Przejdź do głównej zawartości

Bez Taty. Pocieszenie.

Minęło trzy tygodnie od śmierci Taty. Przez ten czas nie myślałam nawet o blogowaniu, oprócz krótkiego komunikatu opublikowanego tutaj, zamieściłam jedynie materiał na kanale YT, by również widzom wyjaśnić moje czasowe zniknięcie. 

Tata zmarł nagle i niespodziewanie, na rozległy zawał serca. Źle się poczuł i pogotowie zabrało go bardzo szybko do szpitala, ale nie udało się go odratować. Gdy nas do niego wpuszczono, żegnaliśmy się jedynie z ciałem, za które jeszcze oddychała maszyna, ale życia już w nim nie było. 

Te pierwsze dni były bardzo trudne, bo nie mogliśmy uwierzyć w to, co się stało. Tak to już jest ze śmiercią, nie da się na nią przygotować. Tata miał problemy z sercem od dawna, ale był pod stałą kontrolą kardiologa, wydawało się, że wszystko jest w porządku. Do ostatniej chwili był aktywny, pełen energii i humoru. Tym większym zaskoczeniem było jego odejście.

W kolejnych wpisach wrócę do zapowiadanych tematów, ale pozwólcie, że dzisiaj jeszcze podzielę się z Wami tym, co mi w duszy siedzi w związku z tymi wydarzeniami. Nie bójcie się jednak, to raczej nie będzie ponury wpis, może tylko nieco melancholijny. 

Photo by Thomas Bormans on Unsplash
Najtrudniejsze były oczywiście pierwsze dni, gdy oprócz wychodzenia z szoku trzeba było załatwiać formalności związane z pogrzebem, powiadamiać rodzinę i znajomych. Potem sam pogrzeb, moment bardzo poruszający, ale szybko przeminął. Kolejne dni oznaczały stopniowe wracanie do codzienności. Bolesne, ale konieczne. 

Oczywistym było dla nas, najbliższej rodziny, że po pierwsze jesteśmy w tym czasie sobie jeszcze bardziej nawzajem potrzebni niż zwykle, a po drugie, że im szybciej wrócimy do w miarę „normalnego” życia, tym będzie nam łatwiej odzyskać jaką taką równowagę. Tego, co się stało, nie można w żaden sposób odwrócić, trzeba więc skupić się na tym, co pozostaje. Na życiu i na nas samych. 

Najtrudniejszym jest przyzwyczajenie się do tego, że Taty już nie ma z nami. Niby to oczywiste, ale właśnie to wydaje mi się najtrudniejszym elementem żałoby. Człowiekowi wydaje się, że za chwilę usłyszy jego głos, samochód podjeżdżający pod bramę garażu, gdzieś w ogrodzie pomiędzy drzewami miga cień jego sylwetki. Za chwilę wejdzie do domu, zacznie domagać się kawy... Ale wiesz, że to tylko złudzenie, pragnienie, by wszystko było jak dawniej, jak zawsze. 

Oprócz formalności i porządkowania spraw urzędowych przychodzi też konieczność stopniowego przeglądania rzeczy po Tacie i podejmowania stosownych decyzji co do ich dalszych losów. Segregowanie pamiątek i pozostałości po zmarłej bliskiej osobie to temat na osobną rozmowę, jak wie każdy z Was, kto kiedykolwiek musiał się z tym zmierzyć, wrócimy więc do tej kwestii za jakiś czas.

Dzisiaj nie chcę skupiać się na przedmiotach, bo one w tej chwili są zupełnie nieistotne, chociaż czasem niestety domagają się uwagi. Chciałabym powiedzieć Wam, jak się teraz czuję oraz o tym, co śmierć Taty zmieniła w naszym i moim życiu. 

Ku swojemu zdziwieniu rzadko odczuwam teraz potrzebę płaczu. To o tyle zaskakujące dla mnie, że w rodzinie jestem znana jako ta, co „ma oczy na mokrym miejscu”. Owszem, parę razy popłakałam w ciągu tych ostatnich tygodni całkiem solidnie (chociaż dopiero po pogrzebie), ale nie czuję nawet takiej szczególnej potrzeby na co dzień. Może dlatego, że płacz nieco rozładował pierwsze napięcie i emocje, ale nie działa na głębszym poziomie. To tylko powierzchowna ulga. 

Co zatem przynosi mi pocieszenie? Przede wszystkim obserwowanie, w jaki sposób ludzie odbierają odejście Taty, co i jak o nim mówią. Tata był nauczycielem i przez wiele lat również dyrektorem wiejskiej szkoły podstawowej. Na pogrzeb przyszły tłumy jego współpracowników, kolegów i uczniów. Bardzo wzruszającym widokiem były ich szczerze poruszone twarze, prawdziwy smutek. Czuło się, że nie mogą się pogodzić z jego śmiercią. Byli w takim samym szoku jak i my. 

