Przejdź do głównej zawartości

Coś słodkiego dla Mareczka

Wydawało mi się, że już pisałam na ten temat, ale od czasu do czasu pojawia się w rozmowach i myślę, że warto do niego wrócić, nawet, jeśli gdzieś kiedyś już się tu pojawiał. Sprawa pozornie niezwiązana z minimalizmem. Ale tylko pozornie. 

Uzależnienie od słodyczy - choroba współczesności. Najbardziej poraża mnie jego skala, gdy obserwuję znajome dzieci. Słodkie serki, deserki, jogurciki też słodzone, bułeczki, rogale z czekoladą, smarowidła z cukrem, słodzone kolorowe napoje, pseudosoczki z koncentratu, batoniki, płatki śniadaniowe - oczywiście z cukrem i syropem glukozowo-fruktozowym... i długo, długo można by jeszcze wymieniać. Nawet wodę się słodzi i zaprawia jakimś chemicznym smakiem. Trudno się dziwić, że już kilkulatki zapadają na cukrzycę typu drugiego. 

Oglądałam niedawno film o pewnym plemieniu żyjącym w dżungli (dokładnej lokalizacji nie pamiętam), wciąż jeszcze z zachowaniem tradycyjnych zwyczajów, z dala od cywilizacji. Dwóch śniadych panów szło zbierać miód. Musieli wspiąć się na wysokie 40-metrowe drzewo, używając prymitywnych, samodzielnie skręconych lin, prostej uprzęży i koszyka. Z rozmowy wynikało, że czas już nazbierać miodu, bo żona jednego z panów dawno nie jadła tego smakołyku, jest już trochę zła i suszy mu głowę. Wspiął się więc na wysokości, narażając życie (a śmiertelne wypadki przy wybieraniu miodu nie są tam rzadkością). Wypiął się z uprzęży (a właściwie splątanych sznurków) i balansując na wąskiej gałęzi, okadził dzikie pszczoły tlącymi się liśćmi, wybrał ociekające złotym płynem plastry z ula, część opuścił w koszyczku dla niecierpliwie oczekującej u stóp drzewa rodziny, a kawałkiem zajadał się na miejscu, nie czekając, aż zejdzie na dół - zresztą lepiej było najeść się od razu, na wypadek, gdyby miał nie przeżyć podróży powrotnej...


Upodobanie do słodkiego smaku jest zupełnie naturalną potrzebą - słodycz oznacza energię. Słodki jest pokarm matki, więc na całe życie zapamiętujemy go jako źródło przyjemności i sytości. Po stopniu słodkości poznajemy dojrzałość owocu. Jednak przez wieki nie mieliśmy tak idiotycznie łatwego dostępu do nieograniczonych źródeł cukru i słodyczy jak obecnie. Słodkości trzeba było reglamentować, wydzielać sobie, oszczędzać. Ba, jeszcze gdy byłam mała, moja mama przestała słodzić herbatę i kawę, żeby nie zużywać kartkowych przydziałów cukru i móc czasem upiec nam biszkopt czy drożdżowe. 

Zdjęcie z banku zdjęć Jest Rudo
Cukier uzależnia, jak prawdziwy narkotyk. Jako nastolatka potrafiłam pochłonąć całą tabliczkę mlecznej czekolady za jednym zamachem. Jako dorosła kobieta paczkę ptasiego mleczka lub delicji, jeżyków - na raz. Uwielbiałam batony Twix i rogale z czekoladą (chociaż czułam się po nich fatalnie). Ale dawno już te zwyczaje przeszły do historii. Nie słodzę, nie jadam przemysłowych słodyczy, oprócz czekolady, czekoladowych pralinek i krówek - od święta. Nieraz spotykam się z westchnieniami pełnymi podziwu ze strony osób, które życia bez słodyczy nie potrafią sobie wyobrazić. Padają pytania: jak to zrobiłaś? Pewnie masz bardzo silną wolę...

Osoby takie wyobrażają sobie, że albo należę do tych szczęśliwców, którzy są obojętni na słodycze, albo mam wolę z żelaza i z dnia na dzień rzuciłam wszystko, co słodkie. Ani jedno, ani drugie. Owszem, teraz potrafię być obojętna na słodycze, ale to kwestia treningu, a nie wrodzonych skłonności. I nie stało się to z dnia na dzień. 

Małymi krokami, jak w przypadku każdej z pozoru trudnej zmiany, można dokonać prawdziwej rewolucji. W moim przypadku najważniejsze było zastępowanie ilości jakością. Zamiast całej tabliczki mlecznej taniej czekolady, najpierw pasek gorzkiej, minimum 70% kakao, najlepiej z chili albo kawałkami ziarna kakaowego. Potem kosteczka czekolady zamiast paska. Batony porzuciłam na rzecz domowego, niezbyt słodkiego ciasta. Gdy miałam ochotę na jakieś pyszne małe co nieco, wybierałam owoce. Lubię słodkie śniadania, więc czasem zjadałam domowy wypiek posmarowany dżemem słodzonym sokiem owocowym albo powidłem bez cukru. Albo jogurt naturalny z suszonymi owocami, orzechami i miodem. Z czasem redukowałam ilości i zmniejszałam częstotliwość tych przyjemności, tak, aby cieszyć się nimi sporadycznie, a nie systematycznie.

