Przejdź do głównej zawartości

Właściwe paliwo

Opowiadałam Wam ostatnio o różnych wątkach mojego dochodzenia do akceptacji ciała, fizyczności. O tym, jak doceniłam znaczenie ruchu i o tym, jak uczyłam się przyzwolenia na odczuwanie przyjemności, na rozpieszczanie siebie. Na początku tej historii opisałam, jak bardzo zagubiona byłam również w dziedzinie odżywiania, całkowicie opierając się na wiedzy i doświadczeniach innych, nie mając zaufania do własnego ciała, smaku i upodobań. Narzucałam sobie różne systemy żywieniowe, przetestowałam na swojej skórze nieskończoną liczbę metod i diet, suplementów, wspomagaczy odchudzania. Bez trwałych oczekiwanych efektów, za to ze szkodą dla kieszeni i zdrowia. 

Długa i skomplikowana to historia, ten powrót do siebie, nauka zaufania do własnego organizmu, do naturalnej mądrości, którą on ma w sobie zakodowaną, a ciężko do niej dotrzeć, gdy jest się typowym współczesnym człowiekiem, zabieganym, zestresowanym, żyjącym daleko od natury. Opisałam ją dość szczegółowo w „Minimalizmie dla zaawansowanych” i tam także piszę, w jaki sposób pomógł mi w tym procesie minimalizm oraz porządkowanie przestrzeni i głowy. Przytoczę Wam więc fragmenty rozdziału „Na talerzu”:
Zaczęłam od sporządzenia dwóch list: listy tego, co lubię, oraz listy tego, czego nie lubię. Chociaż wcześniej utrzymywałam, że lubię absolutnie wszystko, chwila szczerości nad kartką papieru wykazała zupełnie co innego. Nie lubię wielu produktów, które wmuszałam w siebie w ramach odchudzania, na przykład piersi kurczaka i indyka, odtłuszczonego nabiału czy brązowego ryżu, lubię zaś te, których sobie odmawiałam jako niedietetycznych: miód, czekoladę, jaja, boczek, śmietanę, tłuste sery i wieprzowinę.

Powiedziałam sobie, że mogę jeść wszystko. Na jakiś czas odrzuciłam wszelkie zasady, by się dowiedzieć, co naprawdę mi służy i smakuje. Pozwalałam sobie na zakazane smaki, jadłam pizzę, słodycze i fast foody. Zaczęłam odwiedzać restauracje serwujące hamburgery z frytkami i napojami gazowanymi, które dawniej omijałam szerokim łukiem. Nieczęsto, zwykle raz w miesiącu. Traktowałam to jako ćwiczenie. (...)
Chciałam na własnej skórze sprawdzić, czy fast foody naprawdę są dla mnie niewskazane. (...) Oprócz uczucia sytości nie dawały mi nic pozytywnego. Po każdym takim posiłku czułam się fatalnie. (...) Zakazany owoc stracił atrakcyjność. Zrezygnowałam ze śmieciowego jedzenia, ale tym razem na podstawie osobiście przeprowadzonego eksperymentu i własnych obserwacji, a nie ze względu na odgórne zakazy. Bez żalu.

Najtrudniejsza okazała się nauka rozpoznawania głodu i sytości. Przedtem jadłam o porach narzucanych przez diety, teraz czekałam z posiłkiem, aż poczuję się naprawdę głodna. W trakcie posiłku co pewien czas przestawałam jeść, by sprawdzić, czy już czuję się najedzona, czy jeszcze nie.
Po latach zjadania wszystkiego, co się ma na talerzu, trudno mi było pozwolić sobie na niedokończenie posiłku, odłożenie na potem albo – jeśli jadłam w restauracji – poproszenie, by zapakowano mi na wynos to, co zostało, i podziękowanie za dokładkę i deser, choć zdarzało mi się też rozkoszować się tą przyjemnością bez wyrzutów sumienia.

