Przejdź do głównej zawartości

Francuzki też mają łupież i pryszcze

Na książkę, o której dzisiaj chciałam Wam napisać (w ramach krótkiej przerwy od opowieści konkursowych), czekałam od dawna, chociaż nie miałam pojęcia, że powstaje. Kilkukrotnie rozmawiałyśmy z autorką bloga minimal plan o tym, że czas najwyższy, aby wreszcie powstała książka rozprawiająca się ze wszystkimi stereotypami na temat Francuzek, do których rozpowszechniania przyczyniają się w znacznym stopniu modne poradniki, chociaż nie tylko one. Temat ten jest doskonale znany osobom, które interesują się kwestiami upraszczania życia, a w szczególności pracą nad komponowaniem garderoby, bo półki księgarni aż uginają się od podręczników francuskiego (a najlepiej - paryskiego) szyku, ale z modnych tytułów dowiemy się również, że Francuzki nie tyją, a paryskie dzieci nie grymaszą. Przyznaję, sama pochłonęłam już sporo takich rewelacji, ze słynnymi „Lekcjami Madame Chic” na czele, i zawsze budziły one we mnie uczucia mieszane. Bowiem z każdej z tych książek wynosiłam dobre wrażenie i kilka przydatnych porad, ale jednocześnie miałam świadomość, że znacznie fałszują one rzeczywistość. Nie trzeba przecież podróżować do Francji, znać języka ani kultury, aby domyślać się, że coś tu nie gra, ktoś nam coś próbuje wmówić (najczęściej egzaltowane Amerykanki, zafascynowane odmiennością życia w Europie). Fakt, że spędziłam w tym kraju sporo czasu, moja droga zawodowa jest ściśle związana z językiem francuskim, a prywatne zainteresowania często kierują mój wzrok w stronę kraju nad Sekwaną, tym bardziej nie pozwalał mi na bezkrytyczne przyjmowanie tych wszystkich rewelacji.

Nie dziwi więc, że gdy Wydawnictwo Kobiece umożliwiło mi przedpremierowe zapoznanie się z pozycją zatytułowaną „Cała prawda o Francuzkach” autorstwa Marie-Morgane Le Moël, nie mogłam doczekać się lektury. Autorka jest Francuzką, ale wyszła za mąż za Australijczyka, mieszkała długo poza Francją, można było spodziewać się, że udało się jej nabrać pewnego dystansu do swoich korzeni, a jednocześnie niejednokrotnie zmierzyć się z trudnym zadaniem stanięcia na wysokości zadania bycia Francuzką zgodną w oczekiwaniami i wyobrażeniami cudzoziemców. 


Przyznaję, że nie spodziewałam się tak rzetelnie przygotowanej książki. Oczekiwałam czegoś równie lekkiego i błahego, jak te pozycje, z którymi mogłaby polemizować „Cała prawda...”. Zdjęcie ładnej pani na okładce też nie sugerowało, że mam do czynienia z czymś poważniejszym. A jednak. 

Autorka solidnie uzbroiła się do walki z krzywdzącymi stereotypami na temat jej krajanek. Jej oręż stanowią cięty język, zmysł obserwacji, ironiczne poczucie humoru, wiedza, dane statystyczne oraz spora dawka „prawdy z życia wziętej”, cytatów i przykładów z codziennego życia jej samej, jej rodziny i znajomych. Owszem, zaczyna dość lekko, bardzo ironicznym przedstawieniem wspomnianego powszechnie obowiązującego wizerunku tzw. typowej Francuzki. Cytuje artykuł napisany przez amerykańską dziennikarkę Janine di Giovanni, która podzieliła się ze światem m.in. takimi oto rewelacjami:
Urodzenie dziecka we Francji i doświadczenia z tym związane sprawiają, że szanuję Francuzki jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. Francuzka kobieta rodzi dziecko, podrzuca je do crèche, przeprowadza jakąś fuzję czy przejęcie, uwodzi męża za pomocą wyśmienitej blanquette de veau, no i mieści się w te same dżinsy, w których chodziła jako szesnastoletnia dziewczyna - a to wszystko już po kilku tygodniach od porodu.
W opozycji do powyższego obrazu Marie Morgane Le Moël cytuje swoją przyjaciółkę, która żali się: nie daję już rady, jest mi ciężko chodzić do pracy, wracać do domu i od razu brać dziecko na ręce, usypiać je i jeszcze w tym samym czasie odbierać telefony od szefa w sprawach wymagających natychmiastowej reakcji.

