Przejdź do głównej zawartości

Nieprzyozdobiona

W dwóch ostatnich wpisach przedstawiłam Wam swój urlopowy bagaż i zdałam relację z tego, jak funkcjonowało mi się z niewielkim zestawem garderoby podczas trzytygodniowego wypoczynku. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że podróżowanie z małą ilością ubrań nie jest jakimś szczególnym wyczynem. 

Nieraz już pisałam i mówiłam o tym, że dla mnie minimalizm jest procesem poznawania siebie. Budowania świadomości siebie (o czym ciekawie pisze Kasia z jednego z moich ulubionych blogów). Każde z zadań, które sobie wyznaczam na tej drodze, ma mi pomóc dowiedzieć się czegoś nowego o sobie samej. Czasem czegoś zupełnie małego, a czasem kwestii o kluczowym znaczeniu. 

Oszczędne pakowanie się jest jednym z lepszych tego rodzaju ćwiczeń, zresztą podróżowanie zawsze jest ciekawą lekcją. Pod względem praktycznym radzenie sobie z kilkoma zaledwie sztukami odzieży nie było niczym trudnym. Ciepły klimat, więc wyprane ubrania szybko schły, nie doświadczyłam niedoboru. Jak wspominałam poprzednio, wybrany zestaw sprawdził się doskonale, był w sam raz, ani za duży, ani za mały. Czyli właściwie nie ma nad czym dywagować.

A jednak to doświadczenie bardzo wiele mi dało, chociaż nie była to pierwsza podróż z lekkim bagażem. Tym razem jednak okoliczności były nieco inne niż poprzednio, co zmieniło perspektywę. Otóż w naszym otoczeniu towarzyskim pojawiło się kilka pięknych kobiet, w tym dwie urocze i świeże dwudziestolatki oraz gwiazda tańca brzucha, z pochodzenia Kubanka. Powiedzmy, że z 20-letnimi studentkami raczej się nie porównuję, bo to zupełnie inne pokolenie, ale owa tancerka jest moją rówieśnicą. A że jest w zaawansowanej ciąży, jej bujna kobiecość jeszcze pełniej rozkwitła, wyglądała naprawdę fantastycznie. Wszystkie te panie codziennie zmieniały stroje, używały pełnego makijażu. Prezentowały się w sposób efektowny i miły dla oka, nie tylko męskiego. 

A ja, z moimi dwoma sportowymi sukienkami na krzyż, włosem lekko rozczochranym i bez makijażu, taka trochę „z wody”, czułam się przy nich jak harcerka albo uczennica szkoły przyklasztornej. Nieprzyozdobiona. 

Dobrze mi w mojej skórze, nawet jeśli nie wyglądam jak modelka. Wiem, co może się innym we mnie nie podobać, ale nie zaprzątam sobie tym głowy. Nie odczuwam już potrzeby chowania się za ubraniami i makijażem, jak robiłam to niegdyś. Udawania kogoś, kim nie jestem. Owszem, pracuję nad sobą, także nad swoim ciałem, bo jeszcze daleko mu do potencjalnej szczytowej formy, jednak nie staram się przyspieszać na siłę procesu dochodzenia do niej. Ciało ma swój rytm i własną mądrość, nie można niczego mu narzucać. Oprócz dyscypliny.

Skoro dobrze się ze sobą czuję, czemu czułam dyskomfort, spotykając się z kobietami, które korzystały w pełni z całego tego babskiego arsenału: ciuchów, kosmetyków, biżuterii? Odpowiedź jest prosta: zazdrościłam im. Nie pięknych twarzy czy sylwetki, bo, jak pisałam, ze swoim typem urody i figurą jestem już pogodzona (chociaż trochę mi to życia zajęło). Zresztą wspomniana tancerka brzucha miała przed ciążą sylwetkę podobną do mojej, zaokrągloną, jak na mistrzynię tego tańca przystało. Zazdrościłam im czego innego: możliwości wyboru. 

Przyznaję, że dobrych parę razy, gdy rano trzeba było się ubrać, żałowałam, że nie zabrałam ze sobą więcej ubrań. Bo nie miałam żadnego wyboru. Zakładałam to, co było czyste. Na te trzy tygodnie odstawiłam też makijaż i perfumy. Chyba ich najbardziej mi brakowało, mojego ulubionego już od lat zapachu. Pomalować się też byłoby przyjemnie, chociażby po to, by lepiej wyglądać na wieczornych fotografiach (jednak fotografia ma swoje prawa, zdjęcia naturalne mają swój urok, ale błyszcząca się skóra niekoniecznie). 

Właśnie dlatego to doświadczenie było cenne. Pozwoliło mi znaleźć odpowiedź na pytanie, jakie znaczenie mają dla mnie stroje, obuwie, makijaż i inne sposoby ozdabiania siebie. Miałam ze sobą zestaw ubrań spełniający funkcje praktyczne, w teorii to powinno wystarczyć. A jednak miałam poczucie braku. Psychicznego, nie fizycznego. 