Wiecie, śmierć Taty nie zmieniła mojego podejścia do życia, raczej utwierdziła mnie w przekonaniu o słuszności własnych dotychczasowych wyborów. Teraz, gdy życie Taty jest już zamkniętą całością, można je podsumować i zobaczyć z perspektywy, jakim był człowiekiem i jak wykorzystał dany mu czas. 

Oboje moi Rodzice wyszli z bardzo trudnych pod względem emocjonalnym domów. Nie chciałabym tu wchodzić w szczegóły, bo to jednak sprawy dość prywatne i dotyczące nie tylko mnie. Wystarczy powiedzieć, że sporo wysiłku kosztowało ich obojga stworzenie stabilnego pod względem emocjonalnym domu. Jednak nie pozwolili, by toksyczne wzorce wyniesione z ich domów rodzinnych zostały przeniesione do naszej rodziny. Dali zarówno sobie nawzajem, jak i nam, bardzo wiele miłości i solidnego emocjonalnego wsparcia. Nauczyli nas, moją siostrę i mnie, że nie można zasłaniać się genami, wychowaniem, słabością charakteru i trudną przeszłością, bo po to mamy wolną wolę, by nie pozwolić zawładnąć im naszym życiem. Trzeba pracować nad sobą każdego dnia, zmieniać swoje nawyki, analizować zachowania, tak, by przeżyć swoje życie świadomie. Niekoniecznie w sposób perfekcyjny, ale w zgodzie ze sobą. 

Tata kochał wolność, muzykę i przyrodę. Przeżył swoje życie szczerze, prosto, nikogo i niczego nie udając. Brzydził się kłamstwem, oszustwem i karierowiczami. Unikał polityki, układów i układzików. Miał odwagę iść własną drogą, nawet wbrew woli własnej rodziny. Rzucił w połowie studia, na które posłali go jego rodzice, dopiero po latach wrócił do studiowania na wybranym przez siebie kierunku, gdy pozwoliła już na to sytuacja życiowa. W efekcie dyplom magistra zdobyliśmy prawie jednocześnie ;-) Sprzeciwił się również woli rodziców, żeniąc się z moją Mamą, chociaż próbowano go swatać z innymi pannami, lepiej sytuowanymi i podobno lepiej pasującymi do rodziny, lecz nie dał się zniewolić i w tym przypadku. Potem mieszkał i pracował w środowisku wiejskim, gdzie czasem trudno jest żyć, będąc innym, na początku zresztą obcym, „elementem napływowym”, ale jednak zachował niezależność poglądów, a z czasem zyskał sobie sympatię i wielki szacunek. 

Do samego końca zachował wrażliwość na piękno świata, życzliwość i chęć pomagania. Do ostatniej chwili miał też ciągły apetyt na wiedzę, otwarty i młody umysł, chęć uczenia się i rozwoju. W przyszłym roku skończyłby 70 lat, ale świetnie posługiwał się nowymi technologiami, urządzeniami elektronicznymi, łącznie ze smartfonem. Prowadził stronę internetową miejscowego Uniwersytetu Trzeciego Wieku, uczył seniorki korzystania z komputera i internetu i robił jeszcze całe mnóstwo innych dobrych rzeczy. 

Miał wady i słabości. Jak każdy. Jednak nie pozwolił, by przeszkodziły mu cieszyć się życiem ani by sprawiały przykrość innym. 

Gdy o nim myślę, czuję smutek, ale przede wszystkim dumę i radość, że miałam szczęście mieć takiego fajnego Tatę. Wiem, że nadal chcę żyć tak, jak mnie nauczył. Wiem, że był ze mnie dumny, bo nieraz powtarzał, jak bardzo jest zadowolony i dumny z mojej siostry i ze mnie. Mam nadzieję, że dostarczę mu jeszcze niejednego powodu do dumy i radości, gdziekolwiek teraz jest. Nie byłam córką idealną, ale myślę, że byłam wystarczająco dobrą. Nie musiał się za mnie wstydzić i widział, że staram się nie marnować swojego czasu na Ziemi.

