Przejdź do głównej zawartości

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.


Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 

Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, że łyknę ją w jedno popołudnie, a tymczasem musiałam sobie czytanie dawkować i rozłożyć na kilka dni. Samo wydanie przyjemne pod względem estetycznym, miły w dotyku papier, przejrzysta czcionka, wesołe akcenty kolorystyczne (w kolorach z okładki, niebieskim i pomarańczowym) urozmaicają tekst i sprawiają, że czyta się łatwiej.
A treść? Część nie zaskoczyła mnie wcale. Skoro autorzy, szwedzkie małżeństwo Mats i Susan Billmark, napisali tę książkę na podstawie własnych przeżyć i obserwacji, obejmujących doświadczenie stresu, depresji, przepracowania, kłopotów z komunikacją w związku oraz przebytych terapii, można było się domyślić, czego będzie ona dotyczyć. Życia w pędzie, lęku, niepewności, brania na siebie zbyt wielu obowiązków, perfekcjonizmu, niskiej samooceny, braku komunikacji, zarządzania czasem i wielu pokrewnych tematów, o których mówi się ostatnio bardzo często.

Jednak mimo tego, że jej tematyka była mi dobrze znana, odebrałam tę książkę bardzo pozytywnie. Przede wszystkim dlatego, że jest napisana bardzo prostym językiem i w bezpretensjonalny sposób. Szczerze i od serca. Autorzy nie boją się mówić o swoich słabościach, błędach i porażkach. Wręcz podkreślają, że mówienie o tym, co nam nie wychodzi, jest bardzo potrzebne i pożyteczne. Jako osoba, która na blogu, w książkach i w życiu nieraz przyznawała się do bycia nieidealną, do swoich słabych stron i niepowodzeń, bardzo cenię sobie taką szczerość i otwartość. Wiem, że wszyscy potrzebujemy czasem usłyszeć od innych, że im też czasem się nie udaje, że nie dają rady, potykają się i przegrywają ze swoimi słabymi stronami. W świecie, gdzie często tworzy się iluzje perfekcji, zwłaszcza na użytek internetowej widowni, konieczne jest pokazywanie tego, że w prawdziwym życiu nikt nie jest ideałem. 

„Naucz się żyć” to lista kontrolna, na podstawie której można dokonać przeglądu różnych aspektów swojego życia i sprawdzić, na jakim etapie drogi jesteśmy. Moja nieufność, wzbudzona szumnie brzmiącym tytułem, minęła, gdy przeczytałam, jakie były intencje autorów. Chcieli podpowiedzieć czytelnikom, jak nauczyć się świadomie żyć chwilą, a nie jedynie egzystować. I bez wątpienia ta pozycja może się do tego znacząco przyczynić. 

Jak wspominałam, nie były niespodzianką rozdziały poświęcone stresowi, lękom, braku pewności siebie, perfekcjonizmowi, nauce życia chwilą (uważności). Natomiast pozytywnie zaskoczył mnie rozdział o ludziach, którzy poza domem wydają się przyjaźni, pogodni, uczynni i pozytywnie nastawieni do życia i ludzi, a wieczorem po powrocie na łono rodziny wyżywają się na bliskich, przelewają na nich swoją złość, zmęczenie i frustrację nagromadzone przez cały dzień. W moim otoczeniu nie ma teraz takich osób, ale nieraz spotkałam się z tym zjawiskiem i wiem, że jest ono obecne w wielu domach. I jest bardzo smutne. Takie osoby zwykle nie zdają sobie sprawy z tego, że mają w zwyczaju wyładowywać swoją irytację na bliskich, którzy niczym sobie na nią nie zasłużyli.
To naprawdę smutne i niesprawiedliwe, że nasi najbliżsi stają się „śmietnikami”, do których wrzucamy nagromadzoną w ciągu dnia agresję. Natomiast ludzie, których ledwo co znamy, doświadczają tylko pozytywnej i uprzejmej strony naszej natury.
Oprócz rozdziałów poświęconych złości, komunikacji i relacjom w rodzinie, które szczególnie mi się spodobały, pozytywnie odebrałam także część książki poświęconą barwom, kształtom i porządkowi w domu i otoczeniu. Uważam te aspekty za bardzo istotne, także dla naszego zdrowia i fizycznego samopoczucia. Zaskakuje mnie, jak często ludzie, urządzając swoje mieszkania, kierują się modami i sugestiami magazynów wnętrzarskich, zamiast pozwolić sobie na odrobinę indywidualizmu i odwagi. 
Wielu ludzi być może nie zastanawia się, jaki wystrój chcieliby mieć. Nie mają odwagi, by urządzić dom po swojemu, tylko robią to tak, jak sąsiedzi, znajomi lub kopiują pomysły z magazynów wnętrzarskich. A szkoda, ponieważ wydawcy magazynów oraz producenci artykułów do domu chcą, byśmy ciągle kupowali nowe rzeczy i często zmieniali wystrój. Może zresztą, jeśli podążamy za trendami, faktycznie szybko się nudzimy, bo nie zastanawiamy się, jak chcielibyśmy się urządzić. Gdybyśmy tak robili, pewnie nie potrzebowalibyśmy zmian tak często. Miej odwagę urządzić się tak, jak ci się podoba!
Obawiałam się, że autorzy będą próbowali dawać jakieś gotowe recepty na życie, ale obawy te okazały się niesłuszne. Książka Billmarków raczej wskazuje kierunek niż udziela gotowych odpowiedzi. Owszem, podpowiada metody lub pytania, które warto sobie zadać. Zawiera wiele mądrych myśli. Takich, które wydają się czasem dość oczywiste, ale ta oczywistość jest chyba tylko pozorna, skoro wciąż trzeba o nich przypominać. Wskazuje, że możemy mieć wpływ na o wiele więcej aspektów naszego życia niż nam się czasem wydaje i że o jego jakości decyduje mnóstwo małych, czasem z pozoru niezbyt istotnych codziennych wyborów. Podejście autorów jest mi bardzo bliskie: nakłaniają do zadawania sobie pytań, szukania własnej drogi, odwagi podejmowania ryzyka i wprowadzania zmian w życiu, najlepiej małymi krokami. Podkreślają, że aby żyć świadomie, trzeba nauczyć się być szczerym z samym sobą, ale też polubić i zaakceptować siebie w naszej doskonałej niedoskonałości.

