Przejdź do głównej zawartości

Kolorowa szafa minimalistki - także na wakacjach

Ostatni wpis z połowy czerwca. Aż trudno uwierzyć. Jednak to prawda. Nie chcę Was zamęczać tłumaczeniami, dlaczego tak długo milczałam. Niedługo minie pół roku od śmierci Taty. Ostatnie miesiące wbrew pozorom były nie tylko czasem smutku, ale przede wszystkim czasem ważnych zmian w życiu naszej rodziny, częściowo wymuszonych przez odejście Taty, a częściowo przez nią sprowokowanych (?), a może tylko przyspieszonych. Kilka z tych zmian jest naprawdę pozytywnych, dotyczą głównie życia mojej Siostry. W skrócie napiszę tylko, dla tych z Was, którzy zawsze trzymali za nią kciuki (wiecie, że Ula jest osobą niesłyszącą), że Sister zmieniła pracę i na razie jest bardzo zadowolona. A my cieszymy się, że jest doceniana i że ma szanse na rozwój i lepszą jakość życia.

Bałam się, że nie będę umiała już pisać tutaj. Jednak z tym jest chyba jak z jazdą na rowerze. Wystarczy usiąść i zacząć, a reszta idzie już sama...

Oprócz tego, że dużo działo się różnych rzeczy, które wymagały mojej uwagi czy wspierania bliskich, miałam też sporo pracy, co akurat nie było wcale takie złe. Przez ten początkowy czas żałoby wolałam być zajęta, pogrążona w sprawach wymagających intensywnego zaangażowania fizycznego i umysłowego. Dlatego też, chociaż nie miałam siły pisać, nadal nagrywałam materiały wideo na kanał na YouTube (kto nie zna, zapraszam tutaj). Nagrywanie jest łatwiejsze, chociaż bardziej wymagające pod wieloma względami, ale wydaje mi się bardziej naturalną formą komunikacji. Przypomina rozmowę, a rozmawiać można nawet wtedy, gdy człowiekowi smutno, ciężko i źle. 

Nie chcąc skupiać się tylko na sprawach smutnych i ostatecznych, postanowiłam zająć się bardziej przyziemnymi i nieco banalnymi rzeczami. I w końcu, po latach, zdecydowałam się zacząć pokazywać Wam, moim Czytelnikom i Widzom, swoją kompaktową garderobę. Wcześniej wydawało mi się, że nie ma czego prezentować światu, bo przecież nie jestem szafiarką ani żadną stylistką, a jedynie zwykłą dziewczyną, która nie interesuje się modą, nie ma też czasu ani chęci poświęcać zbyt wiele uwagi strojom, ale lubi proste ubrania, ładne obuwie i dodatki.

Często, śledząc tzw. „minimalistyczne szafy”, myślałam o tym, że wprawdzie są to piękne i gustowne zestawy strojów, lecz dla mnie zdecydowanie zbyt smutne pod względem kolorystycznym. Właścicielkom z nimi dobrze i do twarzy, ale ja sama nie czułabym się dobrze w samych szarościach, pastelach, bieli i czerni. Taka kolorystyka nie odpowiada moim upodobaniom, nie jest mi też w wielu z tych barw twarzowo. Mam dość wyrazisty typ urody, do którego pasują mocniejsze barwy. Owszem, miałam, jak chyba wiele osób, jako młoda dziewczyna długi etap „czarnej wdowy”, gdy w mojej szafie dominowała czerń, ale wolałabym do niego nie wracać. Teraz lubię czarne stroje, ale na określone okazje, nie na co dzień. 

Redukowanie liczby ubrań nie musi jednak oznaczać decydowania się wyłącznie na stonowaną gamę kolorystyczną czy też noszenie się wyłącznie na biało/szaro/czarno. Ja to wiem, Wy pewnie też wiecie. Stereotypowa szafa minimalistki prezentowana w mediach jest jednak zazwyczaj żywszych kolorów pozbawiona. Szkoda, bo może to zniechęcać wiele osób do prób upraszczania swojej garderoby z obawy przed nudą lub smutnym i zmęczonym wyglądem. W naszym klimacie zwłaszcza w jesieni i w zimie potrzebujemy dodawać sobie energii mocniejszymi, cieplejszym kolorami. 