Teraz traktuję słodycze jako coś specjalnego - jak w dzieciństwie. Pyszne lody na wakacjach. Ciasto przy święcie. Kawałek wyśmienitej czekolady do kawy - czasem raz w tygodniu, czasem rzadziej. Deserem w restauracji zwykle dzielę się mężem, o ile w ogóle decyduję się na deser. Na słodkie śniadania pozwalam sobie bardzo rzadko, bo po węglowodanach z rana jestem głodna jak wilk przez cały dzień. Takie dawkowanie sobie słodkich przysmaków daje mi o wiele więcej przyjemności - bo nie są one już czymś powszednim, zwykłym i codziennym. 

Przyzwyczailiśmy się oboje z mężem do tego, że w małej miseczce na blacie kuchennym zawsze jest jakieś słodkie coś”: krówki, czekoladki, suszone owoce. I te słodkie cosie leżą czasem nietknięte przez kilka dni, a czasem nawet tygodni, bo akurat żadne z nas nie ma na nie ochoty. To też jest przyjemne, takie poczucie, że cukier już tobą nie rządzi, że to ty narzucasz zasady i decydujesz, kiedy masz na niego smak. Wiesz, że możesz, ale nie musisz. To, że możesz, nie znaczy, że chcesz. A jeśli chcesz, to wiesz, ile możesz, by było ci z tym dobrze. 

Na razie nie mam jeszcze odwagi trzymać w domu nutelli i innych orzechowo-czekoladowych smarowideł, które bardzo lubię, ale wolę nie wystawiać samej siebie na taką próbę - piszę to, żebyście wiedzieli, że każdy ma swój czuły punkt. Dla bezpieczeństwa po prostu ich nie kupuję. Ale pewnie kiedyś przyjdzie taki czas, że nie będę się bała mieszkać z nimi pod jednym dachem. Tyle, że pewnie wtedy nie będą mi już smakować i wydadzą mi się za słodkie...

A tytułowe „coś słodkiego dla Mareczka”? To anegdota z czasów zakopiańskiego dzieciństwa mojego taty. Znajoma jego rodziców zatrudniała pracownika, który wykonywał u niej różne prace gospodarskie. Miał on syna Marka. Pewnego dnia, gdy skończył pracę i wychodził do domu, wsypała do słoika po dżemie dwie łyżki cukru, zakręciła i wręczyła mu ze słowami: proszę, coś słodkiego dla Mareczka! Taki gest od serca to był ;-)

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jeszcze prościej

To, że ostatnio rzadko poruszam na blogu temat minimalizmu, nie znaczy, że przestał być dla mnie ważny. Jest nadal istotny, ale w inny sposób niż wtedy, gdy wprowadzałam największe zmiany w swoim życiu i przestrzeni osobistej. Pisałam o tym we wpisie Procesy w tle
Po ośmiu latach mówienia i pisania o nim czuję przesyt. Nie mam już ochoty czytać książek ani blogów związanych z tym tematem. Nie twierdzę, że nie warto, bo wiele mądrych treści wciąż powstaje, jedynie ja nie mam już potrzeby dalej drążyć tych kwestii.

Nadal bardzo istotna jest dla mnie prostota, coraz ważniejsza. To raczej już nie ulegnie zmianie, bo zawsze ją lubiłam, a z czasem stała się dla mnie myślą przewodnią. W każdej dziedzinie życia. Prostota wypowiedzi, przekazu, formy i treści. W estetyce i ubiorze. W wystroju mieszkania. Na talerzu - bardzo istotna. Prostota i skuteczność rozwiązań - w pracy, nauce, komunikacji. Nie zajmują mnie natomiast zbytnio sprawy ilości rzeczy i zajęć, które na pewnym etapie były tak …

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.

Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 
Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, ż…

Zanim nazwiesz prezesa idiotą...

Za sobą mam wielkie ufff. Westchnienie ulgi, bo we wtorek zakończyłam megazlecenie, o którym pisałam ostatnio. Ponad dwa miesiące bardzo intensywnej pracy umysłowej. Przyznaję, że teraz jestem nieco sflaczała intelektualnie i jeszcze niegotowa na większy wysiłek. Na razie wysypiam się, nadrabiam zaległości domowe i towarzyskie, odpoczywam. Leniuchuję bez wyrzutów sumienia. Wracam do równowagi.
Pomyślałam, że oprócz minicyklu o szczęściu równolegle poopowiadam Wam trochę o tym, jak wygląda życie osoby pracującej na własny rachunek, bo często o to pytacie. Dzięki internetowi i możliwościom pracy zdalnej coraz więcej osób może brać pod uwagę takie rozwiązanie. A jest ono na pewno bardzo kuszące. Obiecuje wolność, niezależność. Więcej czasu wolnego, mniej stresu. Brak szefa nad sobą, brak konieczności dzielenia miejsca pracy z ludźmi, których obecność nie zawsze jest nam miła. 
Temat to bardzo szeroki, więc na jednym wpisie się na pewno nie skończy. Mam wrażenie, że istnieje sporo fałszy…