Przejdź do głównej zawartości

A ja nie mam lajfstajla

Pod ostatnim wpisem czytelniczka Iwona zamieściła ciekawy komentarz, na który postanowiłam obszerniej odpowiedzieć, bo dotyka bardzo ważnej kwestii:
 Czytając wiele o minimalizmie, zastanawiam się nad tym, czy opisujące go osoby piszą jeszcze o minimalizmie czy już o czymś, co lepiej było nazwać optymalizmem lub funkcjonalizmem. Tak naprawdę minimalizm to minimum tego, co potrzebujemy i w moim odczuciu to, co wzięłaś ze sobą, to był ten zestaw minimum i nic nie brakowało. Wszystko ponad to, to już coś ekstra. Dlatego patrząc, zwłaszcza na blogi kobiet, które "udowadniają" rozlicznymi kreacjami, że są minimalistkami, widzę że jest tam dużo ponad to co, jest dla nas minimalne. Bardziej przemawia do mnie 100 rzeczy klasyka minimalizmu Babauty - bo to rzeczywiście jest ograniczanie się do tego, co absolutnie niezbędne. Rzecz oczywiście nie w tym, żeby odliczyć do setki. Ale minimalizm jest w moim przekonaniu pokrewny ascezie - czyli nie powinno się tam znaleźć nic, co dobieramy dla naszego dobrego samopoczucia. Jeśli tak robimy - to wkraczamy na drogę czegoś zupełnie odmiennego - to już nie minimum - to tyle, ile chcielibyśmy mieć, aby czuć się komfortowo - nasz optymalny zestaw.
Samą mnie nurtują pytania o naturę minimalizmu. Na razie w zdecydowanej większości minimalistki to wcale nie minimalistki. Minimalizm to ograniczanie - a ja go w większości nie widzę.
Wydaje mi się, że ten minimalizm wyrósł z totalnego przerostu konsumpcjonizmu. Że mamy tego dość. Tyle, że wcale nie mamy też zamiaru w niczym się ograniczać. To co prezentują "czołowe minimalistki" (Ciebie z tego grona wyłączam, bo to jednak trochę inna bajka) to chyba jednak tylko powrót do normalności. Do tego, żeby mądrze kupować, żeby racjonalnie używać, żeby nie biegać po wyprzedażach, nie mieć tony kosmetyków, szaf pękających w szwach, biblioteki w domu, stery "wspominajek" zagracających półki. To dla mnie powrót do normalnego funkcjonowania i przywrócenia rzeczom należnej im pozycji - poszanowania, ale ściągnięcia z piedestału. Do minimalistów zaliczyłabym wspomnianego Leo Babautę. On wkroczył jednak w sferę swojego komfortu i ograniczył się do minimum. Ja sama mam przemyślenia odnośnie mojego romansu z minimalizmem. I coraz bardziej dochodzę do wniosku, że nie jestem minimalistką, choć pewnie w porównaniu z przeciętnym zjadaczem chleba jawię się jak asceta z pokutnym worem.
Nie mam zamiaru oceniać, czy to, co prezentują „czołowe minimalistyczne blogerki” jest minimalizmem czy tylko powrotem do zdrowego rozsądku i nauką świadomej konsumpcji. To nie moja sprawa. 

Nie chcę oceniać innych, mogę wypowiadać się tylko na własny temat. Pisałam i mówiłam to już wiele razy: dla mnie minimalizm jest tylko i wyłącznie narzędziem. Bawi mnie, gdy nazywa się go „filozofią życiową”, a niemal do łez rozśmiesza określanie go „stylem życia” (czy też modnie „life stylem”). Co ciekawe, określenia tego używają czasem bardzo bystre osoby, zaskakuje mnie, że nie dostrzegają, jakie to zabawne. W ogóle mam problem z tak zwanym „stylem życia”, bo co to właściwie u licha ma być? Każde życie jest inne i każde ma jakiś styl, a właściwie osoba go przeżywająca ma swój określony sposób bycia, myślenia, swoje wybory i decyzje. W związku z pisaniem bloga i książek spotkałam wiele osób zainteresowanych, mniej lub bardziej, minimalizmem i prostotą, przeprowadziłam mnóstwo rozmów i wymian korespondencji. I zapewniam, że w całej tej zbiorowości nie spotkałam dwóch osób, których „styl życia” byłby chociaż zbliżony. A jednocześnie jest coś, co nas łączy i pozwala nam nawiązać kontakt pomimo tego, że żyjemy w rozmaitych lokalizacjach i warunkach i wiele nas różni, a często nawet dzieli: posługujemy się jednym (wszechstronnym) narzędziem.

Pytanie zasadnicze brzmi: czy umiejętność posługiwania się siekierą czyni z ciebie drwala? Czy dzięki stosowaniu minimalizmu stałam się minimalistką? Jest on obecny w moim życiu już od ponad sześciu lat, a jednak coraz niechętniej używam tego określenia wobec siebie, chociaż czasem bywa wygodnym skrótem myślowym (na określenie kogoś, kto minimalizm stosuje lub się nim interesuje). Bo właściwie co to miałoby oznaczać, to bycie minimalistą? Czy minimalista to ktoś, kto ogranicza się do minimum we wszystkim, co robi, ogranicza swoje potrzeby i dążenia? Zgodnie ze słownikową definicją chyba tak. Znam takie osoby, chociaż jest ich niewiele. Mało komu taka asceza służy. Wymaga wysokiego poziomu rozwoju duchowego, do którego bardzo mi daleko.