Po ironicznym wstępie robi się jednak poważniej, przez kilka rozdziałów autorka przedstawia zarys historii pozycji, jaką zajmowała francuska kobieta w poszczególnych epokach w tak ważnych sferach życia, jak władza i polityka, pokazuje, jaką rolę odegrały panie podczas rewolucji i jak radzą sobie w zmaskulinizowanym świecie polityki dzisiaj. Przyznaję, że nie raz informacje zawarte w tej części budziły moje zdziwienie, nie wiedziałam, że czynne prawo wyborcze kobiety we Francji uzyskały dopiero w 1944 r. (w Polsce 1918 r.!), a że nigdy szczególnie francuską polityką się nie interesowałam, nie uświadamiałam sobie w pełni seksizmu, jaki prezentuje wielu z francuskich polityków. Polska w porównaniu z nimi nie wypada wcale aż tak źle. Mieliśmy przecież niejedną panią premier, mamy coraz więcej kobiet w sejmie i senacie, chociaż oczywiście nadal o wiele mniej niż panów. Najważniejsze jest jednak, że rzadko zdarzają się u nas akty jawnego lekceważenia kobiet zaangażowanych w politykę, a z książki wynika, że we Francji do takich sytuacji dochodzi nierzadko. Zbulwersowała mnie informacja o tym, że przez pewien czas posłanki do Zgromadzenia Narodowego obawiały się zakładać spódnice na posiedzenia parlamentarne, żeby nie narazić się na seksistowskie komentarze. 
Wprawdzie ta pierwsza część „Całej prawdy o Francuzkach” ma charakter historyczny oraz jest mocno naszpikowana faktami i datami, jednak czyta się ją bardzo przyjemnie, a informacje przekazywane są w sposób przystępny, nienachalny, wszelkie dane liczbowe czy historyczne mają lepiej zobrazować i uzasadnić tezy autorki.

W drugiej połowie książki autorka przechodzi do kwestii społecznych i obyczajowych. Tematyka staje się zdecydowanie lżejsza. Mowa jest o miłości, galanterii, francuskim pocałunku, obyczajowości seksualnej i wizerunku francuskiej kobiety jako zmysłowej uwodzicielki, która gustuje w cudzych mężach. Te aspekty przedstawione są również bardzo rzeczowo, autorka między innymi wyjaśnia francuski stosunek do zdrady i stosunków pozamałżeńskich. 

Ostatni rozdział poświęcony jest tematowi, który zwykle budzi największe zainteresowanie, czyli modzie oraz rzekomemu fenomenowi kobiet, które jedzą czekoladę i mnóstwo sera, popijając winem, podobno nigdy nie uprawiają sportu, a jednak zachowują szczupłą sylwetkę i świetną formę aż do jesieni życia. Autorka obala część tych mitów, a także zwraca uwagę na ważną kwestię - na silną presję społeczną, zwłaszcza w wyższych klasach społecznych, zamożniejszych i lepiej wykształconych, związaną z koniecznością utrzymania szczupłej sylwetki. Przypomniały mi się wpisy z pewnego francuskiego forum dla osób z nadwagą i otyłych (tak, istnieją takie fora), gdzie dziewczyny opisywały terror, z jakim spotykają się na przykład na spotkaniach rodzinnych, kiedy to cała rodzina głośno przy stole roztrząsa sprawę nadwagi „naszej drogiej Charlotte”, która stanowczo za dużo waży. Może by ją wysłać do jakiegoś dobrego specjalisty, przecież taka zapuszczona nie znajdzie dobrej pracy ani sensownego partnera... A może spróbuje tej wspaniałej diety, dzięki której Julie straciła 15 kilo?

Dla mnie największym atutem tej książki jest to, że przedstawia ona w ciekawy sposób sylwetki wielu francuskich kobiet, zarówno bardzo znanych, jak Joanna d'Arc, Simone de Beauvoir czy Coco Chanel, jak i takich, które mogą być nawet nieco zapomniane w samej Francji. Fascynuje mnie poznawanie historii pokazywanej z damskiej perspektywy. Przez wieki o historii opowiadali mężczyźni dla mężczyzn. I o mężczyznach. Czas najwyższy, by uzupełnić ten obraz. A fascynujących kobiet, nie tylko we Francji, było przecież bardzo wiele. Dlatego przeczytałam „Całą prawdę...” z prawdziwą przyjemnością. 

Podsumowując: czy autorce udaje się rozprawić ze wszystkimi stereotypowymi wyobrażeniami na temat francuskich kobiet? Zasadniczo tak, ale jednocześnie, moim zdaniem, pokazuje, że w każdym stereotypie jest część prawdy. Nie można go jednak rozciągać na całość populacji, bo to bardzo krzywdzące i prowadzi do fałszowania obrazu. 

Podoba mi się, że Marie Morgane Le Moël nie krytykuje wspomnianych poradników stylu, szyku i wychowywania dzieci na galijską modłę, a jedynie pokazuje, że nie należy traktować ich zbyt poważnie, bo pokazują one jedynie małe wycinki rzeczywistości, subiektywne spojrzenie, a nie prawdy objawione. 

