Przejdź do głównej zawartości

Esencja Świąt

Gdybym 10 lat temu wzięła udział w ankiecie na temat: bez czego nie wyobrażasz sobie Świąt Bożego Narodzenia, miałabym całkiem sporo do wymieniania: bez choinki, bez światełek i dekoracji, kolęd i świątecznych melodii, bez co najmniej kilku potraw na wigilijną kolację, kompotu z suszonych owoców, kilku ciast na deser, dobrych czekoladek i cukierków na choince, bez prezentów (im więcej tym lepiej!), bez przedświątecznej bieganiny i gruntownych porządków w domu. Nie celebrowaliśmy Świąt z przesadnym rozmachem, ale też nie wprowadzaliśmy dużych ograniczeń. Grudzień był więc czasem wzmożonej aktywności, zakupów, przygotowań i planowania. Właściwie do ostatniej chwili coś się załatwiało lub przygotowywało. Za każdym razem i tak czegoś się nie udało zrealizować, chociaż później okazywało się, że nikt jakoś nie poczuł różnicy. A to nie zdążyło się czegoś upiec albo ugotować, a to znowu nie było czasu na wyczyszczenie mieszkania na połysk. 

Photo by Daiga Ellaby on Unsplash
W miarę upraszczania i minimalizowania jednak z każdym rokiem coś z przedświątecznej listy rzeczy do zrobienia i przygotowania znikało. Malała liczba potraw i słodkości przygotowywanych na Wigilię, dekoracji, coraz luźniej podchodziliśmy do sprzątania i ubierania choinki. Co roku rozmawiamy z Robertem o tym, z czego jeszcze chcemy zrezygnować. I wciąż okazuje się, że znajdujemy coś, czego do cieszenia się z tego czasu nie potrzebujemy. 

Wielokrotnie zadawałam sobie pytanie, co wprawia mnie w świąteczny nastrój i co dla mnie w tym czasie jest najważniejsze. Od kilku lat zdaję sobie sprawę, że jest to zaledwie znikoma część tego, co kiedyś wydawało mi się niezbędne. Bo Święta Bożego Narodzenia to dla mnie przede wszystkim czas spędzany z kochanymi, bliskimi mi osobami, jakkolwiek banalnie i stereotypowo to brzmi. Zaznaczam, że piszę to jako osoba niezwiązana z żadnym kościołem czy zorganizowaną formą religii, chociaż na pewno kładąca spory nacisk na rozwój duchowy. Jednak to, w co wierzę, nie ma wiele wspólnego z wiarą chrześcijańską, a tym bardziej katolicką. Szanuję religijny wymiar tego okresu, ale dla mnie w tej chwili to tylko tradycja, z którą utożsamiam się raczej ze względów kulturowych, symbolicznych, niż z racji wiary. A jako osoba właściwie niewierząca (bo chyba trudno inaczej to określić), wielu z elementów tej tradycji nie podtrzymuję, bo nie czuję takiej potrzeby. Jak pisałam już dawno we wpisie Sol Invictus i Zbawiciel Świata, lubię w tym czasie myśleć także o pogańskiej obrzędowości związanej z kultem Słońca czy też o słowiańskich zwyczajach związanych z kultem zmarłych, bo przecież w tradycjach świątecznych można znaleźć nie tylko zwyczaje chrześcijańskie, ale sporo o wiele, wiele starszych. O czym warto nie zapominać. 

Od tamtego wpisu z 2010 r. nie zmieniło się nic, jeśli chodzi o to, co dla mnie jest esencją Świąt. Nadal są to miłość i światło. To, co uległo zmianie, to reszta. Przekonałam się, że właściwie żaden z pozostałych elementów, które wymieniłam na początku wpisu, mi osobiście nie jest szczególnie potrzebny. Ani choinka, ani dekoracje, ani liczne potrawy na stole, porządki i prezenty. Owszem, są miłym dodatkiem, ale nie są konieczne. 

