Przejdź do głównej zawartości

Minimalizm dla zaawansowanych - premiera

Cykl wydawniczy wygląda tak, że od zakończenia pracy nad książką do czasu, gdy zagości ona na półkach księgarni, mija kilka miesięcy. I tak, jak w chwili kończenia pracy świeżo napisane słowa wciąż tłoczyły mi się w głowie, prześladowały mnie na każdym kroku i przypominały przy każdej okazji, to teraz, gdy trzymam niedawno wydrukowany egzemplarz „Minimalizmu dla zaawansowanych”, patrzę na niego już trochę jak na obce ciało, chociaż mające w sobie dużą cząstkę mnie. Od wczoraj książka jest w oficjalnej sprzedaży, zarówno w wersji papierowej, jak i elektronicznej. 

Wydawało mi się niegdyś, że to napisanie i wydanie pierwszej książki będzie dla mnie jednym z ważniejszych wydarzeń w życiu, ale okazuje się, że ta kolejna wcale nie jest mniej ważna. Inaczej się ją pisało i mam do niej inny stosunek emocjonalny. Sam fakt, że ją wydano, jest po części wynikiem tego, jak pozytywnie Wy, czytelnicy, przyjęliście tę pierwszą: na stronie wydawnictwa Black Publishing „Minimalizm po polsku” gości w zakładce „Bestsellery”. Dziękuję Wam za to, bo gdybyście nie chcieli mnie czytać, nie miałabym tak wielkiej motywacji do pisania.


Tamta pierwsza jest wprowadzeniem w temat minimalizmu jako sposobu na upraszczanie i miała służyć oswojeniu go, pokazaniu, że nie jest taki straszny ani dziwny, jak czasem go malują. To zadanie na pewno zostało wykonane, o czym przekonują mnie informacje zwrotne, które płyną z różnych stron i grup wiekowych. 

A o czym jest „Minimalizm dla zaawansowanych” i dla kogo go pisałam? 

Powiedzmy najpierw, o czym nie jest. Nie znajdziecie tam kolejnych instrukcji sprzątania, budowania stylu, komponowania idealnej garderoby, wyrzucania niepotrzebnych przedmiotów. Nie piszę też o zakupach czy świadomej konsumpcji. To tematy ciekawe i ważne, ale dość już o nich napisano. Na blogach, w książkach, ja też niejednokrotnie je poruszałam. Myślę zresztą, że niejednokrotnie i tutaj, i gdzie indziej, jeszcze one się pojawią. 



„Minimalizm dla zaawansowanych” opowiada o tym, jak wygląda sprzątanie w głowie. W sobie, w myślach, przekonaniach, nawykach. Dzielę się nie tylko swoją historią mentalnych porządków, ale zaprosiłam też do rozmowy kilka ważnych dla mnie osób, by poszerzyć spojrzenie i pokazać inne wymiary tego procesu. 

To bardzo szczera i osobista historia. Chciałam pokazać, co dzieje się w duszy i głowie człowieka, który świadomie stosuje minimalizm, by pracować nad sobą i siebie poznać. Nie mam sposobu, by zajrzeć innym w dusze (bo rozmowa daje tylko część obrazu), więc nie miałam innego wyjścia, niż wybebeszyć siebie samą. Podzielić się z czytelnikiem tym, co mnie uwierało. Opowiedzieć, jak udało się tych różnych blokad, przeszkód, mentalnego i emocjonalnego balastu pozbyć. Dość jednak gadania o książce, poniżej zamieszczam na zachętę fragment. Książkę na pewno znajdziecie już w empiku, W wersji elektronicznej (e-book) na przykład na Virtualo lub Woblinku

I jeszcze jedno: na pewno będziecie pytać o spotkania autorskie. Nie znam jeszcze terminów ani miejsc, wiem, że na pewno będą organizowane w przyszłym roku, teraz, przed samymi Świętami, nie miałyby sensu. Zapewne standardowo odbędą się w Krakowie i Warszawie. Jeśli chcecie, bym spotkała się z Wami w innym mieście (a może wiecie o jakimś miejscu, w którym można by zorganizować takie spotkanie, np. biblioteka, ośrodek kultury), zgłaszajcie to proszę, do mnie ajka@prostyblog.com, ale najlepiej od razu do działu marketingu i promocji Wydawnictwa Black Publishing (magdalena@blackpublishing.pl). Przyjadę z radością, jestem chętna i otwarta na spotkania twarzą w twarz z czytelnikami, które są źródłem radości, chociaż czasem padają na nich trudne pytania, ale tym jest ciekawiej. Jak pewnie zauważyliście, rzadko udzielam się w komentarzach na blogu, bo za tym nigdy nie przepadałam, ale kontakt osobisty i e-mailowy z Wami zawsze sprawia mi wielką przyjemność.

