Przejdź do głównej zawartości

Kochani krytycy

Kolejnym krokiem na drodze do wewnętrznej wolności jest opanowanie umiejętności radzenia sobie z opiniami na swój temat. Zdystansowania do ocen wystawianych nam przez otoczenie. Nie przejmowania się tym, co myślą i mówią o nas inni.

Łatwo powiedzieć: nie przejmuj się! Od małego wpaja się przecież ludziom, że trzeba podobać się otoczeniu, zdobywać dobre oceny, dążyć do bycia lubianym i akceptowanym. Trudno sobie poradzić z reagowaniem na krytykę, bo oznacza ona, że jednak nie udało się dopasować do oczekiwań. Gdy świat wystawia ci jedynkę, bierzesz sobie to do serca i obiecujesz sobie, że bardziej się postarasz, by następnym razem ocena była wyższa. Próbujesz więc dopasowywać się do oczekiwań oceniających osób. Zmieniasz się lub próbujesz zmienić, lecz wtedy okazuje się, że kryteria oceny w międzyczasie uległy zmianie. Albo komisja oceniająca ma inny skład i nie podobają się jej zupełnie inne aspekty twojej osoby niż te wytykane uprzednio.

Innym sposobem radzenia sobie z negatywnymi ocenami jest zamknięcie się na nie. Strategia: nie widzę i nie słyszę, więc nie boli. Skuteczna tylko częściowo, bo jednak prędzej czy później przypadkowo krytyka dotrze jakąś okrężną drogą. I wtedy i tak zapiecze.

Można reagować atakiem. Tłumaczyć oceniającym, jak bardzo się mylą. Gromadzić dowody i kontrargumenty. Poddać w wątpliwość zdrowy osąd sędziów.

Strategii jest wiele, każda działa tylko do czasu i do pewnego stopnia.


Można też uznać, że ludzie mają prawo do oceniania innych, ale każdy ma też prawo zadecydowania, co z poznaną opinią na swój temat zrobi. Może odrzucić, nie wnikając w szczegóły. Może wysłuchać, przeanalizować i zastanowić się, czy krytyka może być dla niego użyteczna. Być może będzie mu pomocą w rozwiązaniu problemu albo oszczędzi mu kłopotów w przyszłości.

Zdarzało mi się mieć trudności z zaakceptowaniem krytyki swojej osoby albo pogodzeniem się z faktem, że ktoś może mnie nie lubić albo mogę kogoś drażnić czy nudzić. Wydawało mi się, że wszyscy powinny doceniać to, jak bardzo się staram, by wszyscy mnie lubili.

Nie da się jednak sprostać oczekiwaniom całego świata. Niemożliwe jest podobać się każdemu. Im bardziej próbujemy się dopasować do tego, czego chce od nas otoczenie, tym gorzej się to dla nas kończy, bo przestajemy być sobą.

Gdy powiedziałam sobie, że nie muszę być lubiana przez wszystkich, nie muszę podobać się nikomu, nie muszę dopasowywać się do oczekiwań kogokolwiek, poczułam się wolna.

Wysłuchuję krytyki z szacunkiem i ciekawością, bo w każdym przypadku biorę pod uwagę, że krytykujący może dostrzegać coś, czego ja nie widzę i nie mogę dostrzec z tego miejsca, w którym jestem. Ale pamiętam też o tym, że ludzie oceniają innych z różnych powodów, nie zawsze są to szlachetne pobudki. Niektórzy krytykują, bo w ten sposób poprawiają własną wątłą samoocenę. Inni umieją komunikować się wyłącznie w ten sposób. Jeszcze inni nie lubią, gdy bliźni są szczęśliwi i z radością sprowadzają ich na tak zwany właściwy poziom. A czasem intencje są jak najlepsze, ale ocena oparta na niepełnym obrazie sytuacji.


Im większy dystans mam do siebie, tym łatwiej mi przychodzi godzenie się z różnymi spojrzeniami na własną osobę. Zresztą przecież nie jest ona aż tak ważna, jak mi się czasem wydaje, więc też nie jest bardzo istotne, co ludzie o niej myślą, dobrze czy źle.

Jednak jeszcze bardziej wyzwalające od nauczenia się akceptowania negatywnych opinii było zdystansowanie się od tych pozytywnych. Od pochwał i „lajków”. Zrozumienie, że uzależnienie od pochwał jest niebezpieczne. Usypia i rozleniwia. Jeszcze gorsze jest zabieganie o nie, bo grozi utratą szczerości i udawaniem kogoś, kim się nie jest.

W perspektywie długoterminowej bycie sobą jest najlepszą strategią. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Jeszcze prościej

To, że ostatnio rzadko poruszam na blogu temat minimalizmu, nie znaczy, że przestał być dla mnie ważny. Jest nadal istotny, ale w inny sposób niż wtedy, gdy wprowadzałam największe zmiany w swoim życiu i przestrzeni osobistej. Pisałam o tym we wpisie Procesy w tle
Po ośmiu latach mówienia i pisania o nim czuję przesyt. Nie mam już ochoty czytać książek ani blogów związanych z tym tematem. Nie twierdzę, że nie warto, bo wiele mądrych treści wciąż powstaje, jedynie ja nie mam już potrzeby dalej drążyć tych kwestii.

Nadal bardzo istotna jest dla mnie prostota, coraz ważniejsza. To raczej już nie ulegnie zmianie, bo zawsze ją lubiłam, a z czasem stała się dla mnie myślą przewodnią. W każdej dziedzinie życia. Prostota wypowiedzi, przekazu, formy i treści. W estetyce i ubiorze. W wystroju mieszkania. Na talerzu - bardzo istotna. Prostota i skuteczność rozwiązań - w pracy, nauce, komunikacji. Nie zajmują mnie natomiast zbytnio sprawy ilości rzeczy i zajęć, które na pewnym etapie były tak …

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.

Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 
Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, ż…