Nasze Święta zwykle przebiegają według podobnego schematu. Jak zapewne wiecie, Robert ma wyjazdową pracę i niestety ze względu na specyfikę branży pod koniec roku zwykle najczęściej jest poza domem. Właściwie co roku do ostatniej chwili jego przyjazd na Święta jest niepewny i zagrożony. Zazwyczaj się udaje, ale czasem nie. Jeśli się udaje, spędzamy Wigilię tylko we dwoje i dopiero w dzień Bożego Narodzenia jedziemy spotkać się z naszymi rodzinami, które na szczęście mieszkają bardzo blisko siebie. Natomiast jeśli nie ma go na Święta, wtedy i Wigilię, i pozostałe dni spędzam z moimi rodzicami i siostrą. 

Ta nasza prywatna dwuosobowa kolacja wigilijna może się wydawać czymś dziwnym, ale dla ludzi, którzy często są w rozłące, to zupełnie naturalne, że nie chcą tą chwilą dzielić się z innymi. Jest wiele innych okazji do celebracji w towarzystwie, ale ten moment chcemy mieć tylko dla nas dwojga. Ukształtowany według naszych gustów, bardzo prosty, pozbawiony odniesień religijnych, ale intensywny emocjonalnie. Od kilku lat nie mamy nawet choinki, przez ostatnie 2 mieliśmy takiego mikroświerczka w doniczce, który wyjściowo miał 12 cm wysokości, a teraz osiągnął zawrotne dwadzieścia parę. Przez większość roku mieszka na balkonie, a jedynie na kilka świątecznych dni zabieraliśmy go do pokoju, by symbolicznie go przyozdobić. W tym roku zostanie na zewnątrz, a na wiosnę zasadzimy go w małym lasku w ogrodzie moich rodziców. Będziemy mieć kilka dekoracji świątecznych, ale będzie ich dosłownie kilka. I tak zaraz po Nowym Roku zaczynają mi przeszkadzać i zwykle najpóźniej po Trzech Króli je usuwam. A przygotowuję je przed samą Wigilią, męczą mnie dekoracje świąteczne i lampki panoszące się wszędzie już od końca listopada. Natomiast od późnej jesieni często, prawie codziennie, palimy świece. Bywa, że sięgam po zwyczajne ogólnodostępne świece zapachowe, ale rzadko, bo one jednak zwykle nie są obojętne dla zdrowia, a te wyprodukowane z użyciem naturalnych olejków i aromatów to właściwie luksus, z uwagi na cenę. Woskowe i pachnące naturą pojawią się więc na Święta, dla podkreślenia wyjątkowej atmosfery. 

Sama kolacja jest bardzo skromna. Na początku naszego mieszkania razem przygotowywałam kilka różnych dań i jakieś ciasta czy słodkości oraz wspomniany kompot z suszek, ale z każdym rokiem odejmowaliśmy poszczególne pozycje z listy. W tym roku stanęło na tym, że ograniczamy się do pierogów z kapustą i grzybami oraz barszczu do popicia. Może będzie coś słodkiego na deser, ale niekoniecznie. Najważniejsze jest dla mnie, by to, co zjemy, było przygotowane na świeżo, domowe i pachnące. Te właśnie zapachy najbardziej kojarzą mi się ze świąteczną atmosferą, kiszona kapusta, suszone grzyby, gotujący się barszcz... Dlatego nie kupiłabym gotowych potraw nawet najlepszej jakości, bo nie pachniałyby tak cudownie i intensywnie. Nie zastąpią tego wrażenia żadne świece zapachowe ani nawaniacze powietrza. 

Oczywiście u moich rodziców będzie więcej tradycyjnych smaków, i karp, i różne ciasta. Jednakże oni również starają się nie przesadzać z ilością przygotowywanych potraw i zakupami, nikt nie chce się przejadać, marnować jedzenia ani zmuszać się, „żeby się nie zepsuło”. 