Rzecz w tym, że lubię ładne stroje. I lubię się malować. Noszenie biżuterii też sprawia mi przyjemność. Mam zdecydowaną słabość do butów, mniejszą do torebek (ale też). Proces poznawania siebie poprzez stosowanie minimalizmu pozwolił mi dowiedzieć się, że nie potrzebuję mieć aż takiego wielkiego wyboru, jak wydawało mi się kiedyś. Ale po opisanym wyjeździe wiem już, że lubię mieć jakikolwiek wybór, choćby niewielki. Moja codzienna garderoba nie jest liczna, ale daje całkiem sporo wariantów. 

Wiem też, że jeśli tylko nie będą tego wymagać okoliczności (limity wagi bagażu, charakter aktywności na wyjeździe), raczej nie spakuję się już aż tak skąpo. Gdybym miała jeszcze raz spakować się na owe trzy tygodnie, nie dodałabym wiele: po jednej dodatkowej opcji na dzień i wieczór (czyli na przykład jeszcze po jednej sukience na stosowne pory), może jeszcze jedną koszulkę (czyli dwie zamiast jednej), podstawowe kosmetyki do makijażu, podróżne opakowanie z perfumami. Może ze dwie sztuki biżuterii. Brakowało mi też małej torebki, chodzenie na drinka z pasiakiem to nie był szczyt marzeń (chociaż lepszy pasiak niż foliowa reklamówka).


Właśnie do tego służy mi minimalizm: do badania swoich granic i do wykraczania poza nie. Przez trzy tygodnie z własnej woli sprawdzałam, jak dużo znaczy za dużo, a kiedy niewiele przechodzi w niedobór. Jestem bardzo zadowolona z tej lekcji. Według mojej osobistej definicji minimalizm to sztuka osiągania jak najlepszego wyniku jak najmniejszą liczbą środków. Ale nie zawsze ta „najmniejsza” liczba jest równoznaczna z najmniejszą fizycznie możliwą. Tym razem przekonałam się, że to, co wystarcza z praktycznego punktu widzenia (zawsze miałam coś czystego do założenia i odpowiednie wygodne obuwie), jednak nie dało najlepszego wyniku. Był dobry, ale nie idealny. Nie czułam się fantastycznie, zaledwie w porządku. 

Oczywiście podobny eksperyment można sobie zorganizować, nie wyruszając w podróż. Wszystkie te wyzwania minimalistki, chociażby takie, jakie pokazuje u siebie inna Katarzyna, mogą posłużyć do tego samego celu. Sprawdzenia, jak wiele lub niewiele potrzebuje się do wygodnego, bezpiecznego i przyjemnego funkcjonowania w określonych okolicznościach. Trudno się tego dowiedzieć, poruszając się wyłącznie w sferze teorii, tego trzeba doświadczyć na własnej skórze. Nagrodą będzie cenna wiedza: kolejny krok na drodze poznawania siebie. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jeszcze prościej

To, że ostatnio rzadko poruszam na blogu temat minimalizmu, nie znaczy, że przestał być dla mnie ważny. Jest nadal istotny, ale w inny sposób niż wtedy, gdy wprowadzałam największe zmiany w swoim życiu i przestrzeni osobistej. Pisałam o tym we wpisie Procesy w tle
Po ośmiu latach mówienia i pisania o nim czuję przesyt. Nie mam już ochoty czytać książek ani blogów związanych z tym tematem. Nie twierdzę, że nie warto, bo wiele mądrych treści wciąż powstaje, jedynie ja nie mam już potrzeby dalej drążyć tych kwestii.

Nadal bardzo istotna jest dla mnie prostota, coraz ważniejsza. To raczej już nie ulegnie zmianie, bo zawsze ją lubiłam, a z czasem stała się dla mnie myślą przewodnią. W każdej dziedzinie życia. Prostota wypowiedzi, przekazu, formy i treści. W estetyce i ubiorze. W wystroju mieszkania. Na talerzu - bardzo istotna. Prostota i skuteczność rozwiązań - w pracy, nauce, komunikacji. Nie zajmują mnie natomiast zbytnio sprawy ilości rzeczy i zajęć, które na pewnym etapie były tak …

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.

Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 
Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, ż…

Zanim nazwiesz prezesa idiotą...

Za sobą mam wielkie ufff. Westchnienie ulgi, bo we wtorek zakończyłam megazlecenie, o którym pisałam ostatnio. Ponad dwa miesiące bardzo intensywnej pracy umysłowej. Przyznaję, że teraz jestem nieco sflaczała intelektualnie i jeszcze niegotowa na większy wysiłek. Na razie wysypiam się, nadrabiam zaległości domowe i towarzyskie, odpoczywam. Leniuchuję bez wyrzutów sumienia. Wracam do równowagi.
Pomyślałam, że oprócz minicyklu o szczęściu równolegle poopowiadam Wam trochę o tym, jak wygląda życie osoby pracującej na własny rachunek, bo często o to pytacie. Dzięki internetowi i możliwościom pracy zdalnej coraz więcej osób może brać pod uwagę takie rozwiązanie. A jest ono na pewno bardzo kuszące. Obiecuje wolność, niezależność. Więcej czasu wolnego, mniej stresu. Brak szefa nad sobą, brak konieczności dzielenia miejsca pracy z ludźmi, których obecność nie zawsze jest nam miła. 
Temat to bardzo szeroki, więc na jednym wpisie się na pewno nie skończy. Mam wrażenie, że istnieje sporo fałszy…