Obiecany fragment książki „Minimalizm dla zaawansowanych", wprowadzenie:

Narzędzie uniwersalne
 Nie tylko człowiek tworzy narzędzia i się nimi posługuje, ale to on jest prawdziwym mistrzem w tej dziedzinie. Najlepsze są takie, które mają najwięcej zastosowań. Moim ulubionym jest scyzoryk. Choć to podobno dla kobiety dość nietypowe, nie rozstaję się z pokaźnych rozmiarów wielofunkcyjnym nożem. Noszę go w torebce, w tej samej kieszonce co błyszczyk do ust. Cenię go za to, że nieraz naprawdę mi się przydał. W rozmaitych sytuacjach – od najoczywistszych, takich jak otwieranie butelki wina, po mniej przewidywalne, jak naprawa klimatyzacji w autokarze czy usuwanie wbitych w stopę kolców jeżowca, w jednym i drugim przypadku z dala od fachowej pomocy.
Jeśli chodzi o życiowe strategie, takim uniwersalnym narzędziem, takim scyzorykiem, jest minimalizm – sztuka upraszczania i osiągania jak najlepszych wyników za pomocą jak najmniejszej liczby najbardziej odpowiednich środków. Stosowanie minimalizmu zaczyna się zwykle od przeglądu dobytku i ograniczenia stanu posiadania. Dla wielu osób minimalizm kończy się na tym materialnym wymiarze – na uporządkowaniu i oczyszczeniu przestrzeni. Narzędzie to ma jednak dużo więcej zastosowań. Posługuję się nim już od sześciu lat, ale jego uniwersalność nie przestaje mnie zaskakiwać i zachwycać. Dzięki własnym i cudzym doświadczeniom nieraz się przekonałam, że wnioski wyciągnięte z tej pierwszej lekcji można przenieść na inne, pozamaterialne obszary, takie jak rozwój osobisty, życie zawodowe, relacje międzyludzkie czy podróże.
Często zwracają się do mnie z prośbą o poradę osoby, które są zafascynowane koncepcją minimalizmu i chciałyby ją pełniej wdrażać w życie, ale natykają się na rozmaite przeszkody. Niektórzy nie potrafią porzucić swoich przyzwyczajeń i chociaż z radością pozbyli się części niepotrzebnych przedmiotów, wciąż zdarza się im ulegać pokusom i nierozsądnie wydawać pieniądze. Inni dobrze sobie radzą z zewnętrznym aspektem minimalizmu, uporządkowali swój dobytek i potrafią utrzymywać ład w otoczeniu, ale nie są w stanie przenieść tych zasad na inne sfery i uskarżają się na przykład na stres i nadmiar zajęć. Jakby mieli już ów minimalistyczny scyzoryk, ale nie umieli jeszcze sprawnie się nim posługiwać. To, czego w takich przypadkach trzeba, to ćwiczenia, praktyka i analiza błędów. Jeśli chce się nabrać wprawy, jedynym sposobem jest doskonalenie umiejętności przez wielokrotne powtarzanie, aż będą przychodzić tak naturalnie, jakby były wrodzone.
Kiedy parę lat temu stawiałam pierwsze nieporadne kroki na nowej drodze, nie wiedziałam, dokąd mnie ona zaprowadzi. Moje zainteresowanie minimalizmem zrodziło się ze zmęczenia zbyt szybkim życiem, fizycznym nadmiarem, z pragnienia zyskania miejsca i czasu dla siebie. Gdy zaczynałam mierzyć się z bałaganem i nadmiarem przedmiotów, nie podejrzewałam, że za pomocą tego samego narzędzia uda mi się rozwiązać problemy, z którymi od lat nie potrafiłam sobie poradzić – czyli między innymi uporać się z niską samooceną i pożegnać z nadwagą.
Moja pierwsza książka, Minimalizm po polsku, czyli jak uczynić życie prostszym, stanowiła wprowadzenie w temat i odpowiedź na liczne publikacje prasowe, które powielały stereotypy, sprowadzały minimalizm do liczenia przedmiotów. Miała przedstawić podstawowe założenia i techniki i zachęcić czytelnika, by je wypróbował, w takim zakresie, w jakim będą dla niego przydatne – z zastrzeżeniem, że może się w dowolnym momencie zatrzymać i że nie powinien zmuszać się do przekraczania swoich ograniczeń i pokonywania swoich wewnętrznych blokad na siłę. Chciałam zarazić czytelników miłością do prostoty i przekonać ich, że z minimalizmu mogą korzystać nawet ci, którzy się z nim nie identyfikują – chociażby po to, by posprzątać w szafie lub piwnicy.
Czułam jednak, że nie wyczerpałam tematu, ponieważ nie potrafiłam jeszcze podsumować wszystkich zmian, które wraz z upraszczaniem i porządkowaniem otoczenia zaszły w mojej psychice, w moim sposobie myślenia i patrzenia na świat. Niniejsza książka pogłębia i rozwija refleksje zawarte w tamtej. Dzielę się w niej osobistymi doświadczeniami i przemyśleniami. Zaprosiłam też do rozmowy kilka osób, które odegrały ważną rolę w mojej minimalistycznej drodze, by opowiedziały o swoich związanych z minimalizmem wrażeniach i podzieliły się spostrzeżeniami na temat samoświadomości i mierzenia się z własnymi ograniczeniami.