Prezenty. Cóż, od dawna ich nie oczekuję. I wolę niczego nie dostać niż zostać obdarowaną czymś nie w moim guście lub zupełnie mi bezużytecznym. Bliscy i znajomi wiedzą, że bez zmrużenia oka pozbywam się tego, co mi nie odpowiada, chociaż doceniam troskę i intencje obdarowującego. Na szczęście zwykle dostaję prezenty przemyślane i przydatne oraz zgodne z moimi upodobaniami. Zawsze można mnie uszczęśliwić dobrym mydłem w kostce, suszonymi owocami i orzechami, słoikiem domowych przetworów czy miodu, butelką wina. Tak, serio, lubię takie właśnie prezenty. Dobra zużywalne. Kupon na masaż też chętnie wykorzystam. Natomiast w przypadku rzeczy trwałych, stosujemy zasadę rozpoznania terenu. Nie wahamy się pytać wprost o to, co dana osoba chciałaby dostać, a czego na pewno sobie nie życzy. Albo na co miałaby ochotę, ale sama sobie tego nie kupi z różnych względów. I jedynie w przypadku, gdy odpowiedź brzmi: nie wiem, zdaję się na ciebie, wtedy wymyślamy coś sami. Mniej więcej wiem, co w tym roku dostanę w prezencie, jeśli będzie Was to ciekawić, opowiem Wam i pokażę po Świętach. 

Mieliśmy z mężem jednego roku pomysł, by w ogóle zrezygnować z prezentów dla siebie nawzajem. Jednak brakowało nam tego. Nie samych prezentów, tylko tej przyjemności ich wręczania... Takie symbolicznej wymiany. Okazania na jeszcze jeden sposób, że myślimy o sobie nawzajem. Więc teraz dbamy tylko o to, by nie kupować rzeczy niepotrzebnych i nieprzemyślanych. Stąd owo rozpoznanie wstępne, żeby nie popełnić błędu. 

Najprzyjemniejszym prezentem, który dajemy sobie na co dzień i od święta, jest czas, który spędzamy razem. Naprawdę. Wiem, krzywicie się znowu, że jadę banałem. Jednak dla mnie to nie jest żaden frazes ani banał. To największa radość mojego życia, oprócz samej radości z tego, że żyję i oddycham. Regularnie widuję się z moimi rodzicami i siostrą, a na co dzień staramy się jak najwięcej spędzać ze sobą czas z Robertem. Tak organizujemy sobie życie, żeby móc jak najczęściej być blisko siebie. Leniuchując, rozmawiając, robiąc razem różne ciekawe i przyjemne rzeczy. Czasem zwykłe. Wspólne posiłki, spacery. Czasem niezwykłe, jak podróże, koncerty, degustacje wina czy wycieczki w góry. 

Święta są dla nas ważnym czasem właśnie dlatego, że będziemy znów mogli być wszyscy razem. Zapewne nie będziemy robili niczego niespotykanego. Będzie przesiadywanie przy stole, świąteczne smaki, dobre wino. Lenistwo, drzemki, zaleganie z książką na kanapie. Oglądanie filmów. Mizianie się z kotem. 

A przed świętami i przed końcem roku staram się zawsze spotkać z innymi dobrymi i bliskimi duszami, które są dla mnie ważne. Z niektórymi tylko pewnie się uda pogadać przez telefon albo wymienić wiadomości czy e-maile. 

Zaznaczam po raz kolejny, że to moje osobiste podejście do świątecznego czasu. Jeśli lubicie Święta na bogato i ze wszystkimi tradycyjnymi ich elementami, nie czujcie się proszę urażeni. Każdy powinien szukać w tym czasie tego, co jemu potrzebne i dla niego ważne. Mam nadzieję, że uda się Wam to znaleźć. 

P.S. Nie składam Wam na razie życzeń, przecież jeszcze się zobaczymy przed Wigilią... 