Minimalizm jest bez wątpienia sztuką samoograniczania się. Badania granic niezbędności. Dla mnie nie jest jednak celem samym w sobie, tylko drogą do innego celu, który sobie wyznaczyłam i - co najważniejsze - osiągnęłam. Moim zamiarem nie jest życie zgodnie z zasadami minimalizmu (jeśli uznajemy, że istnieje jakiś zestaw takich zasad) ani zostanie minimalistką. Nie pragnę żyć w ascezie ani ograniczać się do egzystencjalnego minimum. Nie dążę do dostosowania swojego życia do jakiegoś określonego „life stylu”, nie chcę przylepiać sobie na czoło definiującej mnie etykietki. 

Stosowanie minimalizmu posłużyło mi, jak wspomniałam, do czego innego. Do zbudowania samoświadomości. Do zrozumienia, co jest dla mnie najważniejsze, kim i jaka jestem, czego potrzebuję, czego pragnę, jak chcę żyć. Przez te prawie siedem lat wyznaczałam sobie zadania, ćwiczyłam ducha i wolę, rozwiązywałam różne psychiczno-mentalne łamigłówki, zrzucałam balast przekonań i przyzwyczajeń. A wszystko to po to, by dobrze żyć. Świadomie, w pełni, w równowadze. By mój mikroświat był wypełniony radością i miłością. Nie dbam o to, czy moje życie pasuje do jakiejkolwiek definicji minimalizmu, bo nie ma to najmniejszego znaczenia. Być może w procesie dalszego rozwoju odczuję potrzebę ściślejszej dyscypliny, większych ograniczeń, teraz tego nie wiem, zobaczę, co czas przyniesie.

Jednocześnie bardzo cieszę się z tego, że zapanowała „moda na minimalizm”, którą opisuje Iwona w swoim komentarzu - faktycznie to jest kolejny trend konsumencki, ale bez wątpienia bardzo pożyteczny. Dzięki niemu szerzy się wiedza na temat świadomej konsumpcji, rozsądnych zakupów, materiałoznawstwa, oszczędzania. Jestem przekonana, że po tej fali zainteresowania tym tak zwanym minimalizmem, który dla wielu osób ogranicza się do sprzątania w szafach, zużywania zapasów kosmetyków i czytania o świadomym komponowaniu garderoby, zostanie trwały ślad w niejednej głowie. Dobre nawyki pozostaną, wiedza też. A że mało kto zostanie ascetą, nie szkodzi. Świadomych ludzi nam trzeba więcej na świecie, a minimalistów niekoniecznie.

Ale do pytań Iwony jeszcze wrócę, bo granice między ascezą, ograniczeniem, komfortem i nadmiarem to bardzo interesujący temat. 

Na koniec zaś mam dla Was dwie wiadomości. Pod tym łączem znajdziecie nagranie z audycji „Problem z głowy” w I programie Polskiego Radia, w której wzięłam udział w zeszłym tygodniu, a na stronie wydawnictwa Black Publishing zobaczycie oficjalną zapowiedź premiery mojej drugiej książki Minimalizm dla zaawansowanych (premiera 16 grudnia). Uprzedzam pytanie: tak, będzie też wersja elektroniczna (e-book).



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bezdzietna z wyboru

Noszę ten temat w sobie już od dawna, a zabieram się do wpisu od dobrych paru miesięcy. Wprawdzie w głowie jest gotowy, ale trudno mi się przełamać, by go napisać. Sami zobaczycie dlaczego. 
W pierwszej chwili może wydać się Wam, że sprawy, o których będę pisać w tym i kolejnych wpisach, niezbyt są związane z ogólną tematyką bloga, ale tak jest, moim zdaniem, tylko pozornie. Wszak i tutaj, i w swoich książkach dużo mówię o odwadze życia po swojemu oraz o świadomym podejmowaniu decyzji w każdej dziedzinie. 
Po raz pierwszy poproszono mnie o wypowiedź na temat bycia bezdzietną z wyboru kilka lat temu, do jakiegoś materiału prasowego. Nie czułam się jednak na siłach. Wydawało mi się to sprawą zbyt intymną. Nie chciałam też wciągać w to mojego partnera życiowego. Ma prawo do prywatności i nie musi chcieć dzielić się swoimi osobistymi decyzjami z połową internetu, jedynie dlatego, że jego żona jest blogerką i jak na blogerkę przystało, czasem psychicznie oraz emocjonalnie obnaża się w sie…

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Na rozstaju

Wróćmy do tematu niechcenia dzieci. Obiecałam wyjaśnić Wam, czym kierowałam się w procesie podejmowania ostatecznej decyzji w tej kwestii. Nie traktuję tego jako tłumaczenia się, nie widzę powodu, by się tłumaczyć. Uważam jednak, że za rzadko rozmawia się na ten temat, a Wasze pozytywne reakcje pod ostatnim wpisem potwierdzają, że jest taka potrzeba. Może gdybyśmy częściej mówili o tym, dlaczego jedne osoby pragną mieć dzieci, a inne nie, mniej emocji budziłby ten temat? Może łatwiej byłoby o tym mówić? 
Właściwie nie pamiętam, czy ktoś kiedyś pytał mnie CZY chcę mieć dzieci albo DLACZEGO nie chcę. Bywałam za to strofowana za to, że tak z tym zwlekam, nazywana egoistką, straszona starością w samotności (dzieci jako polisa na starość to mój ulubiony motyw). Pamiętam, jak kiedyś zbeształa mnie lekarka przy okazji badań okresowych, coś w tonie „najpierw czekają nie wiadomo na co, a potem mają pretensje, że nie mogą zajść w ciążę”. Dodam, że wypaliła z tym tekstem ni stąd, ni zowąd, niep…