Poznawanie swoich potrzeb żywieniowych obfitowało w niespodzianki. Ze zdziwieniem odkryłam, że gdy słucham swojego apetytu, mogę bez przykrości jeść o wiele mniej niż wcześniej. Mój rozepchany żołądek z czasem się obkurczył, teraz potrafię się nasycić małą porcją i jem zwykle tylko trzy razy dziennie. Jeszcze bardziej zaskoczyło mnie to, iż wcale nie jestem prawie wegetarianką, jak mi się przez kilkanaście lat wydawało. Zmuszałam się do niejedzenia mięsa, bo wydawało mi się, że powinnam, że tak jest zdrowiej i bardziej etycznie. Podjęłam kilka prób, raz nie jadłam mięsa prawie przez rok, ale nic z tego nie wyszło. Po ostatniej z nich, podjętej za namową znajomego zdeklarowanego jarosza, ponownie zadałam sobie pytanie, czy wegetarianizm na pewno jest dla mnie, skoro nie przynosi mi poprawy samopoczucia i nie potrafię w nim wytrwać.  I wtedy pojawiła się inna refleksja. Wychowałam się na wsi, gdzie zjadanie zwierząt uważa się za naturalne. Jako dziecko wiedziałam, że kury i gęsi najpierw biegają po zagrodzie, ludzie karmią je i dbają o nie, a potem pewnego dnia zabija się je, usuwa pierze, oczyszcza, gotuje czy piecze i zjada. Nieraz widziałam martwe ptaki z obciętymi głowami. Nie przerażało mnie to. Świń i krów moi rodzice nie hodowali, ale były u sąsiadów. Dzieci uczono, że zwierzętom należy zapewnić jak najlepszy byt, trzeba je dobrze karmić i nie wolno ich męczyć, ale na koniec zostaną zabite i zjedzone.
Dlatego chociaż szanuję wybory wegetarian, nie uważam jedzenia zwierząt za okrutne czy niemoralne. Jestem tylko przekonana, iż zawsze należy szukać mięsa pochodzącego z hodowli, gdzie zwierzęta miały zapewnione przyzwoite warunki. Lepiej kupić droższe mięso i zjeść go mniej, ale za to jak najlepszej jakości. Dobre warunki hodowli przekładają się zresztą na walory smakowe.

W domu uczono mnie też, że nie wolno marnować jedzenia. Tymczasem często postępowałam zupełnie inaczej i wyrzucałam przeterminowane pokarmy zamiast lepiej planować zakupy i odpowiednio wykorzystywać zgromadzone zapasy. Zaskoczyło mnie, że próbuję narzucić sobie niezgodny z moim systemem wartości wegetarianizm, a postępuję sprzecznie z zasadą, którą zawsze uważałam za słuszną.

Porzucenie diet pozwoliło mi zapanować nad marnowaniem jedzenia. Gdy komponuje się potrawy z tego, co jest dostępne, i według swoich upodobań, o wiele łatwiej wykorzystać zapasy, zanim się zepsują. Kiedy odżywiałam się według zaleceń żywieniowych autorytetów, często nie potrafiłam wykorzystać zawartości swojej lodówki. Skomplikowane wskazówki dotyczące wyboru składników i przyrządzania posiłków prowadziły do marnotrawstwa.

Udało mi się także uwolnić od obsesji na punkcie jedzenia. Gdy wreszcie przestałam narzucać sobie sztywne reguły i ograniczyłam się do unikania żywności wysoko przetworzonej, moje myśli i działania przestały koncentrować się na przygotowaniu posiłków i gromadzeniu produktów. Nauczyłam się planować zakupy tak, by nie musieć codziennie odwiedzać marketów. Obecnie raz w miesiącu robię duże zakupy w internetowym spożywczaku, gdzie kupuję większe ilości artykułów, które można długo przechowywać, takich jak na przykład produkty sypkie. Wiosną i latem raz w tygodniu jadę z koszykiem na plac targowy po wiejskie masło i śmietanę, mięso, owcze sery oraz warzywa i owoce. Zieleninę przywożę także z ogrodu rodziców. Część produktów kupuję w dyskoncie. Nie mam już wrażenia, że większość życia upływa mi w hipermarkecie, a dzięki zakupom na targu i warzywom z działki nasz jadłospis zmienia się wraz ze zmianą sezonów.

