Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z grudzień, 2016

Lekcje szczęścia – 2. Świąteczne ćwiczenie

Mam nadzieję, że w okresie świąteczno-noworocznym znajdziecie chwilę na rozmyślania o swojej drodze do szczęścia. Myślę, że ten czas sprzyja dobrym myślom. I dlaczego nie miałby być okazją do kolejnego ćwiczenia w naszym cyklu? 
Chciałabym zachęcić Was do tego, byście w najbliższych dniach skupili się na tych elementach Waszego życia, za które jesteście szczególnie wdzięczni. Na razie na tych, które najłatwiej wskazać, czyli pozytywnych. O tym, czy można czuć wdzięczność za te, które są trudne, bolesne i przykre, porozmawiamy innym razem, nie chcę, byście myśleli o smutnych rzeczach w tych dniach, które powinny kojarzyć się z radością. Pomyślcie o tym, co wzbudza w Was największą wdzięczność. Niech to będzie chociaż jedna sprawa, ale możecie sporządzić nawet długą listę, mentalną lub na piśmie. 
Długo mogłabym wymieniać wszystko to, za co jestem wdzięczna. Bo uważam się za osobę, na którą spłynęło wiele dobra i różnego rodzaju błogosławieństw. Prócz tego czuję również wielką wdzięczn…

Lekcje szczęścia – 1. Zachwyt istnieniem

Zapowiedziałam ostatnio cykl wpisów o dążeniu do wewnętrznej równowagi, zadowolenia z życia i nauce szczęścia. Zacznę od określenia, co rozumiem przez poczucie szczęścia. 
Jak zaznaczyłam ostatnio, dla mnie – na obecnym etapie – szczęście nie sprowadza się do samego zadowolenia z zewnętrznych okoliczności życiowych. Bo gdyby tak było, oznaczałoby to, że zmiana tych zewnętrznych warunków, np. choroba własna lub w rodzinie, wypadki losowe, niepowodzenia, pogorszenie sytuacji materialnej, zawód miłosny, odbierałaby mi go właściwie automatycznie.
Dla mnie szczęście to zachwyt samym faktem, że istnieję. Oddycham. To wystarczy. Taka krystaliczna radość, z tego powodu, że jestem. Przede wszystkim z tego, że dostałam tę szansę, by istnieć. Urodziłam się i wciąż jeszcze nie umarłam. 
Wiem, jestem wręcz przekonana, że część z Was zgodzi się ze mną całkowicie, ale dla sporej grupy to, co napisałam powyżej, wyda się jakąś dziwaczną herezją albo odległą i niezrozumiałą abstrakcją. Na każdym kroku…

15 lat później

Przeglądałyśmy niedawno z moją przyjaciółką Kasią stare zdjęcia. Na jednym z nich zobaczyłam osobę, która wydała mi się znajoma. Zapytałam: co to za baba? - Jak to, nie poznajesz, przecież to Ty! 
Po bliższym przyjrzeniu się stwierdziłam, że to prawda. Ja, jak najbardziej ja, w całej okazałości. Po krótkich obliczeniach ustaliłyśmy datę powstania tej fotografii na 2001 rok. Dla mnie rok trudny, zapamiętałam go nie tylko z powodu zamachu na WTC z 11 września. Bardzo byłam wtedy zagubiona, nieszczęśliwa, samotna, chociaż wciąż wśród ludzi. Poszukująca miłości, stabilizacji, bezpieczeństwa, a jednocześnie często działająca na własną szkodę. Bardzo źle, wręcz fatalnie czułam się w swojej skórze. To chyba był czas mojej prawie rekordowej wagi, chociaż wydaje mi się, że w najbliższych miesiącach jeszcze bardziej przytyłam (ale nie chcę tego pamiętać). 
Gdy zobaczyłam to zdjęcie, przeraziłam się, ale też pomyślałam, że chcę go zachować na pamiątkę. I pokazać światu, co może wydać się Wam dz…