Przejdź do głównej zawartości

Długa droga do domu

Mentalnie nadal przebywam w innej galaktyce, ale zaganiam się do napisania nowego wpisu, bo wiem, że jeśli tego nie zrobię, z każdym dniem będzie mi coraz trudniej się zmobilizować. Obiecałam Wam temat diety, odchudzania i odżywiania, który zresztą nieraz już gościł na blogu. Nie zmieszczę się na pewno w jednym wpisie, tym bardziej, że różne aspekty i wymiary chciałabym uwzględnić.

Wydaje mi się, że w życiu każdego z nas jest jakiś temat przewodni, jakaś jedna duża sprawa do „rozkminy”, od której zależy szereg innych, mniejszych, ale też istotnych. Moim węzłem do rozsupłania okazał się być stosunek do ciała. Z miliona różnych przyczyn. Przede wszystkim z powodu różnych przekonań, nawyków i wyobrażeń, które odziedziczyłam po przodkach. Z obu stron rodziny właściwie chyba nie było w historii kilku ostatnich pokoleń kobiety, która nie miałaby jakiegoś „problemu ze sobą”, ze swoją fizycznością. Nie chcę tu wywlekać prywatnych spraw mojej rodziny, zresztą do niczego potrzebne to nie jest. Istotnym jest, że już jako nastolatka czułam się bardzo źle w swoim ciele, a co za tym idzie ogółem ze sobą. Przez lata uważałam się za osobę ekstremalnie brzydką, niezgrabną, pozbawioną wdzięku. Byłam bardzo obrażona na swoje ciało, na naturę, która w moim odczuciu niesprawiedliwie mnie potraktowała, obdarzając akurat takim zestawem genów. Nie jest dziwnym, że zaczęłam tak negatywnie postrzegać siebie właśnie w tamtym czasie, bo hormonalne piekło dorastania i naturalne dla tego wieku zmiany sylwetki tylko pogorszyły sprawę. 

Strzeliłam więc focha. Obraziłam się na ciało. Zaczęłam szukać sposobu, jakby go zmienić. Oczywiście pierwszy sposób to diety. Niedojadanie, unikanie tłuszczu i mięsa, niechęć do sosów, szukanie magicznych sposobów na schudnięcie w jak najkrótszym czasie. Ruchu nie lubiłam szczególnie, przez pewien czas próbowałam biegać, ale nie spodobało mi się to, więc pozostawało tylko obcinanie kalorii, potem zaczęły się inne sztuczki, takie jak niełączenie określonych pokarmów czy jedzenie ich o danej porze dnia. 

Gdy przy okazji porządkowania szpargałów kilka lat temu znalazłam swoje zdjęcia z tamtego okresu oraz karty badań lekarskich z końca podstawówki i liceum, ku swojemu wielkiemu zdziwieniu zobaczyłam szczupłą dziewczynę, o płaskim brzuchu i zgrabnej sylwetce. Wyniki na kartach badań potwierdziły, że moja waga mieściła się wtedy w zdrowej normie. Ale ja postrzegałam siebie wtedy jako brzydką i niekształtną grubaskę. Co więcej, jak okazało się po tych dwudziestu paru latach ważyłam tyle samo, co wtedy, gdy miałam 16-18 lat, chociaż w międzyczasie wielokrotnie tyłam i chudłam, nieraz znacznie, bujając się z efektem jojo jak na huśtawce. Trudno było nie zadać sobie pytania, czy nie byłoby łatwiej i zdrowiej, gdybym przez niemal całe swoje dorosłe życie nie próbowała tak usilnie się zmienić, a zamiast tego po prostu utrzymała ten stan wagi i sylwetki, jaki miałam wtedy? Oczywiście, że byłoby lepiej, ale jako nastolatka nie miałam o tym pojęcia. Teraz wiem, że jedyne, co mogłam i powinnam była zrobić, to wprowadzić więcej ruchu, i nieco skorygować nawyki żywieniowe. Jeść regularnie, nie przesadzać ze słodyczami, chlebem i innymi źródłami węglowodanów złożonych, nie przejadać się. Nauczyć się słuchać siebie, swojego ciała i intuicji, nie oglądać się na dietetyków i zapomnieć o czymś takim, jak dieta. Nie zrobiłam tego jednak i jako dorosła kobieta brnęłam dalej w tym samym, zdecydowanie niewłaściwym kierunku.