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Jeszcze prościej

To, że ostatnio rzadko poruszam na blogu temat minimalizmu, nie znaczy, że przestał być dla mnie ważny. Jest nadal istotny, ale w inny sposób niż wtedy, gdy wprowadzałam największe zmiany w swoim życiu i przestrzeni osobistej. Pisałam o tym we wpisie Procesy w tle
Po ośmiu latach mówienia i pisania o nim czuję przesyt. Nie mam już ochoty czytać książek ani blogów związanych z tym tematem. Nie twierdzę, że nie warto, bo wiele mądrych treści wciąż powstaje, jedynie ja nie mam już potrzeby dalej drążyć tych kwestii.

Nadal bardzo istotna jest dla mnie prostota, coraz ważniejsza. To raczej już nie ulegnie zmianie, bo zawsze ją lubiłam, a z czasem stała się dla mnie myślą przewodnią. W każdej dziedzinie życia. Prostota wypowiedzi, przekazu, formy i treści. W estetyce i ubiorze. W wystroju mieszkania. Na talerzu - bardzo istotna. Prostota i skuteczność rozwiązań - w pracy, nauce, komunikacji. Nie zajmują mnie natomiast zbytnio sprawy ilości rzeczy i zajęć, które na pewnym etapie były tak …

Jak żyć?

Gdy wydawnictwo Otwarte zaproponowało mi przesłanie do zrecenzowania książki Matsa i Susan Billmarków „Naucz się żyć”, poczułam się zaintrygowana z kilku powodów. Po pierwsze: tytuł. Pomyślałam, że to odważne przedsięwzięcie, próba napisania poradnika odpowiadającego na słynne pytanie „Jak żyć?”. Po drugie: informacja o tym, że pozycja ta jest w Szwecji bestsellerem, sprzedała się w ponad 500 tys. egzemplarzy. A trzecim powodem, dla której chciałam ją przeczytać, była bardzo wesoła i kolorowa okładka. Wiadomo, nie ocenia się książki po okładce, ale ta bardzo zachęcała do lektury.

Obiecałam sobie, że nie przeczytam niczego na temat słynnego duńskiego hygge, wystarczył mi jeden artykuł w jakimś kolorowym magazynie przejrzany u fryzjera, ale poradnik „Naucz się żyć” wydawał się nie mieć na szczęście nic wspólnego ze wspomnianym zjawiskiem, oprócz skandynawskiej proweniencji. 
Lektura okazała się satysfakcjonująca. Książka objętościowo niewielka, ale skoncentrowana treściowo. Myślałam, ż…

Zanim nazwiesz prezesa idiotą...

Za sobą mam wielkie ufff. Westchnienie ulgi, bo we wtorek zakończyłam megazlecenie, o którym pisałam ostatnio. Ponad dwa miesiące bardzo intensywnej pracy umysłowej. Przyznaję, że teraz jestem nieco sflaczała intelektualnie i jeszcze niegotowa na większy wysiłek. Na razie wysypiam się, nadrabiam zaległości domowe i towarzyskie, odpoczywam. Leniuchuję bez wyrzutów sumienia. Wracam do równowagi.
Pomyślałam, że oprócz minicyklu o szczęściu równolegle poopowiadam Wam trochę o tym, jak wygląda życie osoby pracującej na własny rachunek, bo często o to pytacie. Dzięki internetowi i możliwościom pracy zdalnej coraz więcej osób może brać pod uwagę takie rozwiązanie. A jest ono na pewno bardzo kuszące. Obiecuje wolność, niezależność. Więcej czasu wolnego, mniej stresu. Brak szefa nad sobą, brak konieczności dzielenia miejsca pracy z ludźmi, których obecność nie zawsze jest nam miła. 
Temat to bardzo szeroki, więc na jednym wpisie się na pewno nie skończy. Mam wrażenie, że istnieje sporo fałszy…