Przejdź do głównej zawartości

Z życia freelancera

Stali czytelnicy bloga wiedzą, że nie prowadzę go z regularnością tykania szwajcarskiego zegarka. Owszem, staram się utrzymywać średnie tempo jednego wpisu na tydzień, ale bywa, że nagle znikam i nie ma mnie, czasem nawet przez kilka tygodni. Zwykle mam ku temu konkretne powody, jak i teraz. 

Od sześciu lat pracuję na własny rachunek. Na początku zdarzało mi się źle rozplanować pracę albo wziąć za dużo zleceń i musiałam pracować po nocach lub w weekendy, by zdążyć odesłać tłumaczenie na czas. W miarę nabywania doświadczenia, nauki asertywności i umiejętności szacowania, ile czasu potrzebuję na dane zlecenie, takie sytuacje zdarzały się coraz rzadziej. Teraz dochodzi do nich wyjątkowo, gdy tekst okaże się jednak trudniejszy niż wydawało się początkowo lub w przypadku awarii czy wydarzeń losowych. 

Z założenia nie pracuję już w weekendy, czasem robię sobie też dzień wolny w tygodniu, w niektóre dni pracuję krócej. Zwykle pracuję od poniedziałku do piątku w normalnych godzinach pracy biurowej, mniej więcej od ósmej-dziewiątej do szesnastej, czasem siadam jeszcze po obiedzie na jakąś godzinkę, nie więcej, ale niechętnie.
Jednak jak to w życiu freelancera bywa, czasem robi się wyjątki od reguły.

W drugiej połowie listopada dostałam propozycję dość dużego tłumaczenia dla klienta z branży motoryzacyjnej, prestiżowej marki. Tekst wydawał się ciekawy, termin był nieco napięty, ale udało się wynegocjować jego przedłużenie. Nic jednak nie zwiastowało tego, co nastąpiło później. 

W trakcie pracy nad tłumaczeniem okazało się, że zlecenie może być o wiele większe niż zapowiadano na początku. Nadsyłano kolejne części. Nie musiałam podejmować się ich tłumaczenia, ale na tym etapie bardzo chciałam móc dalej nad nim pracować. Bo to jedno z najciekawszych zleceń, jakie kiedykolwiek realizowałam. Ścisła pierwsza trójka, gdy dobrze się zastanowić. 

Fakt, tekst jest solidnym kolosem, ale za to dawno tak świetnie się nie bawiłam, tłumacząc. Praca wciąga mnie chwilami tak, że zapominam o całym świecie, a nawet lekceważę potrzeby fizjologiczne i dopiero parcie na pęcherz zmusza mnie do oderwania się od komputera. Albo trudności z koncentracją przypominają, że nadeszła pora posiłku. Spać też powinnam więcej, szczerze mówiąc. 

Wybaczcie, że znów zaniedbuję bloga, ale po skończeniu pracy jestem zbyt odmóżdżona, by napisać jeszcze coś dorzecznego. Wtedy jedyne, czego potrzebuję, to relaksu z dala od urządzeń elektronicznych oraz słowa pisanego bądź czytanego. 

Do terminu oddania ostatniej części mam jeszcze tydzień. Z jednej strony cieszę się, bo wrócę do normalnego trybu funkcjonowania. Ale z drugiej strony wiem, że gdy odeślę ostatni plik, będę żałować, że to już koniec. Cieszę się więc każdą chwilą pracy, bo chciałabym móc zawsze tłumaczyć tak rozwijające teksty, tak bardzo poszerzające moje horyzonty, dające tak wiele radości i głębokiej satysfakcji. Zmęczenie i obolałe od stukania w klawiaturę dłonie to niska cena za tę przyjemność. 

Ściskam Was więc mocno, zapewniając, że o Was pamiętam. Idę spać, jutro kolejny dzień przy komputerze. 

Zdjęcie: Sarah Dorweiler

Popularne posty z tego bloga

Uniform minimalistki

Temat osobistego uniformu obracam w głowie już od kilku lat, co najmniej. Jednak jeszcze do niedawna nie czułam się gotowa na to, by ostatecznie zdefiniować go dla siebie. Owszem, wiedziałam, że ciągnie mnie w tym kierunku i że coraz bardziej zbliżam się do wprowadzenia go w życie na co dzień. Jednak jeśli obserwowaliście, być może, moje materiały o kolorowej szafie minimalistki na YouTube, w cyklu, w ramach którego zaprezentowałam całą swoją kapsułową garderobę na wszystkie pory roku, mogliście zauważyć, że wprawdzie mój styl i zestawy ubraniowe były już dość wyraziste i powtarzalne, trudno było by nazwać je uniformem. 
Tak jednak się złożyło, że w międzyczasie zmieniłam tryb życia poprzez powrót do oprowadzania po Krakowie (już nie tylko po Wawelu, jak było parę lat temu), więc o wiele częściej wychodzę pracować poza dom. Oczywiście wymusiło to dostosowanie zawartości szafy i pewne jej uzupełnienia. A jednocześnie kilka ubrań z niej wywędrowało. Z powodu zużycia, ale też zmian w mo…

Minimalizm na Nowy Rok - postanowienia

Nie podejmuję noworocznych postanowień, mówiłam już o tym wielokrotnie. Wolę wprowadzać zmiany wtedy, gdy czuję się do nich gotowa, w dowolnym momencie roku. Nie czekam ze swoimi osobistymi zobowiązaniami do poniedziałku czy pierwszego dnia miesiąca. Od dawna uważam, że początek stycznia jest nienajlepszym momentem na takie działania, bo to czas zimowej ciemnicy, często depresyjnej aury i innych nieprzyjemnych okoliczności. Nie znaczy to jednak, że nie kibicuję osobom, które podejmują noworoczne próby zmiany nawyków. Zawsze warto pracować nad sobą i ulepszaniem swojej codzienności. 
Oto więc kilka moich propozycji na plan zmian/postanowienia noworoczne. Oczywiście można je wykorzystać także w innym czasie, ale można też wdrożyć je, czyniąc użytek z energii, jaką daje ten symboliczny nowy początek, jakim jest pierwszy dzień roku. 
Ważna uwaga na początek: moim zdaniem lepiej jest nie stawiać sobie zbyt ambitnych celów i wprowadzać jednocześnie ostrych restrykcji w wielu dziedzinach ży…

Dziesięć lat z minimalizmem

Za długo mnie tutaj, na blogu, nie było. Powodów ku temu było wiele, nie będę po raz kolejny się tłumaczyć. Jeśli czytasz te słowa, prawdopodobnie chociaż trochę mnie lubisz, więc po prostu przepraszam cię za tę ciszę. Trudno wrócić po tak długiej przerwie, ale jest tylko jeden sposób, by tę trudność przełamać. Usiąść i napisać. 
Mija 10 lat od mojego pierwszego zetknięcia się z koncepcją minimalizmu. Nie sądziłam wtedy, że dekadę później będę go nadal stosować. Co więcej, nawet nie wyobrażałam sobie, że kiedykolwiek poczuję się minimalistką. Od tamtego czasu bardzo wiele w moim życiu się zmieniło. Właściwie pod każdym względem na lepsze. Jeśli śledzisz mojego bloga lub kanał, znasz już dobrze historię tych zmian, nie będę więc tym razem opowiadać tej historii po raz kolejny. 
Nie zastanawiam się, co będzie za kolejne 10 lat. Jaka będę, gdzie i jak będę żyć? Tego nie wie nikt. Być może nie będzie mnie już wśród żywych. Tego też nie wiadomo. Nie ma to zresztą żadnego znaczenia dla teg…