Przejdź do głównej zawartości

Na rozstaju

Wróćmy do tematu niechcenia dzieci. Obiecałam wyjaśnić Wam, czym kierowałam się w procesie podejmowania ostatecznej decyzji w tej kwestii. Nie traktuję tego jako tłumaczenia się, nie widzę powodu, by się tłumaczyć. Uważam jednak, że za rzadko rozmawia się na ten temat, a Wasze pozytywne reakcje pod ostatnim wpisem potwierdzają, że jest taka potrzeba. Może gdybyśmy częściej mówili o tym, dlaczego jedne osoby pragną mieć dzieci, a inne nie, mniej emocji budziłby ten temat? Może łatwiej byłoby o tym mówić? 

Właściwie nie pamiętam, czy ktoś kiedyś pytał mnie CZY chcę mieć dzieci albo DLACZEGO nie chcę. Bywałam za to strofowana za to, że tak z tym zwlekam, nazywana egoistką, straszona starością w samotności (dzieci jako polisa na starość to mój ulubiony motyw). Pamiętam, jak kiedyś zbeształa mnie lekarka przy okazji badań okresowych, coś w tonie „najpierw czekają nie wiadomo na co, a potem mają pretensje, że nie mogą zajść w ciążę”. Dodam, że wypaliła z tym tekstem ni stąd, ni zowąd, niepytana ani niezachęcana. Po prostu uznała to za stosowne, by przywołać mnie do porządku. Może intencje miała dobre, ale forma była co najmniej niemiła. 

A przecież gdyby ktoś zapytał, miast besztać, odpowiedziałabym grzecznie i wyjaśniła swoje pobudki, przynajmniej te najważniejsze. Doprawdy nie widzę powodu, by tego tematu unikać czy odburkiwać, że to „nie twój interes”. Skoro rozmawiamy o motywach innych ważnych decyzji życiowych, czemu mielibyśmy nie mówić o tak istotnej sprawie? 

Od dawna wiedziałam, że raczej dzieci mieć nie będę, ale brałam pod uwagę, że z czasem coś może się zmienić. Tym bardziej, że słyszałam takie zapowiedzi za każdym razem, gdy mówiłam, że nie mam rodzicielskich planów. Z wiekiem rzekomo miało mi się zmienić. Miałam poczuć zew macierzyństwa, usłyszeć słynne tykanie biologicznego zegara i nagle zapałać pragnieniem poczęcia dzidziusia. Nie zarzekałam się, że na pewno nigdy nie zmienię zdania. Ale wiedziałam też, że nie będę zwlekać z decyzją w nieskończoność, bo nie chciałam ryzykować późnej ciąży (dla mnie mentalną granicą była czterdziestka). 

I stało się, usłyszałam to nieszczęsne tykanie. Jakieś osiem-siedem lat temu, nieco przed tym, jak założyłam bloga. To ogółem był przełomowy okres w moim życiu, gdy zaczęłam zadawać sobie różne istotne pytania. Okolice 35-tego roku życia. Wiele kobiet z mojego otoczenia zaszło wtedy w ciążę. Przyjaciółki, koleżanki z pracy, różne osoby w rodzinie. Nagle zaczęłam widzieć kobiety ciężarne na każdym kroku, wydawało mi się, że połowa miasta jest w stanie błogosławionym. A do tego te pytania, a kiedy my się zdecydujemy, a czemu jeszcze nie. 

Obudziło się we mnie zupełnie nowe pragnienie. Zaczęłam snuć plany, wyobrażać sobie, jak to będzie, gdy sama zostanę matką. Zaglądałam na fora, czytałam artykuły o przygotowaniu do ciąży. Poczułam, że to już czas. Podjęliśmy temat z moim partnerem. Wiedzieliśmy jednak oboje, że nie chcemy podejmować tej decyzji pochopnie, więc nie spieszyliśmy się. Daliśmy sobie czas na zastanowienie i oswojenie z sytuacją. Trwało to dość długo, chyba około roku.

Przez ten rok czułam się jak na huśtawce. Balansowałam między przemożnym pragnieniem urodzenia dziecka a całkowitą niechęcią do tego tematu. Raz chciałam tego całą sobą, a niedługo potem przechodziło mi jak ręką odjął. 

Zaznaczam, że nigdy nie bałam się ciąży ani porodu. Owszem, obawiałam się pierwszych miesięcy i lat życia dziecka, bo wiedziałam, że to wymagający okres pod każdym względem, gdy właściwie wszystko podporządkowuje się potrzebom malucha. Jednak tłumaczyłam sobie, że skoro tyle milionów kobiet urodziło dzieci, a potem je wychowało, same lub z pomocą partnera i rodziny, to znaczy, że natura dała nam do tego odpowiednie narzędzia i dam radę, gdy będzie trzeba. 

