Przejdź do głównej zawartości

Niedoskonała

Chyba nie jestem wyjątkiem. Na pewno nie jestem. Zimą czuję się bardzo niedoskonałą osobą. Od zawsze. Zdecydowanie zbyt okrągła i jakaś taka blada, jak nieświeży kurczak w supermarketowej gablocie. Konieczność zakładania na siebie szeregu ciepłych warstw oraz czapki przed wyjściem z domu bynajmniej nie poprawia samopoczucia. Puchowa kurtka i wspomniane warstwy nieodmiennie przypominają mi Pi i Sigmę, przybyszów z Matplanety. Młodszych czytelników odsyłam na YouTube, możecie nie wiedzieć, kto to Pi i Sigma. Nawiasem mówiąc, właśnie przez skojarzenia z nimi przez długie lata nie mogłam przekonać się do puchowych kurtek. Trauma z dzieciństwa ;-)



Zdjęcie czapki z kolei sprawia, że włosy postanawiają zatańczyć jakiś chocholi taniec i trzeba z nimi negocjować, żeby zachowywały się jak ludzie i nie robiły wstydu. 
Na dodatek zrobiłam sobie sama na złość i poszłam do fryzjera, by po paru latach bez żadnych większych zmian odświeżyć nieco wizerunek. Hehe, nie miała baba kłopotu. Zachciało mi się tzw. klasycznego boba. Zawsze lubiłam to uczesanie, ale wiedziałam, że w przypadku moich włosów, z naturalną tendencją do falowania, wymaga ono czegoś, czego nie cierpię wyjątkowo. Modelowania. Stania ze szczotką i suszarką przed lustrem i gimnastykowania się, by z tyłu nie robiły się takie wicherko-kędziorki. Zapewne niektórzy lubią takie zabawy, ja nie. Strata czasu, niepotrzebne utrudnienie. 

Efekt strzyżenia jest, moim i nie tylko moim zdaniem, całkiem twarzowy. Pani fryzjerka posłuchała mojego marudzenia i tak uformowała fryzurę, że w najgorszym razie, jeśli nie mam ochoty bawić się w układanie, mogę je po prostu lekko rozczochrać i nie ma tragedii. Jednakowoż po modelowaniu o niebo lepiej. Więc modeluję, pomstując na swoje głupie pomysły, poprzednia fryzura nie wymagała zbyt wiele uwagi. Całe szczęście, że włosy to nie ręka, zwykle odrastają. 

Tak jest teraz:


Jak każdy mam swoje chwile słabości, jak widać. Bywam leniwa i ospała. Nie chce mi się rano wstawać. Włosów układać. Butów czyścić z soli. Nie chce mi się ćwiczyć. Najchętniej zabarykadowałabym się na kanapie ze sporym zapasem gorzkiej czekolady, orzechów i beczką herbaty. I skrzynką wina albo dwiema. Przespała zimę, jak misiek albo kot. Budziłabym się tylko na posiłki, złożone z czekolady, orzechów i wina. Zapomniałam o serze. Tak, dużo sera. Z serem życie jest piękniejsze. Z serem spleśniałym i śmierdzącym jak tramwaj 22 w godzinach szczytu prawie wszystkie problemy tego świata wydają się nieistotne. 

Doświadczenie uczy, że ta strategia ma swoje uroki, ale niestety owocuje pogłębiającą się chandrą, psującą się od sera, wina i czekolady cerą oraz rosnącym obwodem bioder. Cóż, nie zamierzam ubiegać się o rolę Pi z Matplanety, gdyby jakiś znany reżyser wpadł na pomysł nakręcenia remake'u (halo, Hollywood, czy Hollywood wie o Przybyszach? Toż to materiał na hit!). Tyłek Kim Kardashian też nie jest moim ideałem. 

Czasem bardzo trudno zmobilizować się do przełamania tej ospałości, gdy szaro za oknem. W Krakowie smog jeszcze pogłębia wrażenie szarości. Mówię sobie w takich chwilach, że nie chcę być perfekcyjna. Bycie niedoskonałą jest zupełnie w porządku. Lenistwo w zimie jest dość naturalne - popatrzcie na wspomniane koty chociażby. Oszczędzają energię. Jednak za bardzo lubię siebie, by robić sobie na złość. Nie chcę czuć się źle sama z sobą, chorować, smucić się. A na wiosnę zastanawiać się, jak mam zrzucić te kilogramy czekolady i sera wtłoczone w biodra, wylewające się znad dżinsów. Nie zasługuję na to, by sobie fundować takie atrakcje. 