Z jednej strony wydaje się, że zmarnowałam pół życia, szarpiąc się ze sobą. Ciągłe diety ostatecznie doprowadziły mnie na pewnym etapie do zaburzeń odżywiania (bulimii), kłopotów emocjonalnych i zdrowotnych. Czuły układ pokarmowy odziedziczyłam po przodkach, ale przez te wszystkie dietetyczne eksperymenty jeszcze bardziej go rozregulowałam. 

Jednak gdy teraz patrzę wstecz, widzę, że nie był to czas zmarnowany. Owszem, koszty były wysokie, skutki bolesne, lecz przecież to doświadczenie nie poszło na marne. Bardzo wiele nauczyłam się po drodze, a teraz wreszcie, jako kobieta 42-letnia, mogę z pełnym przekonaniem stwierdzić, że jestem na finiszu procesu poznawania swojego ciała i godzenia się z nim. Gdzieś tam na dnie duszy i umysłu siedzą jeszcze jakieś fałszywe wyobrażenia i resztki przez lata zaniżanej samooceny. Ale niewiele tego zostało. Wybaczyłam sobie to, że byłam dla siebie tak niedobra i że tak bardzo od siebie samej się oddaliłam. Ważne, że wróciłam do domu i że mi w nim dobrze. Nauczyłam się o niego dbać, obserwować go, słuchać tego, co ciało ma mi do powiedzenia. A ono odwdzięcza mi się za to na każdym kroku. 

Zdjęcie Frances Gunn
A o tym, jak udało się do tego domu wrócić, opowiem w kolejnym wpisie. Wyjaśnię także, jaką rolę odegrał w tym procesie minimalizm, bo chyba nie jest to kwestią oczywistą.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…

Lekcje szczęścia – 3. Ogarnij się!

Dzień dobry w Nowym Roku! Jak tam Wasze postanowienia noworoczne? Lubicie je podejmować? Udaje się Wam ich dotrzymywać?
Jeszcze parę lat temu też robiłam podsumowania starego roku, a z początkiem nowego po raz kolejny podejmowałam projekt „Nowa ja”. Do pewnego momentu niestety dość nieskutecznie, entuzjazm szybko opadał i próby zmian kończyły się porażką. Schemat ten ostatecznie przeszedł do przeszłości wraz z rozpoczęciem stosowania podejścia minimalistycznego. Po prostu zaczęłam naprawdę zmieniać swoje nawyki w miarę ich identyfikowania i przestałam czekać z wprowadzaniem zmian do poniedziałku albo początku roku. Gdy stwierdzałam, że jakieś moje zachowanie mi przeszkadza i wymaga korekty, od razu zabierałam się do pracy nad nim. Stopniowej, ale skutecznej. Gdy nie udawało się jedną metodą, próbowałam innych. 
Nie o to chodzi, że nie widzę sensu w podejmowaniu noworocznych postanowień. Nawet więcej, myślę, że warto wykorzystać potencjał „nowego początku”, jaki daje zmiana daty w kal…

Lepiej

Przed urlopem pisałam o bezdzietności z wyboru. Mam jeszcze parę refleksji, które nie dotyczą istoty sprawy (mienia/niemienia dzieci), ale są z nią powiązane. 
Ludzie często lubią formułować różne złote rady czy ogólne stwierdzenia, które wydają się im słuszne i cenne: lepiej mieszkać na wsi. Lepiej mieszkać w mieście. Lepiej mieć samochód/jeździć na rowerze/poruszać się piechotą. Lepiej jeść mięso/być wegetarianinem/weganinem. Lepiej jeść gluten/nie jeść glutenu. Mieć mieć wiele dzieci/mieć dwoje dzieci/jedno dziecko/nie mieć dzieci. Lepiej biegać/ chodzić na siłownię/ćwiczyć jogę/gimnastykować się w domu. Być minimalistą/tarzać się w konsumpcji. Można by tak wymieniać w nieskończoność, wymieniłam tylko kilka dziedzin, które akurat wydają mi się częstym przedmiotem tego rodzaju sądów.
Zazwyczaj uważa się, że „lepiej” jest robić tak, jak się samemu wybrało. Często dlatego, że jest się ze swojego wyboru zadowolonym i wydaje się, że skoro nam jest z tym dobrze, to innym też pewnie będz…