Uświadomiłam sobie także, iż choć na przygotowywanie posiłków poświęcałam mnóstwo czasu, to wcale nie kocham gotować, jak uważali niektórzy moi znajomi. Po prostu stosowane przeze mnie diety wymagały przyrządzania skomplikowanych potraw. Owszem, lubię gotować, bo kiedy sama przyrządzam posiłki, wiem, że są świeże i ze składników dobrej jakości. Cieszę się, kiedy smakują innym. Nie chcę jednak spędzać życia w kuchni. Szukam potraw, które nie wymagają długich i pracochłonnych przygotowań, a jeśli nawet długo się gotują lub pieką, to nie trzeba ciągle do nich zaglądać. Rzadko sięgam po książki kucharskie, przestałam prenumerować czasopisma kulinarne. O wiele przyjemniej i zabawniej jest kierować się własną inwencją niż odtwarzać cudze pomysły. (...)
Dbam o to, by składniki, z których gotuję, były jak najlepszej jakości, a takich produktów nie trzeba komponować w wymyślne potrawy. Dlatego nie potrzebuję już przepisów. Na co dzień jadamy prosto. Kawałek pieczonego mięsa z ziołami, do tego surówka lub duszone warzywa. Sałatki z tego, co znajdę w lodówce. Cukinia zapieczona z serem zrobionym przez moją mamę. Rosół, kapuśniak, zupa krem. Na śniadanie jajka w dowolnej postaci i domowy chleb. Takie gotowanie to żadna filozofia, nie wymaga nadzwyczajnych umiejętności, które zresztą wolę podziwiać w restauracji niż rozwijać u siebie.
To prawda, za jakość trzeba zapłacić albo zadać sobie nieco trudu, by znaleźć niedrogiego dostawcę. Ale dzięki temu, że cena takiego „prawdziwego” jedzenia bywa wyższa, bardziej się je szanuje, co dodatkowo motywuje, by nie marnować jedzenia i się nie przejadać. Gdy myślę o tym, ile pieniędzy wydałam na niepotrzebne rzeczy, czuję żal. Nie czuję go jednak, gdy kupuję wiejską kurę od zaprzyjaźnionej sprzedawczyni na targu czy jaja od wolno biegających kur. Wiem, że przyrządzone z nich potrawy będą smakowały jak te, którymi kiedyś karmiła mnie mama, i dostarczą mi cennych składników odżywczych, których na próżno szukać w wysoko przetworzonej żywności z przemysłowej produkcji.

Przestałam postrzegać jedzenie jako substancje i kalorie. Myślę o nim teraz jako o niezbędnym do życia paliwie. Pamiętam jednak, że jakość tego paliwa ma zasadnicze znaczenie dla mojego samopoczucia, zarówno fizycznego, jak i psychicznego.
Gdy zawierzyłam sobie, przestałam oglądać się na narzucane przez innych zasady i zaczęłam kierować się przede wszystkim samoobserwacją i intuicją, szybko zauważyłam pozytywne zmiany. Chociaż przestałam traktować odchudzanie jako priorytet, moja waga najpierw się ustabilizowała, a potem zaczęła powoli spadać. I – przede wszystkim – znacząco poprawiło się moje samopoczucie. Odzyskałam energię, wygładziła mi się cera, uwolniłam się od wahań nastroju i problemów ze snem.

Sposób, w jaki się obecnie odżywiam, niejednemu wyda się pewnie radykalny. Ze względu na nietolerancję glutenu nie jem pszenicy, jęczmienia, owsa i żyta, ograniczam także spożycie innych produktów zbożowych. Podstawą mojego jadłospisu są warzywa, jajka (także surowe), mięso, podroby i wybrane tłuszcze. Nabiał jem tylko domowy, z mleka zwierząt wypasanych na trawie. Zero cukru, oprócz okazjonalnego kawałka czekolady. Miód, ale w małej ilości. Oleje tylko tłoczone na zimno i wyłącznie na surowo, oprócz kokosowego, na którym czasem smażę. Ograniczona ilość orzechów i owoców. Sporadycznie ryby, bo coraz trudniej o takie, których mięso jest zdrowe. Wędliny rzadko i tylko z małych zakładów lub domowego wyrobu. Ach, i wino, regularnie i z przyjemnością. I czarna kawa. Poza tym dużo wody, mięta i kombucza, czyli napój ze sfermentowanej herbaty.
Wiele produktów, które dawniej lubiłam, teraz uważam za niejadalne. Nie umiałabym wrócić do ciastek, jogurtów owocowych i twarożków, batonów, smarowideł do pieczywa i płatków śniadaniowych.

Coraz częściej spotykam ludzi, którzy ignorują oficjalne żywieniowe zalecenia i zawierzają w tej kwestii własnym upodobaniom i intuicjom. W efekcie poprawia się ich stan zdrowia i normuje waga.(...) 
Może nie istnieje jeden uniwersalny model zdrowego odżywiania? Ludzie się przecież różnią. Może każdy powinien poszukać drogi, która będzie dla niego najlepsza. Jednym pewnie służy dieta roślinna, inni lepiej się czują, jedząc produkty pochodzenia zwierzęcego. Jedni wolą tłuszcz, inni potrawy mączne. (...) Wierzę, że natura dała mi narzędzia, bym potrafiła rozpoznać, jakie paliwo jest dla mnie najlepsze.