Życzę Wam przyjemnej lektury i do zobaczenia na spotkaniach autorskich!

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jeszcze prościej

To, że ostatnio rzadko poruszam na blogu temat minimalizmu, nie znaczy, że przestał być dla mnie ważny. Jest nadal istotny, ale w inny sposób niż wtedy, gdy wprowadzałam największe zmiany w swoim życiu i przestrzeni osobistej. Pisałam o tym we wpisie Procesy w tle
Po ośmiu latach mówienia i pisania o nim czuję przesyt. Nie mam już ochoty czytać książek ani blogów związanych z tym tematem. Nie twierdzę, że nie warto, bo wiele mądrych treści wciąż powstaje, jedynie ja nie mam już potrzeby dalej drążyć tych kwestii.

Nadal bardzo istotna jest dla mnie prostota, coraz ważniejsza. To raczej już nie ulegnie zmianie, bo zawsze ją lubiłam, a z czasem stała się dla mnie myślą przewodnią. W każdej dziedzinie życia. Prostota wypowiedzi, przekazu, formy i treści. W estetyce i ubiorze. W wystroju mieszkania. Na talerzu - bardzo istotna. Prostota i skuteczność rozwiązań - w pracy, nauce, komunikacji. Nie zajmują mnie natomiast zbytnio sprawy ilości rzeczy i zajęć, które na pewnym etapie były tak …

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.

Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 
Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, ż…

Zanim nazwiesz prezesa idiotą...

Za sobą mam wielkie ufff. Westchnienie ulgi, bo we wtorek zakończyłam megazlecenie, o którym pisałam ostatnio. Ponad dwa miesiące bardzo intensywnej pracy umysłowej. Przyznaję, że teraz jestem nieco sflaczała intelektualnie i jeszcze niegotowa na większy wysiłek. Na razie wysypiam się, nadrabiam zaległości domowe i towarzyskie, odpoczywam. Leniuchuję bez wyrzutów sumienia. Wracam do równowagi.
Pomyślałam, że oprócz minicyklu o szczęściu równolegle poopowiadam Wam trochę o tym, jak wygląda życie osoby pracującej na własny rachunek, bo często o to pytacie. Dzięki internetowi i możliwościom pracy zdalnej coraz więcej osób może brać pod uwagę takie rozwiązanie. A jest ono na pewno bardzo kuszące. Obiecuje wolność, niezależność. Więcej czasu wolnego, mniej stresu. Brak szefa nad sobą, brak konieczności dzielenia miejsca pracy z ludźmi, których obecność nie zawsze jest nam miła. 
Temat to bardzo szeroki, więc na jednym wpisie się na pewno nie skończy. Mam wrażenie, że istnieje sporo fałszy…