Osoby, które śledzą mój kanał na YT, widziały już pewnie pierwszy odcinek cyklu „Kolorowa szafa minimalistki”, w którym prezentuję moją jesienną kapsułkową garderobę. Można zobaczyć go tutaj

Zdjęcie mojej jesiennej kapsułkowej garderoby zrobiła Izabella Garbarz, https://bellove.pl/
Bardzo cieszę sie, że film został tak pozytywnie przyjęty, co zachęca mnie do kontynuowania tematu. Wydaje mi się, że jest tym ciekawszy, że kręciłam go pod koniec rocznego odzieżowego postu zakupowego. 

Po tych pracowitych i emocjonalnie intensywnych miesiącach we wrześniu wyjechaliśmy z Robertem na trzytygodniowe wakacje na Kretę, jedno z naszych ulubionych miejsc na Ziemi. Pobyt ten dobrze mi zrobił pod każdym względem, wypoczęłam, ale też po raz kolejny eksperymentowałam z lekkim bagażem. Nie jestem w pełni zadowolona ze sposobu, w jaki się spakowałam. Owszem, miałam ze sobą niewiele rzeczy, wszystkie zmieściły się do mojej ukochanej torby-plecaka, dzięki czemu mogłam łatwo się przemieszczać w podróży. Oprócz niej zabrałam też pasiastą torbę, której używam podczas wakacji w ciągu dnia i na wyjścia na plażę. 


Ale ostatecznie po trzech tygodniach okazało się, że mogłam zabrać jeszcze mniej odzieży. Co zabawne, najchętniej nosiłam te rzeczy, które postanowiłam spakować w pierwszej kolejności. Kilku sztuk, które dołożyłam do torby po namyśle, na tak zwany wszelki wypadek, dla urozmaicenia czy większego poczucia bezpieczeństwa, nie założyłam ani razu. Wniosek: na przyszłość trzymać się pierwszego wyboru.

Zabrałam podstawowe kosmetyki do makijażu, które też okazały się zbędne, ponieważ wcale nie miałam ochoty się malować. Nie wiem, jak będzie w przyszłości na wakacyjnych wyjazdach, tym razem jednak nie czułam takiej potrzeby. 

Ostatecznie prawie przez cały wyjazd zakładałam na przemian trzy ukochane letnie sukienki, szarą narzutkę, bikini, pomarańczowy szal z wiskozy (którego używam też jako pareo na plaży). Wszystko to możecie zobaczyć poniżej. Czyli właściwie mogłabym zabrać tylko ten zestaw plus spodnie i koszulkę, które miałam na sobie podczas podróży samolotem, na drugim zdjęciu niżej (zdjęcie zrobione w okropnym lotniskowym świetle i o czwartej rano, więc proszę o wyrozumiałość):




Czy jednak był to dobry zestaw? Dla mnie tak, prawie idealny. Jedyny wniosek, jaki wyciągnęłam na przyszłość, to (oprócz trzymania się pierwszej decyzji) dodanie jeszcze jednej lekkiej sukienki, też o podobnym charakterze (czyli najlepiej marki sportowo-turystycznej, z szybko schnącego, przyjemnego i niemnącego się materiału), ale w żywszym lub jaśniejszym kolorze. Zobaczę, co uda mi się znaleźć w międzyczasie. Moja codzienna szafa jest zdecydowanie weselsza, na wakacjach też byłoby dobrze mieć ze sobą więcej koloru. 

Rozpisałam się, jak na pierwszy wpis po tak długiej przerwie :-) Mam nadzieję, że Was nie zmęczyłam tą gadaniną. Zostawiam Was z kilkoma zdjęciami z wakacji, na których możecie dokładniej zobaczyć moje ciuszki. Acha, od razu uprzedzam uwagi, które zwykle pojawiają się w tym kontekście: na wyjazdy w zimnym sezonie oraz do miejsc, gdzie trudniej jest/nie da się prać, też potrafię pakować się z sensem i w miarę kompaktowo, w przyszłości na pewno i to pokażę. Zdjęcia po kliknięciu otwierają się w dużym formacie. 
















