Przejdź do głównej zawartości

Pięciominutowe małże i kuchenne objawienia

Objawienia tego, co dla mnie w gotowaniu najważniejsze, doznałam dobrych parę lat temu na warsztatach kulinarnych. Wtedy jeszcze wydawało mi się, że gotowanie mogę uważać za swoją pasję, dużo czytałam na ten temat, często oglądałam programy kulinarne i filmy o kulturze gastronomicznej. W warsztatach uczestniczyłam dwa razy, nauczyłam się paru ciekawych rzeczy i poznałam kilka przepisów, z których dwa wykorzystuję do tej pory, ale najlepszy wniosek, jaki wyniosłam, był zupełnie nieoczywisty i niezamierzony przez prowadzącego zajęcia kucharza. 

Otóż na przystawkę mieliśmy przygotować zapiekane mule (małże). Najpierw napociliśmy się straszliwie, bo trzeba je było otworzyć na surowo, a to nie jest proste i trzeba bardzo uważać, żeby się nie pokaleczyć. Potem z wyjętej z muszli i posiekanej zawartości przygotowywaliśmy nadzienie i w pocie czoła wkładaliśmy je z powrotem do muszelek. To małe stworzonka, więc muszle niewielkie. Znów więc dziubdzianie (dziub, dziub) małą łyżeczką. I do pieca. Mnóstwo roboty. Efekt był smaczny, ale niepowalający w stosunku do włożonego w przygotowanie potrawy wysiłku i  jej czasochłodnności.

Ale małży zostało jeszcze sporo, a to produkt, który łatwo się psuje. Prowadzący kucharz postanowił nam więc pokazać inną, szybką i prostą potrawę z tego samego składnika. Banalnie łatwą, jak stwierdził, właściwie niewymagającą przepisu. Oliwa, trochę pomidorowej passaty, czosnek i ostra papryczka. Czosnek podgrzewa się na oliwie, dodaje papryczkę, a gdy puści nieco ostrości do tłuszczu, również passatę. Do tak przygotowanego sosu wrzuca się umyte małże (w całości), przykrywa, kilka minut dusi, aż muszle się otworzą. Nieotwarte wyrzucamy, bo to są te, które były nieżywe (czyli zepsute). Można dodać natkę pietruszki na koniec. I tyle. Małże wyjada się z muszli, a w lekko pikantnym sosie pomidorowym, z delikatnie morskim posmakiem,  można maczać pieczywo. Całą grupą zajadaliśmy się, aż uszy się nam trzęsły, zachwyceni tym prostym, ale efektownym daniem, którego nie poznalibyśmy, gdyby nie zostało nam za dużo małży, których nie mieliśmy już siły otwierać i nadziewać. 

Wtedy właśnie zrozumiałam, że to jest kwintesencja mojego podejścia do gotowania. Wysiłek przygotowania niewielki, a przyjemności sporo. Maksymalny efekt przy minimalnej ilości środków. Więcej już na warsztaty nie poszłam, bo ostatecznie uświadomiłam sobie, że nie mam ambicji posiadać licznych wyszukanych kulinarnych umiejętności. Nie potrzebuję nikomu imponować tym, jak świetnie gotuję. Wystarczy mi, że potrafię na co dzień przygotowywać nieskomplikowane i smaczne potrawy ze składników, które mam pod ręką. Czasem według przepisu, ale najczęściej spontanicznie, z głowy, tak, by wykorzystać to, co znajdzie się w lodówce. Mam wypracowane kilka koncepcji bazowych, które pozwalają na szybkie stworzenie dań, które lubimy oboje. Warzywne zupy krem, zapiekane warzywa z serem, mięso w sosie curry w stylu indyjskim, chilli con carne, tarty z warzywami i kozim serem albo z kiszoną kapustą na kruchym cieście bezglutenowym, makaron bezglutenowy z tym, co się znajdzie, np. sosem z suszonymi pomidorami. Leczo, kapuśniak, gulasz z podrobów. Zupę z czerwonej soczewicy i pomidorów na ostro. Pieczoną rybę lub kurczaka z warzywami. Jambalayę według Pascala Brodnickiego, o której pisała też Sowa. Pieczone ziemniaki z oliwą i oregano. Pieczony ser feta z oliwą, płatkami chilli i oregano (najprostsze danie na świecie, a gotowe w kilkanaście minut!). Jako dodatki najczęściej ryż, kasza jaglana, ziemniaki. 

Photo by Gaelle Marcel on Unsplash

Gdy jeszcze mieliśmy telewizję, lubiłam oglądać programy brytyjskiego kucharza, felietonisty i kucharza kulinarnego, który sam siebie określa jako kuchennego minimalistę. Nadal mam jego książki, chociaż pozbyłam się większości mojej kulinarnej biblioteczki. Bardzo odpowiada mi jego sposób gotowania i pisania o jedzeniu. O tym, że nie każdy gotować musi, bo nie jest to konieczne, ale gotowanie i jedzenie może być dużą przyjemnością, pod warunkiem, że sobie tego za bardzo nie skomplikujemy. Nigel również często podkreśla, że by gotować, nie trzeba posiadać superwyposażenia, drogich utensyliów i wymyślnych gadżetów. Wystarczy kilka garnków i patelni, dobre noże, ewentualnie urządzenia elektryczne, dzięki którym oszczędza się czas potrzebny na siekanie, rozdrabnianie i miksowanie. Lubię również jego zachwycanie się prostymi smakami. Często podkreśla, że dobrej jakości składniki wystarczą same w sobie, nie ma sensu zagłuszać ich smaku poprzez tworzenie skomplikowanych kompozycji z niezliczonej ilości ingrediencji. 