Ktoś mógłby się obawiać, że zdanie się na swoje upodobania doprowadzi do objadania się słodyczami i tłustymi przekąskami. Moje doświadczenie dowodzi czego innego. Poszukiwanie prostych i naturalnych potraw sprawiło, iż przestały mnie kusić niezdrowe przekąski, które kiedyś lubiłam. Na samo wspomnienie wszystkich tych batoników i rogalików z czekoladą o aromacie identycznym z naturalnym czuję niesmak. Nie miewam już ochoty na słodkie „co nieco”, może dzięki bardziej urozmaiconej i sycącej diecie.

Jedzenie odzyskało dla mnie właściwy wymiar. Daje mi energię i przyjemność. Przestało być fetyszem, zakazanym owocem. Wróciła też radość z jego funkcji społecznej – wspaniale jest dzielić smaczny i prosty posiłek z bliskimi. 

Dodam tylko do tego, co napisałam w książce, że nie ograniczam się do mięsa ze źródeł ekologicznych, bo nie zawsze pozwala na to mój budżet i nie zawsze jestem w stanie dotrzeć do dobrych źródeł. Zdaję sobie sprawę z tego, czym jest masowa produkcja, ale doświadczenie życiowe uczy, że czasem trzeba stosować kompromisy, z różnych względów. Dieta bogata w węglowodany i warzywa strączkowe zdecydowanie mi nie służyła, a obecna, opierająca się na białku zwierzęcym, warzywach i owocach, daje mi dobre samopoczucie, siłę i stabilną wagę, chociaż nie jest stuprocentowo „eko”, „bio” i „organic”. Kompromis też działa. 

Zdjęcie Cory Seward

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jeszcze prościej

To, że ostatnio rzadko poruszam na blogu temat minimalizmu, nie znaczy, że przestał być dla mnie ważny. Jest nadal istotny, ale w inny sposób niż wtedy, gdy wprowadzałam największe zmiany w swoim życiu i przestrzeni osobistej. Pisałam o tym we wpisie Procesy w tle
Po ośmiu latach mówienia i pisania o nim czuję przesyt. Nie mam już ochoty czytać książek ani blogów związanych z tym tematem. Nie twierdzę, że nie warto, bo wiele mądrych treści wciąż powstaje, jedynie ja nie mam już potrzeby dalej drążyć tych kwestii.

Nadal bardzo istotna jest dla mnie prostota, coraz ważniejsza. To raczej już nie ulegnie zmianie, bo zawsze ją lubiłam, a z czasem stała się dla mnie myślą przewodnią. W każdej dziedzinie życia. Prostota wypowiedzi, przekazu, formy i treści. W estetyce i ubiorze. W wystroju mieszkania. Na talerzu - bardzo istotna. Prostota i skuteczność rozwiązań - w pracy, nauce, komunikacji. Nie zajmują mnie natomiast zbytnio sprawy ilości rzeczy i zajęć, które na pewnym etapie były tak …

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.

Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 
Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, ż…

Zanim nazwiesz prezesa idiotą...

Za sobą mam wielkie ufff. Westchnienie ulgi, bo we wtorek zakończyłam megazlecenie, o którym pisałam ostatnio. Ponad dwa miesiące bardzo intensywnej pracy umysłowej. Przyznaję, że teraz jestem nieco sflaczała intelektualnie i jeszcze niegotowa na większy wysiłek. Na razie wysypiam się, nadrabiam zaległości domowe i towarzyskie, odpoczywam. Leniuchuję bez wyrzutów sumienia. Wracam do równowagi.
Pomyślałam, że oprócz minicyklu o szczęściu równolegle poopowiadam Wam trochę o tym, jak wygląda życie osoby pracującej na własny rachunek, bo często o to pytacie. Dzięki internetowi i możliwościom pracy zdalnej coraz więcej osób może brać pod uwagę takie rozwiązanie. A jest ono na pewno bardzo kuszące. Obiecuje wolność, niezależność. Więcej czasu wolnego, mniej stresu. Brak szefa nad sobą, brak konieczności dzielenia miejsca pracy z ludźmi, których obecność nie zawsze jest nam miła. 
Temat to bardzo szeroki, więc na jednym wpisie się na pewno nie skończy. Mam wrażenie, że istnieje sporo fałszy…