Przejdź do głównej zawartości

Ściskając w ręku kamyk zielony

Tak, wiem, oficjalnie wakacje się skończyły. Dla mnie jednak jeszcze się nie zaczęły. Dopiero za 11 dni ruszę w drogę. Wiem, że nie tylko ja lubię podróżować we wrześniu i październiku, mam więc nadzieję, że nie będziecie mieć za złe tematów związanych z podróżowaniem. 

Przy okazji niedawnej ankiety jedna z Czytelniczek zadała takie pytanie: Mam problem z minimalizmem w kwestii bagażu, w jaki sposób uwolnić się od tych wszystkich przedmiotów, które mogą się przydać (pilniczki, nadmiar ubrań, żelazko...), oraz chęcią obejrzenia wszystkiego i wewnętrznego ciśnienia, że musi być wspaniale.

Drugą część pytania zostawię sobie na inną okazję, zatrzymajmy się na razie przy pierwszej kwestii. Oczywiście na minimalistycznych blogach znajdziecie sporo wpisów na ten temat, pojawia się on właściwie zawsze, gdy mowa o życiowym minimalizmie. Przede wszystkim dlatego, że chyba w żadnej innej dziedzinie skutki jego stosowania nie są aż tak bardzo zbawienne, chociaż na pewno potrzeba trochę czasu oraz prób i błędów, by dojść do wprawy w pakowaniu się w stylu light. 

W internetach napotkacie też niejeden ciekawy wpis przedstawiający konkretne rozwiązania, pomysły na kompaktowe pakowanie się. Prezentacje bagażu na wyjazd tygodniowy lub dłuższy, letni lub zimowy, egzotyczny lub nie. Również zamierzam się z Wami podzielić swoim tegorocznym pomysłem na spakowanie się na 3-tygodniowy urlop, ale to dopiero w przyszłym tygodniu. 

Zastanawiałam się, co sprawia, że łatwo się spakować lekko i kompaktowo albo taszczymy ze sobą wielkie walizy. Z moich obserwacji wynika, że sposób pakowania wiele mówi o osobie pakującej i odzwierciedla jest sposób myślenia na co dzień. 

Gdy otaczałam się wieloma niepotrzebnymi przedmiotami i na każdym kroku towarzyszył mi nadmiar, nie inaczej było w podróży. Szafy pełne ciuchów, kosmetyczka pękająca w szwach, apteczka z tabletką na każdą dolegliwość - to wszystko przekładało się na ciężkie bagaże. W miarę zmian, które zachodziły w moim codziennym życiu, malały też torby podróżne. Im większą mam wprawę w stosowaniu zasad upraszczania w innych dziedzinach, tym łatwiej przychodzi mi to w podróży. Jak to ładnie ujęła Kasia, autorka bloga Moja droga do minimalizmu:
Jedną z niewątpliwych zalet prostej garderobyminimalistycznej kosmetyczki i zmiany myślenia na „mniej” jest łatwość pakowania. Po prostu bierze się wszystko, bo jest tego mało, a właściwie w sam raz.
W swoje podróże nie zabieram „wszystkiego”, bo na wyjeździe staram się funkcjonować jeszcze prościej niż w domu. Na co dzień maluję się oszczędnie lub prawie wcale, nie układam włosów, moja garderoba jest niezbyt liczna, lubię ubrania wygodne i niewymagające prasowania. Na wakacjach nie będę zachowywać się odmiennie. Co więcej, uważam wyjazdy za świetną okazję do ćwiczenia radzenia sobie z niewielką liczbą przedmiotów i pozbywania się lęków, przed różnymi „co by było gdyby”, zmorą wszystkich pakujących. 

