Przejdź do głównej zawartości

Chorzy na kłamstwo i niezadowolenie

Mała przerwa w pisaniu mi się zrobiła, trzeba było trochę pozarabiać na życie, zasypały mnie zlecenia tłumaczeniowe i nie mogłam się spod nich wygrzebać. Ale udało się wreszcie. 

Pisałam ostatnio o relacjach i ich porządkowaniu, przytaczając opinię Wioletty, która oponuje przeciwko tak zwanemu „usuwaniu z życia toksycznych ludzi” i nawołuje do tego, by zamiast się od nich dystansować, spróbować ich zrozumieć i nauczyć się zachowania psychicznej niezależności w obliczu negatywnych i nieżyczliwych zachowań. 

Dzisiaj za to chciałam się z Wami podzielić swoim osobistym podejściem. Opowiedzieć, co dla mnie oznacza świadome dobieranie sobie znajomości. Często reakcją na to określenie jest protest. Nie wiedzieć czemu wielu osobom świadome wybieranie ludzi, z którymi chcemy spędzać czas, kojarzy się z wykreślaniem numerów telefonów z kalendarza, brutalnym wyrzucaniem z kręgu znajomych tych, którzy wydają się nam nudni czy właśnie „toksyczni”. Jak zawsze królują uproszczenie i stereotyp. 

Gdy czytam różne dywagacje o tym, kto w naszym życiu powinien być obecny, a dla kogo miejsca być nie może, odnoszę wrażenie, że osoby wypowiadające się żyją w jakimś innym świecie niż ten mi znany. W świecie, gdzie każdy dysponuje nieskończoną ilością czasu. Nikt się nie spieszy, nie ma kłopotu ze znalezieniem czasu na sen i odpoczynek. Jakaś utopia slow life. 

Fakt, żyję w mniejszym pośpiechu niż przeciętny obywatel, po części z własnego wyboru, po części z powodu okoliczności życiowych. Nie mam dzieci, przede wszystkim, co bardzo wiele zmienia. Wolny zawód też jest istotnym czynnikiem. Ale i tak często staję przed trudnymi wyborami, bo tak wiele jest spraw, na które chcę i potrzebuję znajdować czas i miejsce, poza pracą i zajmowaniem się domem. Najbliższa rodzina. Zainteresowania, lektury, przyjemności i rozrywka, wypoczynek. Pisanie. I jeszcze moc innych ważnych zajęć. Na przykład bycie sam na sam ze sobą - lubię samotność, tak samo jak i lubię ludzi, potrzebuję równowagi. Gdybym nie mogła od czasu do czasu przebywać w samotności i ciszy, towarzystwo ludzi nie cieszyłoby mnie tak bardzo. Mogłoby nawet męczyć i irytować. 

Mam szczęście: znam mnóstwo ciekawych, dobrych, pełnych życia i energii osób. Chciałabym widywać się regularnie z większością z nich. To spore wyzwanie, bo oprócz konieczności znalezienia miejsca we własnym terminarzu trzeba jeszcze dostosować się do możliwości czasowych tej drugiej strony. Bywa, że bardzo trudno się zgrać. 

Skoro nie zawsze udaje się spotykać tak często, jakby się chciało, z ludźmi dla mnie ważnymi i mi życzliwymi, dlaczego miałabym znajdować czas dla osób, których towarzystwo nie jest mi miłe? Szkoda mi życia na wymuszone, powierzchowne i nieszczere kontakty. 

Nie chcę znajdować miejsca w swoim życiu dla dwóch rodzajów relacji. Po pierwsze z osobami, które są wiecznie ze wszystkiego niezadowolone i wciąż narzekają. Wiem, że w naszym kraju nie wypada być zadowolonym z życia, a nie daj boże uśmiechać się czy zagadywać do nieznajomych w sklepie czy na ulicy, ale przecież nie wszyscy są chorzy na ponurość. Nie wszyscy są też zawistni. Skoro ktoś wie, że: a) nie jestem zawistna, b) potrafię cieszyć się cudzym szczęściem, c) życzę mu jak najlepiej, d) nie poproszę o pożyczenie mi pieniędzy, to czemu, u licha, nie jest w stanie na pytanie „co u Ciebie?” odpowiedzieć, że dziękuję, całkiem dobrze, tylko narzeka nawet na to, że jest zdrowy oraz dostał awans i podwyżkę?

Nie jestem ani szczególnie optymistycznie, ani pesymistycznie nastawiona do życia i świata. Staram się dostrzegać i dobre, i złe strony każdej sytuacji, ale dbam o to, by negatywy nie przesłoniły mi pozytywów. Bo w naszej strefie klimatycznej z powodu niedoborów światła słonecznego raczej nie grozi nam zbytni entuzjazm i nadmiar radości. Dlatego unikam ludzi, którzy lubią tarzać się w poczuciu beznadziei. Albo pytają, co ja znowu taka uśmiechnięta, to przecież nie jest normalne, żeby się ciągle uśmiechać (zdarzyło mi się kilka razy usłyszeć takie pytanie, serio). 