Właśnie dlatego tak lubię jeździć do Grecji, bo tamtejsza kuchnia jest bardzo prosta, rustykalna, ale opiera się na znakomitych składnikach, z którymi nikt specjalnie się nie bawi, a jedynie traktuje z należnym szacunkiem. Niewiele jest potraw tak pysznych, jak tzw. grecka sałatka (w Grecji nazywana wiejską), z sezonowych pachnących słońcem warzyw. Składników niewiele, a efekt uzależniający. 

Wiadomo, nasza strefa klimatyczna aż tak nie rozpieszcza, jeśli chodzi o dostępność warzyw i owoców. Przez znaczną część roku musimy sobie inaczej radzić, by jeść smacznie, sezonowo i nie zbankrutować na zakupach spożywczych. Ale da się, naprawdę da się, pod wyżej wspomnianym warunkiem: nie trzeba sobie kwestii kulinarno-spożywczych nadmiernie komplikować ani wmawiać sobie, że gotowanie to jakaś tajemna sztuka wyższego poziomu. Gotować może każdy, jeśli tylko zechce. I wcale nie trzeba mieć dużo czasu ani fantastycznie wyposażonej designerskiej kuchni. Co więcej, znam niejedną bajerancką kuchnię, w której gotuje się co najwyżej wodę na herbatę i parówki. Ale to zupełnie inna historia. 

Tak wygląda moje podejście do gotowania. A o praktycznej jego stronie i o tym, co znajdziecie w mojej kuchni, jeśli chodzi o wyposażenie i zapasy, napiszę w kolejnym wpisie.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Roczny post zakupowy

Bardzo potrzebowałam tak długiej przerwy w blogowaniu. Rozwijanie kanału na YouTube pochłania dużo wysiłku i uwagi, a wciąż wielu rzeczy muszę się nauczyć i nie wszystko jeszcze wychodzi mi tak, jakbym chciała. Jednak uczę się, a oglądających przybywa, od maja uzbierało się już ponad 600 subskrybentów i odbiór materiałów, które publikuję, jest pozytywny, co zachęca do dalszej pracy w tym kierunku.
Dałam sobie czas, by zdecydować, czy chcę nadal pisać bloga, a jeśli tak, jak to pisanie ma w przyszłości wyglądać. Wiem, że aby Wam czytało się dobrze to, co tworzę, nie mogę traktować blogowania jako obowiązku. Tylko wtedy, gdy będę pisać z wewnętrznej potrzeby i z przyjemnością, będzie to miało sens. 
Minęło kilka miesięcy. Wystarczająco dużo czasu, bym mogła spojrzeć z dystansem na to, w jaki sposób chcę kontynuować swoją internetową działalność. Doszłam do wniosku, że najlepiej będzie połączyć jej dwa rodzaje, tak, by się wzajemnie uzupełniały. Blog daje możliwość dokładniejszego wyjaś…

Sprzątanie zaczyna się w głowie

Nie jestem odkrywcza, twierdząc, że sprzątanie zaczyna się w głowie. Jak wiele innych procesów. Odchudzanie, wypoczywanie, zmiany.

Zacznijmy od jego postrzegania. Często przedstawia się sprzątanie jako czynności nielubiane i nużące. Niektórzy wręcz nim pogardzają i uważają za zajęcie niegodne. To chyba spuścizna czasów, gdy porządki były domeną kobiet oraz osób ubogich lub nisko urodzonych. Nadal zdarza się, że nie szanuje się osób, które zajmują się sprzątaniem zawodowo. Znam osobę, która zatrudnia panią do sprzątania domu wcale nie dlatego, że nie ma czasu, siły czy możliwości, ale dlatego właśnie, że uważa to zajęcie za poniżające, niegodne. 


Wielu ludzi nie lubi sprzątać, bo to ich zdaniem strata czasu, syzyfowa praca, którą trzeba zaczynać od nowa, gdy tylko się skończy. Jednak naturalnym jest, że próbuje się unikać tego,  czego się nie lubi. Opóźnia, robi byle jak, byle było. Szuka wymówek, by usprawiedliwić to, że znów miało się coś innego do zrobienia. 
Czym to grozi?  Tym, że …

Moje pierwsze 500+ i prezent dla czytelników

W listopadzie 2009 r. powstał pierwszy wpis na blogu, który wówczas nazwałam Minimalistka (w serwisie blox). Nosił tytuł Trudne początkii zaczynał się tak: Tytuł blogu jest nieco na wyrost. Nie jestem minimalistką. Może kiedyś będę. Staram się ograniczać liczbę posiadanych rzeczy, upraszczać swoje życie i otaczającą mnie przestrzeń, uczę się świadomie kupować. Dążę do wyeliminowania tego, co zbędne. Walczę z tendencją do gromadzenia przedmiotów i kupowania wciąż nowych rzeczy.  Minęło nieco ponad 8 lat i w tym czasie napisałam w sumie 500 wpisów, łącznie z dzisiejszym.
Gdy zaczynałam, nie miałam najmniejszego pojęcia, dokąd mnie to zaprowadzi. Czułam potrzebę dzielenia się swoim doświadczeniem, wrażeniami z przygody, jaką okazało się stosowanie minimalizmu w praktyce. Z czasem blog stał się zapisem różnych moich przeżyć i przemyśleń, a także relacją z procesu zmian w wielu dziedzinach życia.