność składa się wiele czynników, niektóre osoby mają ją w sobie od zawsze, takie są z natury. Można ją jednak również w sobie świadomie rozwijać, stopniowo uwalniając się od różnych krępujących ją więzów. To temat na wiele rozmów, pozwólcie, że podejdziemy do sprawy metodycznie i po kawałku będziemy się w niego wgłębiać. Unikając tasiemcowych wpisów (tę uwagę kieruję do samej siebie). 
Ćwiczenie pierwsze - nauka nieporównywania się z innymi. 
Jesteśmy przyzwyczajani od najmłodszych lat do tego, że wszelka ocena zachodzi na podstawie porównywania, rankingów i klasyfikacji. Jaś jest mądrzejszy od Piotrusia, rysunek Ewci był najładniejszy w całej grupie, a Tomeczek najszybciej biega. Wpaja się nam przekonanie, że musimy nie tylko porównywać się z innymi, ale też dążyć d…

Wszystko albo nic

W zeszłotygodniowym wpisie opowiadałam o tym, że uważam swoje obecne życie za proste. Tak, jak to tylko możliwe w obecnych okolicznościach zewnętrznych. 
Ta prostota nie stała się sama ani nie wynika z jakiejś mojej wyjątkowości, niezwykłych umiejętności. Jestem tak samo niedoskonałą i słabą istotą jak każdy człowiek. 
Żyję teraz w sposób, który w pełni mnie satysfakcjonuje, ponieważ pracowałam nad tym codziennie przez ostatnie kilka (ponad 5) lat. Uznałam, że zamiast marnować siły i czas na zamartwianie się sprawami, na które nie mam wpływu, albo na narzekanie, lepiej wykorzystywać je na zmienianie tego, co możliwe do zmiany. Uporządkowanie, uproszczenie, usprawnienie. 
Doceniłam siłę nawyku. Identyfikowałam poszczególne niekorzystne przyzwyczajenia i zamieniałam je na bardziej korzystne. Gdy ma się jakiś niedobry zwyczaj, taki, który nam przeszkadza, przysparza stresów i wciąż uwiera, wydaje się, że pozbycie się go i zastąpienie takim, który będzie dawał radość, zadowolenie i przyj…

Gościnnie u poliglotki

Jutro wybieram się na spotkanie autorskie w Łodzi, więc zamiast poniedziałkowego wpisu zapraszam już dzisiaj na bardzo ciekawy blog Polish Polyglot, gdzie możecie poczytać o moich metodach nauki języków obcych, ścieżce edukacji i rozwoju zawodowym. Często pytacie mnie o doświadczenia w tej dziedzinie, więc mam nadzieję, że tak obszerna rozmowa przyniesie odpowiedzi na Wasze pytania.

Prostota idealna

Od dłuższego już czasu uważam, że to, jak wygląda teraz moje życie, całkowicie odpowiada mojemu osobistemu ideałowi prostoty. 
Pracuję w sposób, który najbardziej mi odpowiada. Odczuwam wielką satysfakcję, wiedząc, że moja praca jest użyteczna. Tłumaczę najczęściej teksty użytkowe, techniczne, prawne - wiem, że są potrzebne i widzę to. Mogę pracować w swoim tempie, w dowolnym miejscu, najczęściej w domu albo u moich rodziców na wsi. 
Moje relacje z najbliższymi są dobre i szczere, przepełnione obustronną radością z tego, że siebie mamy i że możemy być blisko na co dzień, nie tylko od święta. Jeśli chodzi o znajomych i przyjaciół - trochę pozmieniało się w ostatnich latach, rozluźniły kontakty z niektórymi osobami, bo nasze drogi rozeszły się i coraz trudniej było znaleźć wspólny język, za to udało się wrócić do kilku długoterminowych znajomości i znów widujemy się regularnie z tymi osobami, które uważam za bratnie dusze. Przybyło też trochę nowych znajomych, głównie dzięki blogowi - …