Szarpałam się jednak w różne strony. Myślałam, że niepewność jest spowodowana obawami przed podjęciem poważnej i nieodwracalnej decyzji. Jednak z czasem zauważyłam pewną prawidłowość czasową. Bardzo pragnęłam ciąży przez pierwszą połowę cyklu, mniej więcej do czasu owulacji. W drugiej połowie wracała znana niechęć do dzieci, a myśli o urodzeniu dziecka wydawały się wręcz absurdalne. Uderzyło mnie to jak młot. Poczułam się manipulowana przez  naturę, która próbowała mnie skłonić do podjęcia decyzji niebędącej moją własną. Dochodziły do tego wspomniane oczekiwania społeczne i presja otoczenia oraz podsycany przez nie lęk, czy nie będę kiedyś żałować, że zrezygnowałam z czegoś tak ważnego, jak macierzyństwo.

Pomyślałam wtedy, że nie chcę, by decydowały za mnie hormony i inni ludzie. Ta decyzja zmieni moje życie, ale nie wynika z prawdziwego i głębokiego pragnienia. Przecież przez większą część dorosłego życia nie myślałam o byciu matką. Marzyłam o byciu tłumaczem, podróżach, oglądaniu z bliska ukochanych zabytków i dzieł sztuki, pisaniu książek, a nie o niemowlętach. Miałam też jeszcze inne powody, które pomogły podjąć decyzję, ale są zbyt osobiste, by o nich pisać. Najważniejszym było jednak to, że nie pragnęłam bycia matką, pozostałe tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziły. Wiedziałam, że to nie moja droga. 

Nie wartościowałam tej decyzji, nie oceniałam żadnej możliwości jako lepszej. Nadal uważam, że nie można mówić o tym, czy życie z dziećmi lub bez nich jest dobre lub niedobre. To zależy od osoby i od związku, który dokonuje wyboru ze wszystkimi jego konsekwencjami, Te dwie osoby muszą odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ten wybór jest zgodny z ich pragnieniami, czy są gotowe na to, by pójść w jedną lub drugą stronę. Ważne, by zadecydować samodzielnie, w zgodzie z samym sobą, głosem swojego serca. 

Foto  Léa Dubedout
Jestem przekonana, że nie każdy dzieci mieć musi. Co więcej, nie każdy mieć je powinien. Spotkałam wiele osób, które są fatalnymi i sfrustrowanymi rodzicami, a na dodatek wydają się nimi być wbrew własnej woli. Bo tak trzeba, bo przecież kobieta = matka, bo co to za małżeństwo bez dzieci, bo dzieci nadają życiu sens... Co gorsza, spotykam dorosłych, którzy mówią: „moi rodzice nigdy nie powinni mieć dzieci”, bo zostali przez nich skrzywdzeni, nie czuli się kochani, byli zaniedbywani i pozostawiani sami sobie. Wydaje mi się, że zbyt często decyzja o rodzicielstwie właściwie nie jest podejmowana, lecz podejmuje się sama. Pozostawia się ją przypadkowi albo poddaje naciskom otoczenia. 

Wiecie, sam moment zadecydowania, w którą stronę pójdziemy, nie był łatwy. Każda rezygnacja niesie ze sobą pewien smutek. Świadomość, że nigdy nie poznam smaku tego, z czego zrezygnowałam, rodzi lekką melancholię. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak by to było, a wyobrażenie nijak ma się do doświadczenia. Jednak gdy przekroczyliśmy ten próg, poczułam ulgę. Nie muszę więcej tego roztrząsać. 

Z czasem, gdy opadły emocje, hormony przestały szaleć, a otoczenie natrętnie nagabywać, z dystansu jeszcze lepiej widać, że to był dobry dla nas wybór. Dla mnie na pewno. O tym, jak to jest być kobietą bezdzietną i szczęśliwą, oraz o tym, co nadaje życiu sens, opowiem Wam jednak innym razem. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Bezdzietna z wyboru

Noszę ten temat w sobie już od dawna, a zabieram się do wpisu od dobrych paru miesięcy. Wprawdzie w głowie jest gotowy, ale trudno mi się przełamać, by go napisać. Sami zobaczycie dlaczego. 
W pierwszej chwili może wydać się Wam, że sprawy, o których będę pisać w tym i kolejnych wpisach, niezbyt są związane z ogólną tematyką bloga, ale tak jest, moim zdaniem, tylko pozornie. Wszak i tutaj, i w swoich książkach dużo mówię o odwadze życia po swojemu oraz o świadomym podejmowaniu decyzji w każdej dziedzinie. 
Po raz pierwszy poproszono mnie o wypowiedź na temat bycia bezdzietną z wyboru kilka lat temu, do jakiegoś materiału prasowego. Nie czułam się jednak na siłach. Wydawało mi się to sprawą zbyt intymną. Nie chciałam też wciągać w to mojego partnera życiowego. Ma prawo do prywatności i nie musi chcieć dzielić się swoimi osobistymi decyzjami z połową internetu, jedynie dlatego, że jego żona jest blogerką i jak na blogerkę przystało, czasem psychicznie oraz emocjonalnie obnaża się w sie…

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…