I jeszcze mały bonus dla osób, które obejrzały film o jesiennej szafie. W materiale wspominam, że do dokupienia mam jeszcze mokasyny. Plan zrealizowany, moje nowe buty na jesień/wiosnę  są bardzo wygodne i wyglądają tak (marka Venezia):






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Sprzątanie zaczyna się w głowie

Nie jestem odkrywcza, twierdząc, że sprzątanie zaczyna się w głowie. Jak wiele innych procesów. Odchudzanie, wypoczywanie, zmiany.

Zacznijmy od jego postrzegania. Często przedstawia się sprzątanie jako czynności nielubiane i nużące. Niektórzy wręcz nim pogardzają i uważają za zajęcie niegodne. To chyba spuścizna czasów, gdy porządki były domeną kobiet oraz osób ubogich lub nisko urodzonych. Nadal zdarza się, że nie szanuje się osób, które zajmują się sprzątaniem zawodowo. Znam osobę, która zatrudnia panią do sprzątania domu wcale nie dlatego, że nie ma czasu, siły czy możliwości, ale dlatego właśnie, że uważa to zajęcie za poniżające, niegodne. 


Wielu ludzi nie lubi sprzątać, bo to ich zdaniem strata czasu, syzyfowa praca, którą trzeba zaczynać od nowa, gdy tylko się skończy. Jednak naturalnym jest, że próbuje się unikać tego,  czego się nie lubi. Opóźnia, robi byle jak, byle było. Szuka wymówek, by usprawiedliwić to, że znów miało się coś innego do zrobienia. 
Czym to grozi?  Tym, że …

Moje pierwsze 500+ i prezent dla czytelników

W listopadzie 2009 r. powstał pierwszy wpis na blogu, który wówczas nazwałam Minimalistka (w serwisie blox). Nosił tytuł Trudne początkii zaczynał się tak: Tytuł blogu jest nieco na wyrost. Nie jestem minimalistką. Może kiedyś będę. Staram się ograniczać liczbę posiadanych rzeczy, upraszczać swoje życie i otaczającą mnie przestrzeń, uczę się świadomie kupować. Dążę do wyeliminowania tego, co zbędne. Walczę z tendencją do gromadzenia przedmiotów i kupowania wciąż nowych rzeczy.  Minęło nieco ponad 8 lat i w tym czasie napisałam w sumie 500 wpisów, łącznie z dzisiejszym.
Gdy zaczynałam, nie miałam najmniejszego pojęcia, dokąd mnie to zaprowadzi. Czułam potrzebę dzielenia się swoim doświadczeniem, wrażeniami z przygody, jaką okazało się stosowanie minimalizmu w praktyce. Z czasem blog stał się zapisem różnych moich przeżyć i przemyśleń, a także relacją z procesu zmian w wielu dziedzinach życia.

DDTVN, Dojrzewalnia Liderek i trudny powrót do codzienności

Trudno jest mi wrócić do normalnego rytmu pisania i nagrywania. Nie mogę się przemóc, by znów pisać o zwykłych, codziennych sprawach. 
Zawsze wydawało mi się, że w żałobie po stracie jednej z najbliższych osób będę przede wszystkim płakać. A tymczasem rzadko mam na to ochotę. Smutek dotyka mnie w zupełnie inny sposób. Siedzi gdzieś głęboko i nieszczególnie mam ochotę go uwalniać. Nastrój faluje, czasem więcej we mnie gniewu na to, że Taty już nie ma, czasem więcej czułości i wdzięczności za to, że był z nami tak długo, ile było to możliwe. 
Blog i kanał na YouTube chwilowo zeszły na dalszy plan, bo moje serce i myśli są teraz gdzie indziej. Są inne ważne sprawy do załatwienia i uporządkowania, część dotyczy przeszłości, część jest istotna dla przyszłości niektórych osób z naszej rodziny, skupiam się więc na tych formalnościach, spotkaniach i załatwianiach. 
Wiem, że z czasem będę czuła coraz silniejszą potrzebę komunikowania się z Wami, czytelnikami i widzami. Z czasem też łatwiej bę…