Zapomnieć o ego

Dzisiaj, zamiast wpisu, chciałam podzielić się z Wami jednym z cytatów z mojej ulubionej książki o minimalizmie. Jedynej, po którą chętnie i dość często sięgam. Sztuka minimalizmu w codziennym życiu Dominique Loreau (Wydawnictwo Czarna Owca). 
Powinniśmy się oderwać od swojego ego, uwolnić się od własnego „ja”, co wcale nie oznacza utracenia osobowości, lecz podchodzenie do wszystkiego, co nam się przydarza, tak, jakby w głębi nas nie dotyczyło. Mierzenie wszystkiego swoją miarą i przekonanie, że to my mamy rację, a inni się mylą, jest czystym egoizmem! (...)Zakładamy na co dzień maski, ponieważ pragniemy pokazać się z jak najlepszej strony, zaimponować innym, ukryć nasze słabości i lęki. Tracimy w ten sposób wewnętrzną wolność, stajemy się niewolnikami samych siebie. Prawdziwa wolność to całkowity brak zainteresowania sobą. (...) Czy możesz wyobrazić sobie cały dzień bez myślenia choć jeden raz o sobie? Dzień, podczas którego nic by cię nie uraziło, nic by ci nie przeszkadzało, nic b…

Minimalizm na wynos

Dzisiaj chciałam Wam opowiedzieć o pewnym minimalistycznym w duchu i formie przedsięwzięciu, ale proszę od razu, aby czytelnicy spoza Krakowa nie rezygnowali z lektury, myśląc, że może być one interesujące i dostępne tylko dla mieszkańców mojego miasta, bo tak nie jest. Ale o tym potem. 
Pewnego popołudnia zadzwoniła do mnie koleżanka i zapytała, czy mamy ochotę na spontaniczne wyjście do teatru. Akurat wieczór był wolny, więc daliśmy się namówić. Nie dopytywałam o szczegóły, bo mam do tej osoby spore zaufanie, skoro powiedziała, że warto, zapewne wiedziała, co mówi. Wspomniała, że będzie nietypowo i że na widowni jest 13 miejsc. Nie zrozumiałam w pierwszej chwili, o co chodzi, pomyślałam, że zostało jeszcze 13 wolnych wejściówek. 
Pod wskazanym adresem teatru o intrygującej nazwie „Sztuka na wynos”, przy u. Starowiślnej 55/6, zobaczyliśmy typową krakowską kamienicę, głos przez domofon skierował nas na drugie piętro. Czuliśmy się, jakbyśmy szli na domówkę, imprezę u znajomych kogoś z…

Lepszy model

Jak wiecie, mam telewizor i nie zamierzam przestać oglądać telewizji. Lubię ją i traktuję jako źródło rozrywki, a czasem nawet wiedzy (chociaż z wiedzą z TV lepiej uważać). Mam swoje ulubione kanały i audycje, zwykle oglądanie łączę z dzierganiem na drutach, tak, by ręce nie próżnowały, gdy głowa zajmuje się patrzeniem na ruchome obrazki. 
Regularnie oglądam reklamy. Nie w celach edukacyjnych, lecz w ramach obserwacji socjologicznych. Ciekawa jestem, jak aktualnie mąci się widzom w głowach. Nigdy nie byłam szczególnie podatna na przesłanie w nich zawarte, zawsze śmieszyły mnie i zastanawiałam się nieraz, kto się na to nabiera. Trudno było mi uwierzyć, że ludzie kupują produkty czy usługi tylko dlatego, że zobaczyli je w telewizyjnej reklamie oraz że może im nie przeszkadzać świadomość olbrzymich kosztów tego rodzaju promocji i tego, jak bardzo podnosi ona cenę produktu. Skoro jednak nadal miliony złotych są w ten sposób wydawane, znaczy, że ma to sens i jednak się opłaca. 
Bo to prze…