Oczywiście, chciałoby się, żeby mógł być z nami dłużej. Jednak nie mamy na to wpływu, nie nam o tym decydować, ile komu czasu jest dane. Rozumiem i akceptuję nieuchronność śmierci, zarówno własnej, jak i bliskich, co nie znaczy, że nie czuję smutku i pragnienia, by nasze współistnienie trwało jak najdłużej.  Chociaż i tak najważniejsza jest jakość tego czasu spędzonego blisko siebie, a nie jego ilość. Dlatego tak bardzo cieszę się z tego, że przez ostatnie siedem lat, od czasu, gdy zaczęłam pracować na własny rachunek, mogłam regularnie widywać się z Rodzicami i Siostrą, ale przede wszystkim to był czas dobrze spędzany. Świadomie, uważnie i nie tylko od święta. Teraz, gdy Taty już nie ma, nadal trzymamy się blisko, a może i nawet jeszcze bliżej, mając świadomość, że trzeba się cieszyć sobą, póki żyjemy, by później nie rozpaczać, że nie miało się dla siebie czasu, gdy jedno z nas odejdzie. 

Życie trwa. 

Popularne posty z tego bloga

Uniform minimalistki

Temat osobistego uniformu obracam w głowie już od kilku lat, co najmniej. Jednak jeszcze do niedawna nie czułam się gotowa na to, by ostatecznie zdefiniować go dla siebie. Owszem, wiedziałam, że ciągnie mnie w tym kierunku i że coraz bardziej zbliżam się do wprowadzenia go w życie na co dzień. Jednak jeśli obserwowaliście, być może, moje materiały o kolorowej szafie minimalistki na YouTube, w cyklu, w ramach którego zaprezentowałam całą swoją kapsułową garderobę na wszystkie pory roku, mogliście zauważyć, że wprawdzie mój styl i zestawy ubraniowe były już dość wyraziste i powtarzalne, trudno było by nazwać je uniformem. 
Tak jednak się złożyło, że w międzyczasie zmieniłam tryb życia poprzez powrót do oprowadzania po Krakowie (już nie tylko po Wawelu, jak było parę lat temu), więc o wiele częściej wychodzę pracować poza dom. Oczywiście wymusiło to dostosowanie zawartości szafy i pewne jej uzupełnienia. A jednocześnie kilka ubrań z niej wywędrowało. Z powodu zużycia, ale też zmian w mo…

Minimalizm na Nowy Rok - postanowienia

Nie podejmuję noworocznych postanowień, mówiłam już o tym wielokrotnie. Wolę wprowadzać zmiany wtedy, gdy czuję się do nich gotowa, w dowolnym momencie roku. Nie czekam ze swoimi osobistymi zobowiązaniami do poniedziałku czy pierwszego dnia miesiąca. Od dawna uważam, że początek stycznia jest nienajlepszym momentem na takie działania, bo to czas zimowej ciemnicy, często depresyjnej aury i innych nieprzyjemnych okoliczności. Nie znaczy to jednak, że nie kibicuję osobom, które podejmują noworoczne próby zmiany nawyków. Zawsze warto pracować nad sobą i ulepszaniem swojej codzienności. 
Oto więc kilka moich propozycji na plan zmian/postanowienia noworoczne. Oczywiście można je wykorzystać także w innym czasie, ale można też wdrożyć je, czyniąc użytek z energii, jaką daje ten symboliczny nowy początek, jakim jest pierwszy dzień roku. 
Ważna uwaga na początek: moim zdaniem lepiej jest nie stawiać sobie zbyt ambitnych celów i wprowadzać jednocześnie ostrych restrykcji w wielu dziedzinach ży…

Dziesięć lat z minimalizmem

Za długo mnie tutaj, na blogu, nie było. Powodów ku temu było wiele, nie będę po raz kolejny się tłumaczyć. Jeśli czytasz te słowa, prawdopodobnie chociaż trochę mnie lubisz, więc po prostu przepraszam cię za tę ciszę. Trudno wrócić po tak długiej przerwie, ale jest tylko jeden sposób, by tę trudność przełamać. Usiąść i napisać. 
Mija 10 lat od mojego pierwszego zetknięcia się z koncepcją minimalizmu. Nie sądziłam wtedy, że dekadę później będę go nadal stosować. Co więcej, nawet nie wyobrażałam sobie, że kiedykolwiek poczuję się minimalistką. Od tamtego czasu bardzo wiele w moim życiu się zmieniło. Właściwie pod każdym względem na lepsze. Jeśli śledzisz mojego bloga lub kanał, znasz już dobrze historię tych zmian, nie będę więc tym razem opowiadać tej historii po raz kolejny. 
Nie zastanawiam się, co będzie za kolejne 10 lat. Jaka będę, gdzie i jak będę żyć? Tego nie wie nikt. Być może nie będzie mnie już wśród żywych. Tego też nie wiadomo. Nie ma to zresztą żadnego znaczenia dla teg…