Gdybym trafiła na tę książkę kilka lat temu, z pewnością bardzo by mi pomogła. Teraz, gdy znam swoje odpowiedzi na pytania stawiane przez autorów, i tak czytałam ją z przyjemnością i radością, bo pomogła mi uporządkować kilka myśli i potwierdziła niektóre z moich własnych obserwacji, na przykład o konieczności otaczania się radosnymi osobami, które są nam życzliwe, czy też o tym, że trudno żyć w pełni, nie podejmując ryzyka i wciąż się lękając. Czy też o znaczeniu nawyków i drobiazgów.

Ciesz się drobiazgami. Być może pewnego dnia obejrzysz się za siebie i zrozumiesz, że to, co małe, w istocie było wielkie.

Wpis powstał we współpracy z wydawnictwem Otwartym, którego nakładem książka Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć” właśnie się ukazała. Autorką tłumaczenia jest Małgorzata Kłos. 

Popularne posty z tego bloga

Uniform minimalistki

Temat osobistego uniformu obracam w głowie już od kilku lat, co najmniej. Jednak jeszcze do niedawna nie czułam się gotowa na to, by ostatecznie zdefiniować go dla siebie. Owszem, wiedziałam, że ciągnie mnie w tym kierunku i że coraz bardziej zbliżam się do wprowadzenia go w życie na co dzień. Jednak jeśli obserwowaliście, być może, moje materiały o kolorowej szafie minimalistki na YouTube, w cyklu, w ramach którego zaprezentowałam całą swoją kapsułową garderobę na wszystkie pory roku, mogliście zauważyć, że wprawdzie mój styl i zestawy ubraniowe były już dość wyraziste i powtarzalne, trudno było by nazwać je uniformem. 
Tak jednak się złożyło, że w międzyczasie zmieniłam tryb życia poprzez powrót do oprowadzania po Krakowie (już nie tylko po Wawelu, jak było parę lat temu), więc o wiele częściej wychodzę pracować poza dom. Oczywiście wymusiło to dostosowanie zawartości szafy i pewne jej uzupełnienia. A jednocześnie kilka ubrań z niej wywędrowało. Z powodu zużycia, ale też zmian w mo…

Minimalizm na Nowy Rok - postanowienia

Nie podejmuję noworocznych postanowień, mówiłam już o tym wielokrotnie. Wolę wprowadzać zmiany wtedy, gdy czuję się do nich gotowa, w dowolnym momencie roku. Nie czekam ze swoimi osobistymi zobowiązaniami do poniedziałku czy pierwszego dnia miesiąca. Od dawna uważam, że początek stycznia jest nienajlepszym momentem na takie działania, bo to czas zimowej ciemnicy, często depresyjnej aury i innych nieprzyjemnych okoliczności. Nie znaczy to jednak, że nie kibicuję osobom, które podejmują noworoczne próby zmiany nawyków. Zawsze warto pracować nad sobą i ulepszaniem swojej codzienności. 
Oto więc kilka moich propozycji na plan zmian/postanowienia noworoczne. Oczywiście można je wykorzystać także w innym czasie, ale można też wdrożyć je, czyniąc użytek z energii, jaką daje ten symboliczny nowy początek, jakim jest pierwszy dzień roku. 
Ważna uwaga na początek: moim zdaniem lepiej jest nie stawiać sobie zbyt ambitnych celów i wprowadzać jednocześnie ostrych restrykcji w wielu dziedzinach ży…

Metoda Konmari to nie minimalizm

Wpis jest uzupełnieniem materiału wideo zamieszczonego w serwisie YouTube, który można obejrzeć tutaj: 

Książkę Magia sprzątania Marie Kondo przeczytałam cztery lata temu, o moich wrażeniach możecie przeczytać we wpisie pod tym samym tytułem. Odebrałam ją pozytywnie, ale samej metody nigdy nie stosowałam, bo nie miałam takiej potrzeby, o czym zresztą pisałam w tamtej recenzji. Na dobre w głowie z tej lektury pozostała mi jej myśl przewodnia: poszukiwanie radości w rzeczach i eliminowanie zbędnych przedmiotów w oparciu o kryterium: co chcę zostawić, zamiast stosowanego zwykle przez minimalistów: czego nie potrzebuję i czego chcę się pozbyć. Książki szybko się pozbyłam i nie myślałam o niej więcej.
Dopiero niedawno, gdy coraz częściej docierały do mnie opinie na temat wyprodukowanego przez Netflix serialu Sprzątanie z Marie Kondo(dostępny z polskimi napisami), pomyślałam, że warto byłoby sobie wyrobić własne zdanie na temat tej serii programów, nawet jeśli sama metoda sprzątania Konmari…