To nie tylko przyjemna, zabawna, ale i inspirująca lektura, wynotowałam sobie kilka nazwisk pań, których historie mnie zaciekawiły, a świetnie pasują do moich obecnych zainteresowań. Być może z bloga można wywnioskować, że jedyne, czym żyję, to minimalizm i upraszczanie, ale, jak zresztą pisałam w drugiej książce, ten etap uważam za zamknięty. Porządki zrobione, uprościłam co się dało, wypracowałam dobre nawyki i mechanizmy, osiągnęłam równowagę, więc mogę zajmować się teraz innymi sprawami, czytać na inne tematy, patrzeć w inną stronę. Na razie nie zdradzam, co mnie teraz zajmuje, ale prędzej czy później na pewno się dowiecie. 

Na razie jednak jeszcze sporo mamy sobie do powiedzenia na temat upraszczania i porządkowania, prawda? Wracamy do tych spraw w kolejnym wpisie. Natomiast w przyszłym tygodniu, w środę o godz, 18:00 odbędzie się moje spotkanie autorskie w Warszawie, w Księgarni Czarnego przy ul. Marszałkowskiej 43/1 (pierwsze piętro). Zapraszam serdecznie!

Książkę mogłam przeczytać dzięki uprzejmości Wydawnictwa Kobiecego

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Roczny post zakupowy

Bardzo potrzebowałam tak długiej przerwy w blogowaniu. Rozwijanie kanału na YouTube pochłania dużo wysiłku i uwagi, a wciąż wielu rzeczy muszę się nauczyć i nie wszystko jeszcze wychodzi mi tak, jakbym chciała. Jednak uczę się, a oglądających przybywa, od maja uzbierało się już ponad 600 subskrybentów i odbiór materiałów, które publikuję, jest pozytywny, co zachęca do dalszej pracy w tym kierunku.
Dałam sobie czas, by zdecydować, czy chcę nadal pisać bloga, a jeśli tak, jak to pisanie ma w przyszłości wyglądać. Wiem, że aby Wam czytało się dobrze to, co tworzę, nie mogę traktować blogowania jako obowiązku. Tylko wtedy, gdy będę pisać z wewnętrznej potrzeby i z przyjemnością, będzie to miało sens. 
Minęło kilka miesięcy. Wystarczająco dużo czasu, bym mogła spojrzeć z dystansem na to, w jaki sposób chcę kontynuować swoją internetową działalność. Doszłam do wniosku, że najlepiej będzie połączyć jej dwa rodzaje, tak, by się wzajemnie uzupełniały. Blog daje możliwość dokładniejszego wyjaś…

Sprzątanie zaczyna się w głowie

Nie jestem odkrywcza, twierdząc, że sprzątanie zaczyna się w głowie. Jak wiele innych procesów. Odchudzanie, wypoczywanie, zmiany.

Zacznijmy od jego postrzegania. Często przedstawia się sprzątanie jako czynności nielubiane i nużące. Niektórzy wręcz nim pogardzają i uważają za zajęcie niegodne. To chyba spuścizna czasów, gdy porządki były domeną kobiet oraz osób ubogich lub nisko urodzonych. Nadal zdarza się, że nie szanuje się osób, które zajmują się sprzątaniem zawodowo. Znam osobę, która zatrudnia panią do sprzątania domu wcale nie dlatego, że nie ma czasu, siły czy możliwości, ale dlatego właśnie, że uważa to zajęcie za poniżające, niegodne. 


Wielu ludzi nie lubi sprzątać, bo to ich zdaniem strata czasu, syzyfowa praca, którą trzeba zaczynać od nowa, gdy tylko się skończy. Jednak naturalnym jest, że próbuje się unikać tego,  czego się nie lubi. Opóźnia, robi byle jak, byle było. Szuka wymówek, by usprawiedliwić to, że znów miało się coś innego do zrobienia. 
Czym to grozi?  Tym, że …

Moje pierwsze 500+ i prezent dla czytelników

W listopadzie 2009 r. powstał pierwszy wpis na blogu, który wówczas nazwałam Minimalistka (w serwisie blox). Nosił tytuł Trudne początkii zaczynał się tak: Tytuł blogu jest nieco na wyrost. Nie jestem minimalistką. Może kiedyś będę. Staram się ograniczać liczbę posiadanych rzeczy, upraszczać swoje życie i otaczającą mnie przestrzeń, uczę się świadomie kupować. Dążę do wyeliminowania tego, co zbędne. Walczę z tendencją do gromadzenia przedmiotów i kupowania wciąż nowych rzeczy.  Minęło nieco ponad 8 lat i w tym czasie napisałam w sumie 500 wpisów, łącznie z dzisiejszym.
Gdy zaczynałam, nie miałam najmniejszego pojęcia, dokąd mnie to zaprowadzi. Czułam potrzebę dzielenia się swoim doświadczeniem, wrażeniami z przygody, jaką okazało się stosowanie minimalizmu w praktyce. Z czasem blog stał się zapisem różnych moich przeżyć i przemyśleń, a także relacją z procesu zmian w wielu dziedzinach życia.