Przejdź do głównej zawartości

Posty

Wyświetlanie postów z 2018

Moje pierwsze 500+ i prezent dla czytelników

W listopadzie 2009 r. powstał pierwszy wpis na blogu, który wówczas nazwałam Minimalistka (w serwisie blox). Nosił tytuł Trudne początkii zaczynał się tak: Tytuł blogu jest nieco na wyrost. Nie jestem minimalistką. Może kiedyś będę. Staram się ograniczać liczbę posiadanych rzeczy, upraszczać swoje życie i otaczającą mnie przestrzeń, uczę się świadomie kupować. Dążę do wyeliminowania tego, co zbędne. Walczę z tendencją do gromadzenia przedmiotów i kupowania wciąż nowych rzeczy.  Minęło nieco ponad 8 lat i w tym czasie napisałam w sumie 500 wpisów, łącznie z dzisiejszym.
Gdy zaczynałam, nie miałam najmniejszego pojęcia, dokąd mnie to zaprowadzi. Czułam potrzebę dzielenia się swoim doświadczeniem, wrażeniami z przygody, jaką okazało się stosowanie minimalizmu w praktyce. Z czasem blog stał się zapisem różnych moich przeżyć i przemyśleń, a także relacją z procesu zmian w wielu dziedzinach życia.

Brzydkie słowo „kreatywność”

W poprzednich wpisach opowiedziałam Wam pokrótce, jak wygląda moje życie jako osoby pracującej na własny rachunek, oraz jakie zmiany w organizacji pracy wprowadzałam w miarę nabywania doświadczenia. Sporo było mowy o dyscyplinie i koncentracji. Dzisiaj chciałabym Wam napisać, dlaczego przykładam dużą wagę do tego, by nie poświęcać na pracę więcej czasu niż potrzeba, i dlaczego wyznaczam sobie ramy czasowe, w których staram się mieścić najlepiej, jak tylko to możliwe. 
Praca na etacie miała wiele zalet, ale też miała dla mnie kilka zasadniczych wad. Po pierwsze: rutyna i powtarzalność. Często całe tygodnie zlewały mi się we wspomnieniach w jeden niewyraźny i nieco nudnawy film. Pomimo dobrej atmosfery w biurze i przyzwoitych warunków zatrudnienia odliczałam czas od poniedziałku do weekendu (ten odcinek zawsze się dłużył), a z kolei weekendy przelatywały człowiekowi przed oczami jak błyskawica i zawsze kończyły się zbyt szybko. Zbyt wiele było zaległości do nadrobienia, bo i trzeba się…

Kalkulator najlepszym przyjacielem tłumacza

W poprzednim wpisie obiecałam, że napiszę Wam, jak radzę sobie z kwestią zmiennego natężenia pracy w ramach własnej działalności i czy nie odczuwam czasem skutków braku poczucia bezpieczeństwa z tym związanego.
Prawdą jest, że pracując jako wolny strzelec nie jestem w stanie dokładnie przewidzieć swoich dochodów w danym miesiącu. Raczej orientacyjne widełki niż dokładną sumę. Faktycznie na samym początku prowadzenia działalności bardzo mnie to stresowało. Na etacie miałam przecież zagwarantowaną wysokość wynagrodzenia, a dzięki systemowi premii zazwyczaj na koncie lądowała wyższa kwota, jeśli tylko w danym miesiącu nie brałam dłuższego urlopu, który spowodowałby, że nie udałoby się wypracować nadwyżki. Właśnie z powodu tej niepewności wynagrodzenia zajęłam się też oprowadzaniem po mieście i Wawelu. To miało być zabezpieczenie na wypadek, gdyby tłumaczenia nie wystarczały na utrzymanie się. 
Jednak po kilku latach przekonałam się, że taka sytuacja raczej mi nie grozi. Gdy odchodziłam …

Wolny strzelec całodobowo

W ostatnim wpisie na temat pracy na własny rachunek pytałam Was, czy chcielibyście, bym napisała o jakichś konkretnych aspektach takiej działalności. Ola, autorka bloga Miej klasę, zadała kilka dobrych pytań, odpowiedź na które w pełni zasługuje na osobny post.  Ola pyta:
Ciekawi mnie, jak jest w Twoim przypadku z samodyscypliną i systematycznością (praktyczne sposoby), jak wygląda Twój przeciętny dzień/tydzień pracy? Trzymasz się narzuconej sobie rutyny czy raczej pracujesz zrywami? Czy Twoja praca w charakterze tłumacza różni się w tej kwestii od pisania książek? Jakie korekty wprowadziłaś na przestrzeni lat w tym systemie pracy? Wiele przykładów z książki "Codzienne rytuały. Jak pracują wielkie umysły" pokazuje, że właśnie praca nieograniczona biurowymi godzinami i sztywnymi zasadami powoduje, że trzeba samemu narzucić sobie jakieś ramy, np. wstaję o 8:00, o 9:00 siadam do komputera, pracuję cztery godziny, potem obiad itd. Oraz druga sprawa: jak radzisz sobie z różnym na…

Moja szefowa to wredna zołza

Wiecie, że właśnie mija siedem lat od momentu, gdy podjęłam decyzję o odejściu z etatu i rozpoczęciu pracy na własny rachunek? Doskonale pamiętam dzień, w którym odbyłam ostateczną rozmowę z szefem, bo zaraz po niej wyszłam wcześniej z pracy, by pojechać na pogrzeb ojca mojej dobrej koleżanki. Było mroźno i jechałam przez całe miasto autobusem, rozmyślając o tym, czy na pewno dobrze zrobiłam i czy nie będę kiedyś żałować zrezygnowania z przyzwoicie płatnej pracy w ulubionym zawodzie i wśród sympatycznych ludzi. 
Stali czytelnicy znają tę historię i wiedzą zapewne, że nie żałuję tej decyzji. Mniej więcej raz na rok pisuję o tym, jak mi się żyje jako wolnemu strzelcowi. W zeszłym roku obiecywałam zresztą, że będę więcej pisać o realiach pracy na własny rachunek w tym wpisie i nie wywiązałam się do tej pory z obietnicy. Zeszły rok był przełomowy, jeśli chodzi o moją obecność w sieci. Był zastój, było ciężko, ale udało się odwrócić kartę i rozpocząć nowy rozdział. Nie będę więc tłumaczyć…

Moje plany na 2018

Nie raz wspominałam, że od kilku lat nie podejmuję już noworocznych postanowień. Zmiany wprowadzam wtedy, gdy czuję się do nich gotowa. Czyli na przykład 15 października. Nie jestem przeciwna podejmowaniu prób doskonalenia siebie od 1 stycznia, ale wiem, że w większości przypadków są one nieskuteczne. Jeśli wynikają z kalendarza, a nie z wewnętrznej gotowości i dojrzałości do przemiany, zwykle nie przynoszą trwałych skutków, a po miesiącu już mało kto o nich pamięta. Jednakże życzę powodzenia i kibicuję wszystkim, którzy je czynią, bo każdy wysiłek mający na celu poprawę jakości życia i pracę nad sobą jest godny pochwały i wsparcia.


Jednak nadal planuję, a raczej wyznaczam sobie kierunki zmian i doskonalenia, zadania do wykonania. Te, które realizuję obecnie, są kontynuacją i pogłębieniem procesów trwających już od dawna. A tak konkretnie? Z chęcią Wam o tym opowiem.