Właśnie dlatego, że siebie lubię, mobilizuję się mimo wszystko do tego, by wstać z kanapy, poćwiczyć albo pójść na spacer. Wiem, że potem będę sobie za to wdzięczna. Endorfiny zadziałają, jak zawsze. Nadal będę niedoskonała, rozczochrana i okrągława, ale o wiele szerzej uśmiechnięta. I ochota na czekoladę na pewno przejdzie. 

Popularne posty z tego bloga

Ajka Minimalistka - kolejny rozdział

Zgodnie z zapowiedzią rozpoczynam kolejny rozdział. Prosty blog - czyli to miejsce, niestety nie odpowiada już moim potrzebom. To znaczy nie odpowiada mi ta platforma, na której go piszę, blogspot. Jej niedostosowanie do moich obecnych wymagań nie tłumaczy oczywiście rzadkiej publikacji tekstów w ostatnich latach, ale prawdą jest, że na pewno nie pomagało w pisaniu. Nie ma co jednak szukać wymówek czy wytłumaczeń.  Prosty blog pozostaje tutaj, nie znika. Wiem, że są wśród Was osoby, które wciąż lubią wracać do starych wpisów. Jednak od teraz nowe treści będę publikować w nowym miejscu, do którego serdecznie Was zapraszam. Moje nowe blogowe gospodarstwo nazywa się Ajka Minimalistka i znajdziecie go pod tym adresem . Będą się tam pojawiać nie tylko wpisy, ale również w osobnej zakładce można znaleźć wszystkie odcinki podcastu, który nagrywam od kilku miesięcy.  Zapraszam, do poczytania, posłuchania i zobaczenia! 

Uniform minimalistki

Temat osobistego uniformu obracam w głowie już od kilku lat, co najmniej. Jednak jeszcze do niedawna nie czułam się gotowa na to, by ostatecznie zdefiniować go dla siebie. Owszem, wiedziałam, że ciągnie mnie w tym kierunku i że coraz bardziej zbliżam się do wprowadzenia go w życie na co dzień. Jednak jeśli obserwowaliście, być może, moje materiały o kolorowej szafie minimalistki na YouTube , w cyklu, w ramach którego zaprezentowałam całą swoją kapsułową garderobę na wszystkie pory roku, mogliście zauważyć, że wprawdzie mój styl i zestawy ubraniowe były już dość wyraziste i powtarzalne, trudno było by nazwać je uniformem.  Tak jednak się złożyło, że w międzyczasie zmieniłam tryb życia poprzez powrót do oprowadzania po Krakowie (już nie tylko po Wawelu, jak było parę lat temu), więc o wiele częściej wychodzę pracować poza dom. Oczywiście wymusiło to dostosowanie zawartości szafy i pewne jej uzupełnienia. A jednocześnie kilka ubrań z niej wywędrowało. Z powodu zużycia, ale też zmian

Za komuny to dopiero był minimalizm

Pod jednym z niedawnych wpisów Czytelniczka i blogerka My Slow Nice Life napisała w komentarzu, że „ s woją drogą, jak sobie przypomnę moje życie z rodzicami za komuny, to widzę, jak bardzo minimalistyczne i jak bardzo slow było. Wszystko poukładane. W głowie i w życiu. ” Uśmiechnęłam się do siebie, czytając te słowa, bo często o tym myślę, zresztą w książce też będzie o tym mowa.  Jak najdalsza jestem od gloryfikowania tego, jak żyło się za Polski Ludowej. Pamiętam to dobrze, w chwili przemian ustrojowych byłam dorastającą panienką, nie jest mi trudno przywołać wspomnienia tamtych czasów, zresztą rozmawiamy o nich nieraz z rodziną i znajomymi, myślę, że większość z nas ma dość wyważony stosunek do okresu PRL-u. Nikt z nas nie wzdycha z tęsknotą, nie twierdzi, że za komuny żyło się lepiej. Pewnie, że nie. Trzeba mieć coś nie tak z pamięcią, żeby tak twierdzić.  Jednak faktem jest, że tamte siermiężne realia wymuszały proste życie, bardzo slow. Warto o tym porozmawiać.