Przejdź do głównej zawartości

Golden brown

Jestem Wam winna ciąg dalszy opowieści o swoich poszukiwaniach kolorystycznych w odniesieniu do garderoby, bo w czwartek ledwie napoczęłam temat. 

Okres całkowicie czarny trwał dobre parę lat. Zaczął się jeszcze na studiach i trwał długo po ich zakończeniu - możliwe, gdy się dobrze zastanowić, że prawie 10 lat. Zdarzały się okresowo jakieś odstępstwa, ale rzadko. I tak zawsze najchętniej wracałam do czerni, jak do bezpiecznej ciepłej dziupli. Ukrywałam się w niej, maskowałam niepewność siebie, kompleksy, brak akceptacji dla ciała. Czułam się w niej szczuplejsza, bardziej seksowna, nieco tajemnicza. Interesująca. 

Gdy kompleksów ubywało, a na ich miejsce pojawiała się coraz większa pewność siebie, przestałam czuć potrzebę wtapiania się w otoczenie i zasłaniania czernią. Zaczęły się poszukiwania kolorystyczne i wycieczki w różne strony. Nieco po omacku. Próbowałam znaleźć materiały na temat analizy kolorystycznej typu urody, jednak nie udawało mi się znaleźć niczego naprawdę przekonującego i sensownego. Nie miałam więc pojęcia, jakim typem jestem. 

Działałam więc instynktownie, próbowałam różnych gam kolorystycznych, sięgałam po prostu po kolory, które lubię, sprawdzając, czy mi w nich do twarzy. Bywało sporo czerwieni, bywał mocny róż, turkusowy. Nie było w tym żadnego przemyślanego planu, zdarzało się więc, że moja szafa była pstrokata i pojawiały się w niej elementy zupełnie niepasujące do całości. 
Dopiero na etapie minimalizowania zaczęłam świadomie dobierać kolory garderoby. Najlepszą pomocą był znów blog Marii i jej cykl Analiza kolorystyczna: 4 pory roku. Podział ten uwzględnia 12 typów kolorystycznych damskiej urody i dowiedziałam się z niego, że jestem intensywną (ciemną) jesienią. To był strzał w dziesiątkę. Wreszcie wszystkie wcześniejsze obserwacje złożyły się w spójną całość. Chyba najbardziej z jesienią kojarzyły mi się moje włosy: niby ciemne, w odcieniach brązu, ale pod wpływem słońca jaśniejące do starego złota. Przypomniało mi się, że zawsze komplementowano mnie, gdy zakładałam na siebie cokolwiek w kolorze ciemnej czekolady, kasztana, rudości jesiennych liści, mocnej zieleni. Paradoksalnie przez długi czas brzydziłam się tymi kolorami i, jakby na złość samej sobie, konsekwentnie starałam się ich unikać. Dopiero kilka lat temu po raz pierwszy od dawna kupiłam sobie zieloną sukienkę.

Źródło: Ubieraj się klasycznie
Pomyślałam: fajnie. Bardzo lubię jesień, właśnie z powodu jej barw, więc dobrze się składa. Zaakceptowałam wreszcie swój typ urody i naturalną kolorystykę. Pamiętacie może, wspominałam kiedyś, że był taki moment, że chciałam być skandynawską blondyną i bardzo mocno rozjaśniałam włosy. Potem z kolei je przyciemniałam, wprawdzie nieznacznie w stosunku do naturalnego odcienia, ale jednak. Taka faza latynoska.
Na początku zeszłego roku przestałam wreszcie koloryzować włosy, pozwoliłam im znowu nabrać odcieni brązu i złota. Niech robią, co chcą, wierzę w to, że natury w tym wypadku nie trzeba poprawiać. Gdybym była niewyraźną szatynką, pewnie bym pozostała przy farbowaniu.

W poprzednim wpisie pisałam o proponowanym przez Marię wyzwaniu wyboru trzech kolorów garderoby na całe życie. Gdybym z palety kolorystycznej pokazanej powyżej miała wybrać tylko trzy barwy, byłby to granat, ciemny brąz i zieleń. Lubię każdą z osobna i lubię je w zestawieniach, Nie muszę jednak narzucać sobie aż tak wąskich granic. Sięgam więc także czasem po ciemnoszary, kremowobiały, rudości, odcienie z pogranicza niebieskiego i zieleni. Nadal jest to jednak spójna gama kolorystyczna i myślę, że przez dłuższy czas będę się jej trzymać. Zobaczymy za 20 lat, na razie i na tym etapie jestem zdecydowana. 

Takie ograniczenie się do wybranej gamy znacznie ułatwia zakupy (podobnie jak niegdyś czerń). Gdy szukam konkretnej rzeczy, od razu odpada mi znaczna część oferty sklepów, zarówno stacjonarnych, jak i internetowych. Nie interesują mnie czerwienie i róże, jasna szarość, beżowy, żółty, neony, czerń. Komponowanie stroju jest łatwe, bo z założenia wszystko do siebie pasuje i ciekawie się komponuje. 

Nadworny fotograf wyjechał w podróż służbową, więc nie mogę Wam zaprezentować na razie żadnego z własnych zestawów odzieżowych, podzielę się za to kilkoma ulubieńcami z Pinteresta. W takich kolorach i tego typu zestawieniach czuję się ostatnio najlepiej:







Źródło wszystkich zdjęć - Pinterest
Cieszę się, że udało mi się wreszcie znaleźć pomysł na swoją kolorystykę, który wydaje mi się spójny i wynika z moich naturalnych uwarunkowań. Taki, który sprawia, że czuję się dobrze i wprawia mnie w dobry humor. Lubię zaglądać do swojej szafy, bo patrzenie na te barwy sprawia mi przyjemność. Podobnie jak ich noszenie i oglądanie w lustrze. Jest prosto, praktycznie, wygodnie i przyjemnie. Dobrze mi z tym. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Lepiej

Przed urlopem pisałam o bezdzietności z wyboru. Mam jeszcze parę refleksji, które nie dotyczą istoty sprawy (mienia/niemienia dzieci), ale są z nią powiązane. 
Ludzie często lubią formułować różne złote rady czy ogólne stwierdzenia, które wydają się im słuszne i cenne: lepiej mieszkać na wsi. Lepiej mieszkać w mieście. Lepiej mieć samochód/jeździć na rowerze/poruszać się piechotą. Lepiej jeść mięso/być wegetarianinem/weganinem. Lepiej jeść gluten/nie jeść glutenu. Mieć mieć wiele dzieci/mieć dwoje dzieci/jedno dziecko/nie mieć dzieci. Lepiej biegać/ chodzić na siłownię/ćwiczyć jogę/gimnastykować się w domu. Być minimalistą/tarzać się w konsumpcji. Można by tak wymieniać w nieskończoność, wymieniłam tylko kilka dziedzin, które akurat wydają mi się częstym przedmiotem tego rodzaju sądów.
Zazwyczaj uważa się, że „lepiej” jest robić tak, jak się samemu wybrało. Często dlatego, że jest się ze swojego wyboru zadowolonym i wydaje się, że skoro nam jest z tym dobrze, to innym też pewnie będz…