Nie mówię tu oczywiście o sytuacjach życiowych, gdy nikomu do śmiechu nie jest. Choroba, śmierć, nieszczęścia chodzą po ludziach i po to ma się przyjaciół i znajomych, żeby w trudnej chwili wysłuchali, poklepali po plecach, potrzymali za rękę i powiedzieli, że wszystko będzie dobrze. Mówię o tych, którzy z cudzych nieszczęść się cieszą, a radość ich irytuje. 

Druga kategoria zachowań, na które się nie zgadzam, to manipulowanie i szantaże emocjonalne. Jestem prostolinijną osobą, czasem może za bardzo. Cenię sobie szczerość i otwartą komunikację, nie lubię niedomówień, domysłów, krętactwa. Gubię się w cudzych manipulacjach. Nie chcę tracić czasu i energii na zastanawianie się, czy to, co właśnie słyszę, to prawda, czy kolejne kłamstwo obliczone na osiągnięcie korzyści, której nawet nie jestem w stanie się domyślić, albo mające sprowokować jakieś moje określone zachowanie. Czasem nabieram się na takie manewry, więc bezpieczniej mi unikać krętaczy, kłamców i manipulatorów.

Chcę otaczać się ludźmi, którzy tak samo cieszą się z mojej obecności, jak ja z ich bycia obok mnie. Potrafią mówić o tym, co myślą i czują, sygnalizować, że coś im nie pasuje, pracować nad tym, by było nam ze sobą dobrze. Ludzie, którymi się otaczam, mają na mnie wpływ, przez to, co mówią, jak myślą, jak się zachowują. Wybieram więc tych, którzy działają na mnie pozytywnie, nie ciągną mnie w dół, ale zachęcają do bycia kimś lepszym niż jestem. Nie mówią: „mnie by się nie chciało” ani „a po co to robisz, nie szkoda Ci czasu?”. 

Nie wykreślam nikogo ze swojego notesiku z adresami ani nie zrywam definitywnie żadnej znajomości, bo wiem, że ludzie się zmieniają. Ja też. Być może teraz nie jest mi z kimś po drodze, ale za dziesięć lat znajdziemy wspólny język, gdy oboje będziemy już innymi ludźmi. Albo odwrotnie, nie będę dogadywać się z kimś, z kim teraz spędzam mnóstwo czasu. Każdej znajomości warto dać drugą szansę. Odnowiłam w ostatnich latach relację z koleżanką, z którą bardzo lubiłyśmy się na studiach, a potem długo nie widywałyśmy się wcale. Po latach okazało się, że dopiero teraz nasza znajomość rozkwitła. Z kolei długo bolałam nad rozpadem niegdysiejszej przyjaźni, ale nie ma nad czym boleć, skoro niewiele już mamy sobie do powiedzenia z tą osobą. Próby podtrzymania znajomości na siłę zakończyły się niepowodzeniem. To wartościowa kobieta, ale nasze ścieżki mocno się rozeszły, sympatia została, ale radości z bycia razem już nie ma. Nie tracimy się z oczu, ale na razie na nic więcej nie ma szansy. 

Do tej pory życie dało mi ważną lekcję: nie należy traktować obecności żadnej osoby w naszym życiu jako pewnika. Zdarzenia losowe, przeprowadzki, choroby czy wreszcie osobiste decyzje powodują, że ktoś, kto miał być blisko nas do końca życia i świata, nagle znika albo zmienia się i odchodzi w swoją stronę. Trzeba cieszyć się ludźmi póki są blisko, by potem nie żałować, że nie nacieszyliśmy się nimi wtedy, gdy był najlepszy na to czas, Wtedy, gdy było nam dane kroczyć obok siebie tą samą drogą.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Lepiej

Przed urlopem pisałam o bezdzietności z wyboru. Mam jeszcze parę refleksji, które nie dotyczą istoty sprawy (mienia/niemienia dzieci), ale są z nią powiązane. 
Ludzie często lubią formułować różne złote rady czy ogólne stwierdzenia, które wydają się im słuszne i cenne: lepiej mieszkać na wsi. Lepiej mieszkać w mieście. Lepiej mieć samochód/jeździć na rowerze/poruszać się piechotą. Lepiej jeść mięso/być wegetarianinem/weganinem. Lepiej jeść gluten/nie jeść glutenu. Mieć mieć wiele dzieci/mieć dwoje dzieci/jedno dziecko/nie mieć dzieci. Lepiej biegać/ chodzić na siłownię/ćwiczyć jogę/gimnastykować się w domu. Być minimalistą/tarzać się w konsumpcji. Można by tak wymieniać w nieskończoność, wymieniłam tylko kilka dziedzin, które akurat wydają mi się częstym przedmiotem tego rodzaju sądów.
Zazwyczaj uważa się, że „lepiej” jest robić tak, jak się samemu wybrało. Często dlatego, że jest się ze swojego wyboru zadowolonym i wydaje się, że skoro nam jest z tym dobrze, to innym też pewnie będz…