Chyba już kiedyś odsyłałam Was do wpisu podróżnika, Łukasza Supergana, na temat minimalizmu w podróży i przygody, która przydarzyła mu się podczas wędrówki przez Azję. W Kazachstanie ukradziono mu plecak. 
Co robić bez bagażu, gdy jest się kilka tysięcy kilometrów od domu, bez dobrej znajomości języka, z równowartością kilku złotych w kieszeni? Mogłem napisać do rodziny, prosząc o pomoc i ewakuować się do Polski w poczuciu totalnej klęski. Mogłem jednak ruszyć dalej, próbując radzić sobie z tym, co mi zostało. I tak zrobiłem. Mając za cały bagaż niewielką torbę oraz mały tobołek z ocalałymi rzeczami, zacząłem iść przed siebie. Na przedmieściach złapałem kierowcę jadącego w stronę granicy. Tego samego dnia byłem już w Kirgistanie (...)
O stylu „light & fast” słyszałem już wcześniej, przy okazji turystyki górskiej. Problem w tym, że w dwuletniej podróży po Azji ciężko byłoby go wdrożyć. Musieliśmy dźwigać ze sobą rzeczy potrzebne na zimowy Iran, treking w wysokich Himalajach i indyjskie upały. W jednym plecaku upchane były i zimowy śpiwór, i moskitiera w dżunglę. Dźwigałem wtedy około 20 kilogramów, podróż „light & fast” wydawała nam się wtedy nieosiągalna. Kiedy straciłem połowę mojego wyposażenia, poczułem w pierwszej chwili przerażenie, później złość, a na końcu zacząłem czuć wdzięczność wobec tych, którzy wybawili mnie od taszczenia tego balastu.
Najlepszym lekarstwem na lęki związane z pakowaniem się i poczucie, że wszystko może się przydać, jest, gdy chociaż raz przydarzy się coś takiego, jak Łukaszowi. Kradzież albo zagubienie bagażu. Okazuje się, że nie tylko świat się nie zawalił, ale znajduje się jakieś wyjście z sytuacji i w przyszłości człowiek nie boi się już tak bardzo, 

Z małym bagażem trzeba się oswoić. Przełamać opory, choć raz odważyć się zabrać zdecydowanie mniej niż byliśmy przyzwyczajeni. Przy każdej kolejnej podróży odejmować, bazując na wcześniejszych doświadczeniach. Zapamiętywać lub nawet zapisywać, co się nie przydało i przeleżało przez cały wyjazd w walizce, a co zdało egzamin.

Niektórzy doradzają, aby sporządzić sobie listę rzeczy, które zawsze się ze sobą zabiera i korygować ją po kolejnych wyjazdach. Ja jednak, jako coraz większy radykał, uważam, że konieczność spisywania listy wskazuje na to, że rzeczy jest za dużo. Myślę, że listy mogą mieć sens w dwóch przypadkach: dalekich wypraw w niezbyt cywilizowane okolice i trudne warunki klimatyczne oraz podróżowania z małymi dziećmi, obie sytuacje są bardziej wymagające logistycznie i ewentualne braki w bagażu mogłyby znacznie utrudnić życie. 
Lista uniwersalna może być trudna do opracowania także z tego powodu, że przecież rzadko podróżuje się zawsze w to samo miejsce, o tej samej porze roku, na stałą ilość dni. Okoliczności się zmieniają, więc i bagaż trzeba do nich dostosować. W podróży, jak i w życiu, przydaje się elastyczność i zdolności przystosowawcze. 

Foto R. Meyer
Gdy człowiek do lekkości w podróży już się przyzwyczai, zacznie ją doceniać i nie pozwoli jej sobie odebrać. Zapragnie, by tak czuć się zawsze, nie tylko w drodze. Można więc rzec, podsumowując, że im więcej prostoty w życiu, tym łatwiej o prostotę w podróży. A z kolei im bardziej minimalistycznie się podróżuje, tym bardziej chce się, by minimalizm panował też w pozostałych dziedzinach. Takie samonapędzające się koło. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Jeszcze prościej

To, że ostatnio rzadko poruszam na blogu temat minimalizmu, nie znaczy, że przestał być dla mnie ważny. Jest nadal istotny, ale w inny sposób niż wtedy, gdy wprowadzałam największe zmiany w swoim życiu i przestrzeni osobistej. Pisałam o tym we wpisie Procesy w tle
Po ośmiu latach mówienia i pisania o nim czuję przesyt. Nie mam już ochoty czytać książek ani blogów związanych z tym tematem. Nie twierdzę, że nie warto, bo wiele mądrych treści wciąż powstaje, jedynie ja nie mam już potrzeby dalej drążyć tych kwestii.

Nadal bardzo istotna jest dla mnie prostota, coraz ważniejsza. To raczej już nie ulegnie zmianie, bo zawsze ją lubiłam, a z czasem stała się dla mnie myślą przewodnią. W każdej dziedzinie życia. Prostota wypowiedzi, przekazu, formy i treści. W estetyce i ubiorze. W wystroju mieszkania. Na talerzu - bardzo istotna. Prostota i skuteczność rozwiązań - w pracy, nauce, komunikacji. Nie zajmują mnie natomiast zbytnio sprawy ilości rzeczy i zajęć, które na pewnym etapie były tak …

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.

Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 
Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, ż…